Hity makijażowe roku 2016/ Anastasia Beverly Hills, Skin79, Benefit, MAC, NYX, Urban Decay i inni!





Koniec roku nastraja do przemyśleń, podsumowań i rachunków sumienia. Często zbieramy w całość wszystkie wydarzenia, sytuacje i zmiany, a potem zastanawiamy się czego nas nauczyły i jakie miały dla nas znaczenie. Ja oprócz osobistej analizy, praktycznie co grudzień robię przegląd wszystkich używanych przeze mnie kosmetyków i wybieram te, które najlepiej przysłużyły się mojej skórze. Dziś więc spodziewajcie się samych pochwał. Nie wszystkie wymienione przeze mnie kosmetyki to produkty bez wad, bo są i takie, które mają swoje małe mankamenty, ale na pewno plasują się w kategorii tych, które darzę największą sympatią. Makijaż od dawna jest dla mnie bardzo ważnym elementem dnia, chociaż jego wygląd zmienia się co jakiś czas. Z typowo matowych i kryjących podkładów powoli przechodziłam do tych lżejszych z efektem rozświetlenia i świeżości. Posiadając tłustą cerę ciężko jest znaleźć produkt, który da podobny efekt, a przy tym nie spłynie po kilku godzinach i zda egzamin trwałości. Mój rozświetlacz też musi być subtelny, by jedynie nadać skórze lekkiego blasku, a nie dyskotekowego błysku, a od pudru wymagam tylko dobrego zmatowienia cery. Tusz najlepiej jakby jedynie zagęszczał i tak już długie rzęsy. Jest tego sporo, ale myślę, że każda z Was znajdzie coś dla siebie. 

Odchodzę? Trwam? Jestem, ale mnie nie ma...







Długo zastanawiałam się co Wam napisać. Powinnam się pożegnać? Zamknąć drzwi i pozostawić za nimi wszystko co było? Wciąż nie wiem czy potrafiłabym tak po prostu zapomnieć o każdym napisanym w pocie czoła zdaniu, o zdjęciach robionych w pośpiechu lub skupieniu, w Słońcu i deszczu, w lesie, na łące, w Polsce i za granicą. Gdy wychodziło i cieszyło lub kiedy blisko celu okazywało się, że gdzieś popełniłam błąd i ciężka praca poszła na marne. Każde doświadczenie, zarówno pozytywne, jak i negatywne czegoś mnie nauczyło. Dało lekcję, która przydała się w życiu, pozwoliła zrozumieć i zaakceptować siebie. Bezpodstawne oskarżenia lub niby niewinne próby odegrania się, gdy wszystko w środku krzyczało z bólu i poczucia niesprawiedliwości, uczyniły mnie silniejszą, pozwoliły obrosnąć w pancerz. Przestałam analizować każde przykre słowo i zastanawiać się dlaczego. Wiedziałam, że jestem tylko workiem treningowym, który uderzany z całych sił ma dać choć chwilę wytchnienia. Jutro już nie będzie pamiętać, jutro już kto inny otrzyma ciosy. Dlaczego więc i ja mam o tym myśleć? Wasze komentarze, wsparcie i wiadomości, także pomagały w budowaniu mojej pewności siebie. Nie znamy się, a mimo to wiedziałam, że zawsze mogę na Was liczyć i gdzieś wśród tej widowni znajdzie się ktoś, kto zrozumie i poklepie po ramieniu. Bezinteresownie pochwali i doda otuchy. A teraz mam odejść?

Makijaż na jesień 2016, czyli trendy z wybiegów rewolucjonizują moją toaletkę.






Lato w tym roku wciąż mocno się trzyma i nawet nadejście typowo jesiennych miesięcy nie jest w stanie odstraszyć dni pełnych Słońca. Tylko rześkie poranki i chłodne wieczory przypominają o nieuchronnym przemijaniu, szeleszczących pod stopami liściach, ogniu strzelającym w kominku i wieczorach spędzonych pod kocem z ulubioną książką w dłoniach. Nadejście nowego sezonu aż kusi do ruszenia na zakupy, chociaż dłuższą chwilę się zastanawiając to zawsze jest na nie dobry czas :) Staram się nie ulegać modzie i panującym trendom, ale ostatnie tygodnie pozmieniały nieco w mojej głowie, stylu i preferencjach kolorystycznych, więc postanowiłam zmienić kilka zbyt oczywistych oraz nudnych przyzwyczajeń. Zapragnęłam czegoś nowego, bardziej wyrazistego i mocnego. Po raz pierwszy zapowiedź nowych trendów uznałam jako zachętę i postanowiłam wprowadzić kilka z nich do swojego makijażu, który dopiero od kilku miesięcy nabrał wyrazu, stał się bardziej pewny siebie i przede wszystkim wykonywany jest poprawnie. Dziś podzielę się z Wami 5 jesiennymi nowościami w makijażu, które zwróciły moją uwagę i już niebawem okraszą moją toaletkową szufladę kosmetykami potrzebnymi do ich wykonania. 

Nowości Rossmanna| Tołpa, Ewa Schmitt, Rimmel, Bielenda





Mój ukochany kompan, który przechowywał mnóstwo wspomnień, wieczorów spędzonych na pisaniu i dni przed obiektywem niestety odszedł... To znaczy jego serce odmówiło posłuszeństwa, a to w nim znajdowało się wszystkie najcenniejsze sekrety i mnóstwo, mnóstwo moich prac. Z laptopem jeszcze się nie pożegnałam, bo mój lekarz-informatyk już wykonał transplantację i mam nadzieję, że od teraz uda mi się wrócić do regularnego pisania. Dziś przychodzę z trochę spóźnionymi nowościami Rossmanna, bo nie mam zamiaru znowu zaniedbać tego tematu i bardzo chcę by post z tej serii ukazał się, chociażby w październiku. Więc w końcu na swoim, z moją mniej dźwięczną klawiaturą piszę o świeżych produktach na półkach jednej z moich ulubionych drogerii. W sierpniu obyło się bez kosmetycznej rozpusty, bo wybrałam sobie bardzo małą paczkę, w większości wypełnioną rzeczami dla synka i do zrecenzowania miałam tylko trzy nowości. Postanowiłam więc dodać jeszcze kosmetyki z okresu, w którym posta z tej serii nie było. Może nie będą to jeszcze gorące, mało znane produkty, ale na pewno nie zdążyły Wam się znudzić :)

#LuxuryDay Marc Jacobs Re(marc)able Full Cover Foundation/ Mocno kryjący podkład





Zdaję sobie sprawę, że obecnie w modzie jest makijaż niewidoczny, transparenty, taki, który istnieje, ale tylko wprawne oko może go wypatrzyć. Pewnie przychodząc teraz z recenzją podkładu, który stworzony został do porządnego krycia nie będę wyglądać za dobrze (who cares?). Sama od lat borykam się z problemami skórnymi, bliznami czy brzydkimi plamami i kamuflowanie weszło mi już w krew. Jakiś czas temu trochę odpuściłam, zaczęłam wystawiać moją skórę na światło dzienne, pozwoliłam by w końcu muskały ją wesołe promyki ciepłego Słońca i by złapała upragniony oddech. Porządne krycie i mat na długi czas odeszli do lamusa, ale do dziś najlepiej czuję się w mocniejszym makijażu i zdarza się, że popełniam tą zbrodnię i wybieram podkłady, które lubią sporo zasłaniać. Nawet jeśli w danej chwili jest tego niewiele. Na temat produktu od Marca Jacobsa Re(marc)able czytałam mnóstwo sprzecznych recenzji i wtedy już wiedziałam, że muszę oddać go w ręce mojej skóry, bo tylko ona mi prawdę powie. Oj bywało różnie. Moje odczucia niczym na rollercoasterze raz znajdowały się na poziomie zwanym pozytywnym, by zaraz przerodzić się w nienawiść i żal. Musiałam jednak w końcu dokonać wyboru i dziś już wiem co tak naprawdę o nim myślę. Dopiero teraz czuję się upoważniona do dzielenia się opinią na jego temat. 



Marc Jacobs Re(marc)able Full Cover Foundation (od 115,90 do 195 zł/22ml)


Opakowanie jest piękne. I kropka. Kartonik, szkło oraz aplikator zakończony kuleczką. Całość w raz z dosyć niespotykanym kształtem buteleczki i uwielbianym przeze mnie minimalizmem, sprawia iż nie da się nim nie zachwycić. Wiem, że znajda się osoby, które będą narzekać na brak pompki, ale myślę, że tym razem znalazła godnego przeciwnika. Jestem pewna, że zwyczajnie nie dałaby rady z tą konsystencją. Ona wymaga precyzji oraz idealnego dozowania, bo inaczej produkt może się marnować, a tego chciałabym uniknąć. Sam wierzch opakowania czyści się bardzo źle i palce pokryte podkładem zostawiają na nim nieestetyczne plamy, a najgorsze jest to, że naprawdę ciężko jest się ich pozbyć. “Zakrętka” na której często zostaje sporo produktu potrafi po zamknięciu nieco rozlewać go na boki i może narobić bałaganu. Grube, toporne szkło  nie należy do lekkich tworzyw, więc zabranie buteleczki w podróż może stanowić problem dla wielu osób.  Mocny, pudrowy zapach też nie dla każdego będzie do zaakceptowania, ale na szczęście szybko ulatuje i już w kilka chwil pozwala o sobie zapomnieć.

Źródło
Podkład Re(marc)able przy aplikacji wymaga precyzji i szybkiego roztarcia, bo w mig zastyga i ciężko później dokonać jakichkolwiek poprawek. Jego konsystencja jest naprawdę bardzo sucha, ale przy tym lekka i delikatna. Najlepiej współpracuje z mokrym Beauty Blenderem, który zdecydowanie pomaga mu w uzyskaniu jeszcze lepszego krycia. Wystarczą naprawdę małe kropki podkładu na każdej części twarzy by została idealnie pokryta. Produkt jest bardzo mocno napigmentowany i wspaniale kryje już przy pierwszej, delikatnej warstwie. Jeśli kiedykolwiek marzyłyście o idealnej, mało realistycznej twarzy porcelanowej lalki, Re(marc)able pozwoli Wam ją uzyskać. Zakryje wszystko! Piegi, przebarwienia, zaczerwienienia czy blizny. Daje mi matowe wykończenie, ale bez tworzenia efektu maski i moja skóra czuje się w nim niezwykle komfortowo. 



Żeby pokochać podkład od Marca Jacobsa trzeba nauczyć się z nim dobrze obchodzić. Mimo iż pewnie chętniej sięgają po niego osoby, które mają jakieś problemy skórne, nie wybacza on żadnych mankamentów. Pięknie wygląda tylko na zadbanej i wypielęgnowanej skórze. W mig odkryje Wasze słabości i pokaże nieistniejące suche skórki czy pokreśli pory. Najlepiej prezentuje się na porządnie nawilżonej cerze i koniecznie potrzebna jest mu fajna baza. Tylko wtedy będzie wyglądał nieskazitelnie i satysfakcjonująco. Nałożenie zbyt dużej ilości podkładu wzmaga ryzyko uzyskania efektu maski i jego ważenia się czy popularnie mówiąc “ciastkowania”. Poza tym pudrowe wykończenie sprawia iż nie musimy nic więcej na niego nakładać, chociaż osoby z tłustą cerą mogą potrzebować lekkiego zmatowienia po kilku godzinach. Odcień Bisque Medium obecnie całkiem dobrze współgra z kolorem mojej cery, ale na zimę na pewno będzie za ciemny. 


Już kilka razy pisałam Wam, że nie jestem pewna co sądzić o tym produkcie, bo z jednej strony bardzo go lubię, a z drugiej chyba trochę nienawidzę. Wygląda cudnie na skórze, z bazą trzyma się dobre kilka godzin, zero ścierania czy brudzenia ubrań. Jednak łatwo z nim przesadzić i potrafi wtedy wchodzić w zmarszczki, podkreślać każdą niedoskonałość lub nieestetycznie ważyć się. Nie zawsze też w świetle dziennym wygląda dobrze. Na pewno jest to bardzo ciężki do współpracy produkt, ale nałożony minimalnie i połączony z mokrą gąbeczką BB oraz zadbaną cerą może zachwycić. Myślę, że kupiłabym bym jego drugie opakowanie, choćby po to by służył mi na wieczorne wyjścia. Mimo dobrego krycia jest lekki i nie zauważyłam by źle wpływał na cerę, ale to też pewnie zasługa tego iż sięgam po  podkład Re(marc)able bardzo rzadko. Efekt jaki daje na mojej skórze naprawdę uzależnia, zwłaszcza osobę, która nigdy nie miała idealnej cery :) 

PRZED
PO/JEDNA BARDZO CIENKA WARSTWA

PO/WIDAĆ POKREŚLONE PORY

PEŁNY MAKIJAŻ

PEŁNY MAKIJAŻ
Podsumowując: na pewno nie jest to produkt dla każdego. Ja jestem na tak, a Wy zdecydujecie czy chcecie podjąć ryzyko. Wiem, że sporo osób na niego narzeka, ale są też takie, które uwielbiają jego wykończenie. Nie wiem czy próbki to dobre rozwiązanie, bo przed użyciem niezbędne jest porządne wstrząśniecie produktu. Myślę, że dlatego mogą nie przynosić satysfakcjonującego efektu.

To jak? Tak czy nie? :)

Skąd czerpię inspiracje?/ 5 profili na Instagramie, które pobudzają wyobraźnię II


Pstro w głowie, niesamowite poczucie estetyki, zdolność do idealnego dobierania dodatków czy szczypta wspaniałych umiejętności kulinarnych. Wszystko to może posłużyć do stworzenia inspirującego i chętnie oglądanego konta na Instagramie. Nie dla każdego też natchnieniem będzie idealnie białe tło, perfekcyjny makijaż czy owsianka w pięknym otoczeniu. Jednak aplikacja, o której dziś prawię, ma tyle użytkowników i jest tak różnorodna, że każdy znajdzie coś dla siebie. Jedni lubią tysięczne selfie z sześciopakiem, inni wypad ze znajomymi w góry, a znajdą się i tacy, którzy podziwiają perfekcyjne wnętrza czy bogate życie rówieśników. Jako fanka fotografii uwielbiam oglądać estetyczne flatlay, różnego rodzaju kompozycje kosmetyczne czy kulinarne, dlatego głównie takie konta obserwuję. Mój pierwszy post z ulubionymi profilami bardzo Wam się spodobał i tak jak obiecałam, w tym miesiącu kolejny raz przychodzę z dawką inspiracji :) Poznajcie 5 super wyjątkowych instagramowych wymiataczy :)

Moje nud(n)e pomadki, czyli 5 produktów do ust w cielistych odcieniach/MAC, Bell, Stila, Rimmel







Nikt nie zaprzeczy, że czerwona, krwista i seksowna pomadka jest najbardziej rozpoznawalnym produktem do ust na całym świecie. Dodaje elegancji, szyku i od lat towarzyszy na największych światowych wydarzeniach celebrytom i wizażystom. Moim zdaniem najlepiej wygląda na pewnej siebie i zdecydowanej kobiecie, odzianej w wieczorową suknię i brylanty, za którą ciągnie się najnowszy zapach od Chanel. Chociaż widziałam też jej moc na dziewczynach ubranych w klasyczne dżinsy i biały top. Czytając poradniki łatwo wywnioskować, że powinna pasować praktycznie każdemu, bez względu na kolor cery czy włosów. Ja niestety należę do grupy osób, które w czerwieni prezentują się dosyć obciachowo, tanio i nakładając ją na usta zawsze mam wrażenie, że zaczynam wyglądać na przebraną, tak jakbym z czymś przesadziła i to bardzo. To samo tyczy się różowych, fuksjowych odcieni, szarości czy brązów. Mam wrażenie, że świat pomadek nie jest moim miejscem i nie umiem się w nim odnaleźć, bo chociaż posiadam kilka szalonych odcieni, to od dawna mam je tylko by mieszkały na ukochanej toaletce. Od czasu do czasu ścieram z nich kurz, znowu oglądam, przymierzam i kolejny raz upewniam się, że to jednak nie to. Najlepiej czuję się w jasnych, ledwie widocznych odcieniach, typowych "nudziakach" lub przy odrobinie szaleństwa sięgam po kolory zbliżone do dziewczęcego baby pink. Dziś pokażę Wam pomadki, które chwytam najczęściej i chociaż nie doznacie deszczu kolorów i odważnych propozycji, myślę że warto obejrzeć każdą z nich. Wszystkie odcienie pasują do codziennego wyjścia i dobrze się w nich poczujecie zarówno na imprezie, jak i w kościele czy pracy.

Bye bye cienie pod oczami?/ Nuxe Splendieuse Yeux Krem pod oczy + mały trik jak wzmocnić jego działanie





Powiadają, że oczy są zwierciadłem duszy i to spojrzenie powinno pomóc nam znaleźć męża (żonę?). Ponoć łatwo z niego “wyciągnąć” czy wybranek jest pamiętliwy, spontaniczny, silny i wyrafinowany. A co ze skórą pod oczami? Czy z niej także możemy czytać jak z kart? Na pewno szybko nam pokaże, że właśnie zaczynamy się starzeć i da znać, że czas sięgnąć po kosmetyki typu ani-aging, by zacząć zapobiegać dalszemu  powstawaniu zmarszczek. Opuchlizna może wskazywać na ciężką, źle przespaną noc, a cienie pod oczami często alarmują o odwodnieniu lub niedożywieniu. Na problemy wrażliwej i cienkiej skóry pod oczami mogłabym polecić Wam spędzać więcej czasu w łóżku (marzenie), zdrowo się odżywiać (nie jest łatwo) lub w zaciszu domowym własnoręcznie ukręcić jakiś super naturalne mazidło (o ile macie na to czas). Dziś jednak przygotowałam propozycję nie wymagającą wysiłku i mocno popychającą do pójścia na skróty. Oczywiście mimo wszystko gorąco polecam stosować się do moich pierwszych sugestii, ale Ci co nie chcą lub nie mogą, na pewno ucieszą się, że istnieje też bardzo wygodna opcja, która pomoże w redukcji cieni, a jest nią po prostu dobry krem. Nuxe Splendieuse to produkt przeznaczony dla osób borykających się z zasinieniami czy przebarwieniami w okolicach oczu, który jednocześnie powinien zapewnić efekt rozświetlonej i wypoczętej skóry. Wiem, że zainteresowałam Was marką Nuxe, dlatego gdy jeszcze gdzieś krąży Wam po głowie, spieszę opowiedzieć o kremie, który chyba też polubicie.

#MyAvene/Dermokosmetyki dla każdego/ Seria Antirougeurs do cery naczynkowej



Zaczynasz dzień od filiżanki kawy, szklanki wody z cytryną i na pewno nie obejdzie się też bez spojrzenia w lustro. O ile przygotowanie ciepłego napoju lub skrojenie cytryny jest banalnie proste, o tyle akceptowanie odbicia w lustrze, nie zawsze przychodzi bezboleśnie. Większość z nas boryka się z mniejszymi lub większymi problemami skórnymi i nierówną walką o pozbycie się ich na zawsze. Wiem, że na moim blogu głównie koncentruję się na cerze tłustej, trądzikowej, bo jestem jej posiadaczką i najłatwiej opowiada mi się o tym, czego sama doświadczam. Nie chcę być jednak monotematyczna i dzięki marce Avene będę mogła przybliżyć Wam ich bogatą ofertę, skierowaną do każdego typu cery. Co miesiąc pokażę kosmetyki z konkretnej serii i przybliżę ich właściwości. Mam nadzieję, że znajdziecie coś dla siebie, bo już nie raz wspominałam, że Avene posiada mnóstwo perełek. Dziś skupię się na serii Antirougeurs dedykowanej cerze naczynkowej. Jej zadaniem jest zapobieganie powstawaniu i niwelowanie istniejących zaczerwienień. Myślę jednak, że w poście znajdziecie produkty, które pasować mogą każdej z Was. Po prostu warto poczytać i tyle :)

Prawdziwy bestseller i must have!/ Nuxe Reve de Miel/ Balsam do ust



Wiem, że post o balsamie do ust może wydać się nudny, zwłaszcza że ten temat ostatnio jest dosyć popularny i ponoć niektórym aż zaczął wyskakiwać z różnych sprzętów AGD. Mnie do podzielenia się opinią nikt namawiać nie musiał i chociaż dziś obejdzie się bez długich, rozwlekłych wywodów, o tym balsamie muszę Wam opowiedzieć! Czy są na sali posiadaczki spierzchniętych, niereformowalnych i opornych na pielęgnację ust? Jeszcze jakiś czas temu sama bym podniosła rękę i kolejny raz powtórzyła wszystkim, że z moimi wargami nic się zrobić nie da i kropka. Miałam sławne peelingi, pomadki, a nawet sama w domowym zaciszu kręciłam kolorowe i pięknie pachnące specyfiki, których przepis głosił iż lepszych nawet w Lushu nie dostaniecie. Na nic regularność, na nic mieszanie i duma z własnoręcznego wyrobu jakby osłabła, bo miał okazać się hitem, a pozostawił jedynie niesmak. Za radą Waszych pozytywnych recenzji, oraz sympatii do marki Nuxe, postanowiłam na własnej skórze (ustach) przekonać się o świetności legendarnego balsamu Reve de Miel (ok. 28 zł). Już wiecie, że lubię, ale zostaniecie jeszcze chwilę ze mną, a dowiecie się skąd ta miłość się wzięła.

Podsumowanie sierpnia i 5 linków godnych polecenia :)



Kolejne podsumowanie przed nami. I chyba nie będę oryginalna, gdy napiszę, że sierpień bardzo szybko mi zleciał? Oby równie prędko pożegnała nas zima, która według mnie zdecydowanie jest najgorszą porą roku. Poprzedni miesiąc obfitował głównie w recenzje produktów ze współprac, dlatego postanowiłam troszkę zredukować ich liczbę i gdy tylko rozprawię się ze wszystkimi kosmetykami, poważnie przemyślę czy nie zrezygnować z jakiejś marki. Obecnie też staram się bardzo dokładnie analizować każdą propozycję i nie wybieram już produktów, o których poczytać można na większości blogów :) Chcę byście u mnie znaleźli coś innego, mniej oklepanego. Wiem, że jest to ostatnio bardzo gorący temat, który nie spotyka się z Waszą sympatią, ale z własnego doświadczenia wiem iż łatwo się w tym przypadku zagalopować, bo przecież nam kosmetyholiczkom zawsze przyda się nowy tusz, krem czy pomadka. Mam nadzieję jednak, że Was nie zanudziłam i zawsze starałam się by moje recenzje były trochę inne i przede wszystkim szczere. Trzymam mocno kciuki, że ta ciągła powtarzalność to chwilowy szał i każda z nas wkrótce się opamięta. Ja czuję, że właśnie nadszedł mój czas, ale to nie o tym dziś. Dzisiaj podsumowuję i polecam :)


1. #luxuryday/ NARS Radiant Creamy Concealer/ Korektor idealny?



NARS Radiant Creamy Concealer to korektor znany i kochany. Ja też bardzo go polubiłam, chociaż utwierdził mnie w przekonaniu, że produkty tej marki są bardzo trudnymi do okiełznania i trzeba nauczyć się z nimi pracować. Korektor jest świetny, ale należałoby uważać z jego aplikacją i z umiarem dawkować każdą kropelkę. Więcej dowiecie się we wpisie :)

2. Skąd czerpię inspiracje?/ 5 profili na Instagramie, które pobudzają wyobraźnię.



Nowa seria wpisów, która bardzo Wam się spodobała i na pewno będę ją kontynuować. Pokazuję w niej osoby, które potrafią inspirować, posiadają fajne blogi i pokazują na swoim Instagramie piękne prace. W tym miesiącu spodziewajcie się kolejnej listy, a tym czasem sprawdźcie jakie wspaniałości już dla Was wybrałam :) 

3. Organicznie. Naturalnie. Idealnie. / Krem pod oczy Grown Alchemist Age-Repair Eye Cream  


Najlepszy krem pod oczy jaki miałam okazję używać! Nie wiem czy kiedykolwiek znajdę produkt, który go przebije. Super skład, prezencja i działanie. Jedynie na cenę mogłabym narzekać, ale rozumiem jej wysokość, bo w pełni jest usprawiedliwiona. O tym kremie musicie przeczytać!

4. Wiara w stereotypy oślepia/ Czy ocenianie blogera przez pryzmat bloga może się udać?




Kolejny post, który spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem. Publikowanie swoich myśli w Internecie zawsze będzie spotykało się z różnym odbiorem. Czy czytając bloga możemy ocenić jaki jest jego autor? Czy stereotypy mają usprawiedliwienie? Post, który powinien przeczytać każdy, mam nadzieję, że Wy już to zrobiliście :)

5. Nowości Rossmanna Sierpień 2016/ Wibo, Lovely, Cleanic, Miss Sporty, Soraya.



To chyba jeden z najbardziej wyczekiwanych postów :) Nowości, które niedługo przybędą lub właśnie zawitały do Rossmanna. W tym miesiącu najbardziej czekaliście na paletkę do strobingu od Wibo, która okazała się niemiłym rozczarowaniem. Większość spodziewała się czegoś lepszego. W tekście znajdziecie jednak kilka fajnych produktów, po które warto sięgnąć :)

6. Problemów skórnych bez LIQ?/ LIQ C serum/maska na noc z 15% witaminą E



Produkt, który podpił moje serce! Tani, skuteczny i bardzo ładnie się prezentujący. To ostatnio mój numer jeden w pielęgnacji, który ratuje cerę i sprawia, że wygląda tak ładnie iż mogę w końcu podokazywać się bez makijażu. Uwielbiam to serum i na razie nie wyobrażam sobie bez niego życia. Polecam sprawdzić ofertę marki, bo na pewno każdy znajdzie coś dla siebie :)

7. Czy też dałam się rozkochać?/ Bielenda Zmysłowe Olejki Multifazowy Olejek do ciała/ Rozkoszna regeneracja



Olejek, o którym pewnie czytałyście setki razy, a u mnie troszkę inna recenzja. Nie było miłości, nie było zachwytów i na pewno nie stał się moim hitem lata. Jesteście ciekawe dlaczego ja się w nim nie zakochałam? Wystarczy kliknąć w link powyżej :)

8. Tanie hity! Produkty, po które musisz się udać do drogerii!



Tego typu postów na pewno będzie więcej :) Nawet nie spodziewałam się, że aż tak go polubicie. Okazało się iż sporo osób znalazło coś dla siebie i w większości mój wybór spotkał się też z Waszą aprobatą. Ci, którzy posta nie widzieli, niech naszykują się na wizytę w drogerii po jego przeczytaniu. I wcale nie będziecie musieli wydawać w niej milionów by wyjść z fajnym produktem :)



Linki godne polecenia



Post o ciężkich książkach, bibliotece i kawie, ale po jego przeczytaniu nie da się chociaż przez kilka godzin myśleć negatywnie. A przecież taki stan przyda się każdemu. Fajny temat, fajny blog i post wart przeczytania. Zajmie Wam to tylko chwilkę, a na pewno nie będziecie żałować.


Czy marzył Wam się kiedyś obrazek ulubionych perfum, ukochanego flakonu, który był z Wami w najważniejszych chwilach życia? Zapraszam więc na bloga mojej imienniczki- bardzo utalentowanej osoby, która może spełnić te marzenia. Wpis, który polecam zawiera sierpniowe propozycje, ale w galerii znajdziecie więcej pomysłów Madzi, a jakby tego było mało, możecie też zamówić coś na własne życzenie. Po prostu wpadnijcie, a nie pożałujecie :)


Czy wiecie, że można zdobywać wiedzę siedząc w autobusie, jedząc obiad lub ćwicząc na siłowni? Bez użycia rąk i wzroku? Czy macie pojęcie czym są podcasty? Jeśli nie zapraszam na post powyżej, a dodatkowo dowiecie się, które z nich warto obserwować gdy jest się blogerem. Myślę, że jeszcze trochę i staną się naprawdę modne, dlatego by nie pozostać w tyle, sprawdźcie o co chodzi :)


"Czy opłaca się pozycjonować blog i zabiegać o jak największy ruch z Google na blogu? Czy można mieć bardzo dużo odwiedzających, ale mało czytelników? Do czego przydaje się ruch z wyszukiwarki?" O tym dowiecie się z ciekawego wpisu, na fajnym blogu Biznesowe Info :)                 


"Zastanawia mnie, gdzie jest granica między tym, czego faktycznie pragniemy, a czego wydaje się nam, że pragniemy. Do jakiego stopnia (nawet nieświadomie) uzależniamy swoje życie od tego, co widzimy na pięknych obrazkach, zdjęciach, filmach? Czy pragnąc coraz więcej gubimy po drodze drobne kawałki siebie samych? Czy kiedy zmieniają nam się ambicje i cele my sami także się zmieniamy?"


Bierzcie i czytajcie z tego wszyscy :) Przyda się kawa i wygodny fotel :) 



 

Tanie hity! Produkty, po które musisz się udać do drogerii!


 Nie ma lepszego uczucia dla kosmetyholiczki jak rozpakowywanie najnowszej, luksusowej pomadki od Chanel czy podnoszenie wieczka kremu, w pięknym i ciężkim, szklanym słoiczku. Drogie kosmetyki kuszą niepowtarzalnym wyglądem, kosztownymi reklamami i faktem iż wychodzą pod szyldem znanej oraz rozpoznawalnej na całym świecie marki. I chociaż większość z nas zdaje sobie sprawę, że pewnie gdzieś na drogeryjnych półkach można znaleźć ich tańsze zamienniki, które mają podobne składy, ale inne, bardziej przyziemne opakowania, to i tak nie potrafimy się im oprzeć. Jestem w stanie wydać większą sumę na podkład, perfumy czy krem do twarzy, ale są w mojej pielęgnacji i makijażu produkty, od których nie wymagam więcej niż dobre działanie. Dziś postanowiłam podzielić się z Wami pięcioma kosmetykami, które dostępne są od ręki, a z ich zakupem nie trzeba się wstrzymać do następnej wypłaty. Cieszą portfel, pozostawiają czyste sumienie i uszczęśliwiają skutecznym działaniem. 

Czy też dałam się rozkochać?/ Bielenda Zmysłowe Olejki Multifazowy Olejek do ciała/ Rozkoszna regeneracja


Olejek, o którym dziś postanowiłam opowiedzieć pewnie zna już większość z Was (jak nie wszyscy). Sławny był już zanim pojawił się w sprzedaży, a zniecierpliwiony tłum nie mógł doczekać się, gdy te kolorowe i cudnie wyglądające produkty trafią do drogerii. Mnie ominął wielki szał, bo kosmetyk ten posiadałam jeszcze nim usłyszał o nim świat. Cieszę się, że jako ogromna fanka kiedyś znienawidzonych olejków, mogłam podejść do niego  na chłodno, bez szufladkowania i uprzedzeń, bo chociaż nigdy się nimi nie kieruję, to jednak zawsze z tyłu głowy pozostają ciągle powtarzające się recenzje. Multifazowy olejek od Bielendy zdecydowanie królował wśród ostatnich ulubieńców i uznawany był za hit lata, jeżdżąc w ciasnym bagażu po całym świecie. W moim też znalazło się dla niego trochę miejsca, ale czy ten piękny produkt spoczywał pod stertą ubrań, bo bez niego nie wyobrażałabym sobie podróży? A może był tylko pasażerem na gapę? Już nie mogę doczekać się by Wam o tym opowiedzieć. 

Problemów skórnych bez LIQ?/ LIQ C serum/maska na noc z 15% witaminą E



Są kosmetyki o których piszą gazety, trąbią tabloidy, a w telewizji reklamuje je znana aktorka z idealnie białymi zębami. Blogerki jedna za drugą dodają pozytywne opinie i tylko podsycają już dawno zasiane pragnienie posiadania produktu, który ponoć czyni cuda. Wiem, że wśród Was są takie, które potrafią wydać fortunę byle tylko coś wyleczyć, zakryć, podnieść czy wyszczuplić.  Kobieta z piękną, nieskazitelną cerą czy lśniącymi, pozbawionymi zniszczeń włosami to tylko wypaczony przez media obraz płci pięknej, który mało się ma do rzeczywistości. Jednak nie zatrzymuje nas to przed dążeniem do perfekcji. Lub chociaż poczucia normalności. Problemy skórne często sprawiają, że porównujemy się z innymi i mamy wrażenie, że tak okropny kompleks dotyczy jedynie nas. Stąd też decydujemy się na rozmaite sposoby wyeliminowania go, nawet jeśli kuracja ma kosztować milion dolarów. Producenci czyhają na zdesperowane i bezradne kobiety oferując im produkty, które mają rozwiązać wszystkie skórne problemy. Tak by w końcu cieszyły się idealnie gładką cerą, niczym ich poprawione przez sprytne dłonie informatyka modelki. Są jednak kosmetyki, które nie potrzebują wartych fortuny kolorowych obrazków wyświetlanych w przerwie ulubionego serialu. Ich działanie to najlepsza wizytówka, którą tłumy będą sobie przekazywać z rąk do rąk. I ja dziś właśnie o takim kosmetyku Wam opowiem.

Nowości Rossmanna Sierpień 2016/ Wibo, Lovely, Cleanic, Miss Sporty, Soraya.





Obiecuję, że nie będę znowu rzucać hasła prowokującego do dyskusji, bo mogłabym zacząć iż czasem przyda się odpoczynek, reset lub przymusowy odwyk od bloga. A wszystko po to by wytłumaczyć brak nowości w tamtym miesiącu. W sierpniu nie ośmielę się zatrzymać dla siebie co kryło się w otrzymanej przeze mnie paczce, bo znalazłam  kilka naprawdę ciekawych produktów. I chociaż staram się unikać kosmetyków marki Wibo, to postanowiłam na chwilę zapomnieć o urazie, bo bardzo chciałam mieć kępki od Lovely. Niestety jak później się okazało oba produkty wychodzą spod tej samej igły i przez moją niewiedzę muszę dziś z lekkim wstydem przyznać iż okazałam się nie małą hipokrytką. Kosmetyki te jednak nigdy nie leżały w kręgu moich zainteresowań i dopiero klub nowości pozwolił mi się z nimi zapoznać (trochę się tłumaczę). Na szczęście chociaż Wy będziecie mogli z tego skorzystać, a mnie bardzo cieszy, że produkty, które zyskały moją sympatię nie są "wiernymi" kopiami droższych marek (przynajmniej mam taką nadzieję). Wibo udowadnia, że jak chce to potrafi i chociaż nie rozumiem filozofii marki, nie będę o tym dyskutować, bo każdy pewnie ma w tej sprawie swoje zdanie, a nie o tym ma być mój post. Ja dziś zapraszam na przegląd nowości Rossmanna i im będę poświęcać dalszą część wywodów.

Wiara w stereotypy oślepia/ Czy ocenianie blogera przez pryzmat bloga może się udać?





Są powiedzenia, które zna każdy z nas. Powtarzane od lat przez dziadków, rodziców i nauczycieli. Często doskonale je znamy i nawet rozumiemy ich sens, ale czy potrafimy jednocześnie wprowadzić w życie mądrość, którą za sobą niosą? "Nie oceniaj książki po okładce”- mawiają, ale jak wielu z nas potrafi wykazać się  inteligencją i nie przejść obok tego powiedzenia obojętnie? Jako blogerzy bardzo często zostajemy poddani osądom, które nie mają nic wspólnego z prawdą. Dostajemy łatki pazernych, głupich, zakłamanych i jesteśmy traktowani jako najtańsza forma reklamy. A wszystko dlatego, że mieliśmy więcej odwagi i zdecydowaliśmy się pokazać całemu światu naszą pasję, a co gorsza wychodzi nam to bardzo dobrze i czerpiemy z tego zyski (nieważne na jaką skalę). Dlaczego ludzie myślą, że urodziliśmy się by im dogodzić? Oczywiście jeśli tak nie jest to od razu zostajemy skreślani i wyrzuca się nas do pudełeczka z charakterystycznym czerwonym kółeczkiem i grubą linią w środku. Myślę, że z tym faktem jeszcze da się żyć, ale często jest on dopiero początkiem. Zaczynają sypać się niemiłe komentarze, groźby, podkopywanie dołków i niszczenie psychiczne. Można do takich zachowań przywyknąć, można poczekać aż obrośnie się w gruby pancerz, który zacznie odbijać krzywdzące opinie nie uszkadzając kruchego wnętrza. Ale po co te stereotypy? 


Tylko proszę nie mówić mi, że nie da się traktować poważnie osoby, która piszczy na widok nowej paletki od Anastasia Beverly Hills. Równie bezsensowne mogłoby się wydać bieganie za kawałkiem skórzanej szmaty przez dorosłych mężczyzn, a przecież piłka nożna ma miliony fanów na całym świecie. Wiem, że moje porównanie może okazać się profanacją dla obu stron, ale chcę tylko powiedzieć, że jeśli ktoś ma swoje pasje to po co oceniać jak wielkie znaczenie dla niego mają? Któż z nas nie dozna szoku słysząc pogłoskę, że żona tego bogatego biznesmena, czyli piękna, długonoga blondynka ma magistra z prawa? Przecież to niedorzeczne prawda? Tak samo jak dobrze zbudowany, umięśniony mężczyzna, który non stop spamuje na Facebooku hasłami: “Eat. Sleep. Gym.”,  nie może być tak naprawdę delikatny i romantyczny. Doklejanie łatek przychodzi nam z dziecinną łatwością właśnie dlatego, że jest prostsze niż pofatygowanie się do bliższego poznania kogoś. Lepiej nie wiedzieć jaka jest naprawdę ta śliczna i urocza brunetka, za którą ogląda się każdy pan na ulicy, bo przecież może się okazać, że w rzeczywistości ma o wiele więcej ekstra rzeczy do zaoferowania. Jakby za już za mało superancka była. Łatwiej rozgłaszać, że ma pusto w głowie i każdego wieczora śpi w innym łóżku, tylko po to by następnego ranka wychodzić z niego dzierżąc w delikatnej dłoni gruby plik banknotów. Dla mnie jest to jedynie oznaką słabości i braku wiary w siebie. Nikt nie ma do tego prawa. 



Na moim blogu poczytacie głównie o kosmetykach, urodowych poradach i od czasu do czasu, tak jak dziś podzielę się z Wami przemyśleniami na jakiś temat. Na żadnych społecznościowych kanałach nie znajdziecie mnie w całości. To prawda, że zdarza mi się wrzucić zdjęcie synka, dopiero co zrobionego śniadania czy miejsca, które akurat odwiedzam. Ale to tylko malutka ćwiartka mnie, a nie sytuacje przez które możecie stwierdzić jaką osobą jestem naprawdę. Nie macie pojęcia co sprawia, że się wzruszam, jak wychowuję moje dziecko, o czym marzę i czy widząc biegnącego po ścianie pająka sięgam pośpiesznie po kapcia, czy może puszczam go wolno. To, że uwielbiam kosmetyki, nie oznacza iż na tym kończy się mój świat i nie mam innych zainteresowań, którymi akurat się z Wami nie dzielę. Nie każdy lubi pokazywać jak spędza swój wolny czas, co robi zaraz po przebudzeniu, jaką codziennie nosi fryzurę lub czym dezynfekuje wannę. Co więcej jakieś 99,5% z Was nigdy mnie nie spotkało, nie mówiąc już o dłuższej, przeplatanej różnymi przeżyciami znajomości, która może choć trochę nakreslić osobowość drugiego człowieka. To samo tyczy się innych blogerów i blogerek. Możemy nie lubić czyjegoś sposobu bycia, wypowiedzi czy nawet wyglądu i już z tego powodu trzymać się z daleka, ale czy jest to wystarczające by wypowiadać się jaką osobą jest naprawdę? Dlaczego fajni są tylko Ci gorsi lub grający według naszych nut? Reszta jest be i należy ich wyeliminować głośno o tym krzycząc!

Nie zawsze okazuje się, że oceniający jest w błędzie. Być może faktycznie dobrze tym razem osądził zakłamaną blogerkę. Nie znaczy to jednak, że wszyscy tacy są. Każdy popełnia błędy, których później bardzo często mocno żałuje. Nie każda szczerość to przejaw zazdrości i nie zawsze podjęcie współpracy oznacza podpisywanie się pod kłamstwem. To samo tyczy się kwestii makijażu. Jak nakładasz go dużo to znaczy, że na pewno coś ukrywasz i do tego tak bardzo “krzywdzisz” swoją cerę. Od razu znajdzie się rzesza dobrych dusz, które będą chciały uświadomić Cię, że wcale nie musisz się pod nim chować i tak naprawdę to robisz więcej złego niż dobrego. Jeśli na co dzień wcale go nie nakładasz to pewnie dlatego, że po prostu brak Ci kasy lub jesteś zaniedbana. Zawsze znajdzie się coś do skrytykowania, wytknięcia i pouczania. To łatwiejsze niż naprawa własnych niedociągnięć, które każdego dnia spędzają sen z powiek. Ponoć stereotypy pomagają zepchać w przepaść niesprawiedliwość, ale przecież ona i tak wróci. Nikt przecież nie czerpie przyjemności z syzyfowej pracy.



“Umiejętność obserwowania bez oceniania jest najwyższą formą inteligencji”. Proszę więc teraz o podniesienie rąk przez wszystkich dotkniętych najwyższą formą inteligencji. Czy zobaczyłabym chociaż dwie? Myślę, że byłoby ciężko i przyznaję się, że moja też z wielkim wstydem spoczywałaby na kolanach. Każdego dnia staram się walczyć z tą beznadziejną przypadłością i da się ją pokonać, ale łatwo nie jest. Dorastamy w środowisku pełnym plotek, pretensji i niesprawiedliwości. Nienawiść wlewa się przez nasze uszy w sklepie, szkole, na boisku oraz nawet we własnym bezpiecznym domu. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten kto jest bez winy. Ludzie, którym udało się jakoś trzymać z daleka to rzadkie okazy, które są wielbione przez społeczeństwo i przyciągają do siebie gromadę ludzi. Nikt nie chce się zadawać z ponurymi, zgorzkniałymi osobami, które tylko narzekają i oceniają. Bądźmy takimi wersjami siebie z jakimi sami chcielibyśmy się zaprzyjaźnić. 

Nigdy nie przepraszajcie za to kim jesteście i nie dajcie wmówić sobie, że coś jest z Wami nie tak. Róbcie to na co macie akurat ochotę. Bądźcie sobą. Większość osób oglądająca blogi, w które włożyliście mnóstwo pracy, podziwia, chwali i czyta każdy tekst z ogromną ciekawością. Jedyne co powinniście czuć to duma. A jeśli kiedykolwiek traficie na osobę, która będzie próbować zasmucić Was, tylko po to by sprawić sobie przyjemność, to każcie czym prędzej wrócić jej do swojego smutnego życia i zrobić wszystko by przestało takim być. Nie mamy prawa do oceniania bliźnich (nieważne czy blogerek czy nie) przez pryzmat tego co widzimy i kropka. Czasami wystarczy krótka rozmowa by przełamać stereotypy i zmienić zdanie. Czy to tak wiele?







Organicznie. Naturalnie. Idealnie. / Krem pod oczy Grown Alchemist Age-Repair Eye Cream



Są problemy skórne, których wyleczenie nie jest proste. Są kosmetyki idealne, których odnalezienie sprawia nie lada problem. I wreszcie są marki, które znają rozwiązania na wszystkie pielęgnacyjne zmartwienia. Świadomość konsumentów rośnie, bo coraz więcej osób potrafi już wychwycić “szkodliwe” składniki w produktach i odnaleźć właściwą dla siebie pielęgnację. Cieszy mnie to o ile nie popadamy w kosmetyczny nacjonalizm i nie brniemy ślepo za modą, a świadomie z każdego rodzaju produktów wybieramy co dobre dla naszej cery. Najpierw jak potężna fala tsunami zalała nas moda na naturalne kosmetyki, by później odejść trochę w cień i ustąpić miejsca na świeczniku azjatyckiej pielęgnacji. Uważam, że każda z nich ma potencjał, ale zdecydowanie bardziej jestem za kosmetykami organicznymi, które kojarzą mi się ze zmarszczoną babciną ręką, która starannie uciera zioła w mosiężnym moździerzu by podążając za sekretnym przepisem, stworzyć produkt rozwiązujący wszystkie skórne problemy. I chociaż na rynku jest mnóstwo producentów, którzy ogłaszają się jako liderzy w wyrobie kosmetyków naturalnych, znalezienie idealnego i spełniającego te rokujące obietnice jest naprawdę trudne. Dziś opowiem Wam o kremie pod oczy marki Grown Alchemist, którego skład jest zdecydowanie najlepszym jaki kiedykolwiek widziałam i nie mogłam doczekać się dnia, w którym opowiem nieco więcej o tym produkcie.

Skąd czerpię inspiracje?/ 5 profili na Instagramie, które pobudzają wyobraźnię.





 Gdybym miała wyznać jakie pytanie najczęściej dostaję odnośnie moich zdjęć, to na myśl od razu przychodzi mi jedno: skąd czerpię inspiracje? Nie jestem w stanie napisać Wam czegoś odkrywczego (a szkoda), podać gotowego przepisu na ułożenie, światło czy elementy dekoracyjne. Może kilka razy zdarzyło się, że przygotowując całą oprawę miałam już w głowie gotowy plan, który wystarczyło tylko zrealizować. Wszystko zawsze dzieje się spontanicznie, metodą dokładania i odbierania, małej przymiarki obiektywem i dopasowaniem odpowiedniego światła. A inspiracje czerpię praktycznie ze wszystkiego. Przeglądam mnóstwo profili na Pineterst i Instagramie. Nie ściągam koncepcji autora, bo czasami wystarczy mi jeden element, mały drobiazg, kolor czy faktura by w głowie zapaliła się znana z kreskówek lampka sygnalizująca genialny pomysł, a w efekcie końcowym i tak przecież zostaje przekształcony. Na Instagramie obserwuję lubiane blogerki, sklepy, z którymi chcę być na bieżąco i przede wszystkim konta, które przeglądając mam ochotę biec po aparat i pstrykać tysiące zdjęć. Skoro tak wiele z Was również szuka inspiracji i czeka na to małą lampeczkę, postanowiłam, że pomogę Wam ją zapalić i zacznę dzielić się kontami, na których każdy znajdzie to czego szukał. Nie wiem jak przyjmiecie ten pomysł i czy będziecie chciały z niego skorzystać, ale mam nadzieję, że znajdą się zainteresowani. Dziś przedstawiam pierwszą piątkę :)


#mikutas


 
 Nie mogłam nie wspomnieć o tym koncie, bo zdecydowanie jest to mój numer jeden. Należy do Szwedzkiej blogerki i fotografa Jacqueline Mikuta. Głównym bohaterem zdjęć jest ona sama, ale nie są to typowe selfie strzelane ciągle w tym samej pozie i z niezmienną, nudną już miną, a co więcej rzadko widać na nich jej całą twarz. Czasami są to zniszczone buty, innym razem torebka przewieszona przez ramię czy choćby trzymane w dłoniach słuchawki. Ale wszystko to tak ujęte, oprawione i podkreślone, że aż zapiera dech w piersiach. Gdy pierwszy raz trafiłam na nią siedziałam długi czas nim obejrzałam każdą jedną fotografię i nie miałam dość ani przez chwilę. Co prawda sama nie robię tego typu zdjęć, bo mój Instagram to typowy flatlay, ale ta dziewczyna inspiruje. Cholernie inspiruje!

#thedailymark

 

 Konto strony internetowej na której można znaleźć sporo informacji na temat urody, lifestylu, technologii i jedzenia. Ja jednak bardziej skupiam się na instagramowym profilu. Według mnie to mistrzostwo flatlay! Kiedy brakuje mi pomysłu lub małej iskierki, która wznieci nieco przygaszoną wyobraźnię, to zaglądam właśnie do #thedailymark. Czasami wystarczy, że skupię się tylko na pięciu zdjęciach i już wiem jak mogę moją pracę "ubrać" by wyglądała równie ciekawie. Dodatkowo autorka piękne zdjęcia przeplata zabawnymi powiedzeniami i bardzo rzadko wydarzeniami ze swojego życia. Profil ten obserwuję dopiero od niedawna, ale już jestem zakochana i na pewno będę wracać do niego jeszcze nie raz.

#infalliblelifestyle

 

 

 Niektóre z Was pewnie znają Agnieszkę, ale ja zanim odkryłam jej blog najpierw zakochałam się w zdjęciach na Instagramie. To Agi profil był jednym z pierwszych, które zainspirowały mnie do polepszenia jakości robionych przeze mnie fotografii i dał motywację do działania. Co prawda jestem fanką zdjęć, na których dużo się dzieję, jest mnóstwo elementów i kolorów, a Agnieszka to mistrzyni minimalizmu, ale to nie znaczy, że nie inspiruje. Czasami piszecie, że nie jest sztuką zrobienie fotki na białym tle i każdy może takie wyczarować, ale znajdźcie mi równie piękne co te z profilu #infalliblelifestyle. Dla mnie ta kobieta to zdecydowanie profesjonalistka i uwielbiam przeglądać jej konto. Wszystko jest takie estetyczne, czyste oraz dopracowane i nawet produkt za niecałe 5 złotych wydaje się luksusowy i wart uwagi. Zawsze będę polecać jej profil i blog, bo zdecydowanie inspiruje i powinna być wzorem dla początkujących na Instagramie lub w blogosferze.

#inspirujemniezycie


 Jeśli zaczynam mówić o inspiracji, nie może tu zabraknąć Iwonki z #inspirujemniezycie. Nieważne czy dodaje zdjęcia jedzenia, kosmetyków, własnego mieszkania czy kubka z kawą. Zawsze jest pięknie, jasno i inspirująco. Poza tym bije z niej taka radość i pozytywne nastawienia do życia, że aż mam ochotę się uśmiechnąć. Tak samo jak u opisywanej wyżej Agnieszki jest dla mnie wizytówką profesjonalizmu i elegancji. Zawsze ma coś ciekawego do powiedzenia i nie czuję od niej tego sarkazmu i chęci wbicia szpilki. Na jej koncie uwielbiam też pomysłowe wykorzystanie kwiatów i różnego rodzaju roślinności, a zdjęcia potraw zdecydowanie wzmagają ślinotok. Iwonka udowadnia, że zdrowe odżywianie nie musi być nudne i swoimi talerzami pełnymi pysznego jedzenia, pewnie przekonałaby nawet najbardziej opornego fana fastfoodów :) Po prostu uwielbiam!

#saritacoren

 


 

 Mama-blogerka, która zaznacza, że nie posiada specjalistycznego sprzętu do robienia zdjęć i nie ma pojęcia jak obsługiwać Photoshop. Jednak jej konto jest dowodem na to, że wcale nie jest to potrzebne by tworzyć piękne, inspirujące zdjęcia. Profil #saritacoren jest moim numerem jeden jeśli chodzi o wykorzystanie roślin czy suszonych kwiatów. Znajdują się praktycznie na każdej fotografii. Uwielbiam jej pomysły, estetykę i dobór dekoracji. Zdjęcia różnią się od siebie i robione są na różnym tle, co tylko jeszcze bardziej ciekawi i uzależnia od przeglądania. Uwielbiam te małe łyżeczki wypełnione rożnymi substancjami, które w ciekawy sposób pozwalają zapoznać się z konsystencją prezentowanych kosmetyków. Pozwala podejść do nich tak blisko iż ma się wrażenie, że wiemy już wszystko co chcielibyśmy zanim zakupimy produkt, który nas interesuje. Żałuję, że nie mam czasu przejrzeć jej bloga, ale kiedyś postaram się to zmienić. Na pewno jest kopalnią wiedzy. Same sprawdźcie :)
                                                                                                  
 

 Po dzisiejszym poście pewnie czujecie się zmolestowane słowem: inspiracja, ale to ona grała tu główne skrzypce i mam nadzieję, że też choć trochę jej odnalazłyście w kontach, które pokazałam. Koniecznie podzielcie się swoimi typami i pomóżcie mi stworzyć listę, dzięki której nigdy nie będziemy musiały się zastanawiać jak ugryźć nowy temat :)

#luxuryday/ NARS Radiant Creamy Concealer/ Korektor idealny?


korektor Nars


 Praktycznie każdego dnia chłonę wiedzę na temat kosmetyków. Uczę się nowych rzeczy, testuję, czytam i potrafię już pomóc innym, a przede wszystkim co najważniejsze samej sobie. Latami nie przejmowałam się moją skórą pod oczami i jestem pewna, że gdyby nie zainteresowania typowo kosmetyczne, do dziś uważałabym iż dopiero po czterdziestce należy sięgnąć po specjalistyczne kremy. Mam wrażenie, że moja skóra troszkę się mści za takie ignoranckie podejście, bo to właśnie produkty przeznaczone do aplikacji pod oczy sprawiają mi najwięcej trudności w znalezieniu ideału. Większość kremów jest obojętna, nie robi nic, albo jedynie lekko nawilża. Z korektorami jest jeszcze gorzej, bo wchodzą w załamania, ważą się i nie posiadają potrzebnych mi zdolności do dobrego krycia. Od początku mojej przygody z tego typu produktami zawsze sięgam, po te najbardziej wychwalane i cenione przez blogerki czy youtuberki. Miałam już jeden z Collection, dwa z NYXa, Maybelline czy Kiko. Nie o każdym mogę powiedzieć iż jest bublem, ale to jednak nie to czego wymagam. Byłam już nawet bliska wytoczenia najcięższego działa i planowałam zakup korektora od Make Up For Ever, ale najpierw postanowiłam spróbować równie mocno wychwalanego NARSa. Radiant Creamy Concealer to już legenda. Kochają go nie tylko wizażyści, ale również kobiety (i mężczyźni) na całym świecie. Producent przypisuje mu tyle wspaniałych właściwości, że spokojnie można myśleć iż to kosmetyk doskonały. Czy rzeczywiście tak jest?

Otulam się nawet latem, czyli Pat&Rub otulający balsam do rąk, żel myjący i scrub.





 Wiem, że są zapachy, które mają moc tylko o określonej porze roku. Te ciężkie, korzenne i słodkie świetnie wpisują się w klimat zimy, gdy w iście świątecznym humorze pieczemy bożonarodzeniowe ciasta, a kwiatowe, rześkie i morskie najlepiej “smakują” gorącym latem. Jeśli mnie znacie, wiecie, że jestem zapachową ignorantką, o perfumach nie mam pojęcia i dopiero od niedawna nieco lepiej zaczynam odgadywać poszczególne składniki, wyróżniając więcej woni niż róża. Niestety jeszcze trochę mi brakuje do dzielenia zapachów na pory roku, dlatego niech Was nie zdziwi, że to właśnie teraz zdecydowałam się na użycie kosmetyków z serii otulającej Pat&Rub, którą doskonale opisuje karmel, cytryna i wanilia. Jednak takiemu łasuchowi jak ja, słodkości nigdy za dużo, a poza tym kupione chłodną porą kosmetyki, nie mogły czekać do zimnej, deszczowej jesieni. Aż tak cierpliwa nie jestem. Cała seria ogromnie mnie zaskoczyła, a moja opinia zmieniała się kilka razy w czasie stosowania kosmetyków i sporo musiałam się zastanawiać czy werdykt faktycznie jest słuszny. Ale o tym na końcu, najpierw zróbmy mały przegląd każdego produktu z zestawu. 

Dziewczyny lubią brąz i Bielenda o tym wie/ Bielenda Argan Oil Koncentrat Brązujący.




 Wraz z latem nadchodzą (miejmy nadzieję) gorące dni, a po nich w następstwie ciepłe wieczory, które przynoszą odpoczynek od upałów, ale wciąż uwalniają od kurtek. Wystarczy zarzucić jakiś kardigan czy cieniutki sweterek, dobrać do tego “zakryte” buty, a torbę plażową wymienić na coś bardziej eleganckiego i już wieczorny look gotowy. Wybaczcie, że piszę jakbym się znała na modzie, bo tak naprawdę nie mam o niej pojęcia, a wzmianka o ubraniach miała jedynie świetnie pasować do wstępu, w którym pragnę wspomnieć, że całość najlepiej dopełniłaby opalenizna :)  Strój kąpielowy, letnia sukienka, szorty, wszystko to zawsze lepiej prezentuje się na muśniętym Słońcem ciele. Opalenizna dodaje pewności siebie, tuszuje niedoskonałości skóry i cery oraz przyswojona z głową pozwala wyglądać zdrowiej i radośniej. Czasy palonej na czarno skóry w solarium na szczęście już są odległe i coraz mniej osób z nich korzysta, a kiedyś przeznaczone tylko dla odważnych samoopalacze, ulepszone zaczęły zdobywać serca wielu kobiet. Bo przecież nie wszystkie mogą lub lubią leżeć na Słońcu. Wiem, że są marki, które bezkonkurencyjnie wiodą prym w tej kategorii, ale wcale nie ogranicza mnie to przed dalszą eksploracją. Dziś przedstawię Wam produkt marki Bielenda, który nie jest zwykłym samoopalaczem. Producent nazywa go koncentratem, który nie tylko daje efekt skóry muśniętej Słońcem, ale też ma za zadanie nawilżać i pielęgnować. Zbyt piękne by było prawdziwe?

Bielenda Argan Oil Koncentrat Brązujący

  
  Szklana buteleczka w koncentracie Bielenda jest mała i na pewno nie pasuje do sporo większego kartonika, który troszkę może oszukać oko przy zakupie. Gdyby ktoś się tym drobnym oszustwem rozczarował, to na pewno uśmiech przywróci mu pipetka, która świetnie dozuje produkt, jest mała, urocza, higieniczna i nie da się na nią narzekać. Z zapachem tego koncentratu było u mnie naprawdę różnie. Raz przypominał woń typowych, prototypowych samoopalaczy, by następnie przestał drażnić nos i stał się przyjemny oraz całkiem znośny. Czasami nawet nawiązywał do palonego orzecha laskowego. Wiem, że taki opis troszkę brzmi jak bełkot i wcale Wam wiele nie mówi, ale w tym wypadku wszystko zależy od wrażliwości nosa i personalnych upodobań zapachowych. Tylko jeśli same się z nim skonfrontujecie , będziecie wiedzieć w jakiej kategorii go zakwalifikować i czy dacie radę się z nim polubić.


 Koncentratu raczej nie zaszufladkowałabym jako produktu opalającego. On jedynie lekko brązuje, ale na pewno nie opala. Efekt jaki nim uzyskacie to delikatny pocałunek Słońca, a nie długa kąpiel w jego promieniach. Już po pierwszej aplikacji widać różnicę w kolorze skóry (nie u każdego), ale nie jest ona diametralna i nie sprawi, że znajomi będą Cię podejrzewać o wakacje w gorącej Grecji. Producent sugeruje mieszanie koncentratu razem z ulubionym kremem, ale ja wtedy nie zauważałam żadnych efektów i tylko aplikowany solo dawał znać, że faktycznie jest na skórze. Skłamałabym pisząc, że na pewno nie zrobicie sobie nim krzywdy. Nieperfekcyjna aplikacja dała o sobie znać tylko, gdy używałam produktu bezpośrednio z pipetki na skórę. Nie było to jednak okropne pomarańczowe plamy, których niczym nie dała się zakryć i zmyć, a jedynie lekko zauważalna różnica w kolorze cery. Koncentrat najlepiej sprawdza się dopiero, gdy po wylaniu na dłoń (bardzo mała ilość) z pomocą palców wędruję na twarz. Podążając za tą instrukcją zawsze wyglądał idealnie i nic nie mogłam mu zarzucić. Każdego dnia moja twarz prezentowała się lepiej i zdrowiej, a ja z radością pożegnałam ziemisty i zmęczony wygląd, który zawsze sprawiał, że zdawałam się bardziej znużoną niż to miało miejsce w rzeczywistości. Dodatkowo oprócz lekko przybrązowionej skóry zyskałam również nawilżenie bez zapychania i wyprysków. Koncentrat ekspresowo się wchłania i nie pozostawia po sobie tłustej warstwy, a jedynie miękką i gładką cerę. Nie nakładałam go jednak pod makijaż i nie jestem w stanie stwierdzić czy się pod niego nadaje, ale zauważyłam, że naturalnie skóra troszkę szybciej się po nim zaczyna świecić.


 Argan Bronzer od Bielendy szybko zdobył moje serce i na pewno nie zabraknie go w tegorocznej, letniej kosmetyczce. Czytałam sporo zażaleń oraz skarg na temat tego produktu i znalazły się też takie dziewczyny, które oskarżały go o brak jakiegokolwiek działania. Nie jestem w stanie stwierdzić skąd takie odczucia, bo nie posiadam trupio bladej twarzy, a mimo to zauważyłam efekty już po pierwszym użyciu. Co więcej według mnie to jeden z lepszych produktów w tej kategorii i pokonał dużo droższe od siebie marki. Zdaję sobie sprawę, że nie będzie pasował każdemu, ale myślę, że warto podjąć ryzyko :)


Koniecznie dajcie znać co o nim myślicie :)

© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig