#luxury #day/ NARS Sheer Glow Foundation/ Rozświetlający podkład kryjący.


POST Z NOWEGO CYKLU LUXURY DAY

Gdybym miała wymienić najczęściej zadawane mi pytanie to pewnie bez zastanawiania wymieniłabym: po co Ci tyle kosmetyków? Obecnie mój narzeczony, który przywykł do odpowiedzi: "bo tak", oraz siostry, które chyba mnie trochę rozumieją są jedynymi bliskimi, którzy przestali już pytać. A osobą, której najczęściej muszę tłumaczyć, że mam bloga i ogólnie uwielbiam kupować kosmetyki, bo zawsze jest coś co może mi się przydać, jest moja mama. Uwielbiam jej zdziwioną minę i choćbym nie wiem jaki argument podała zawsze rozmowa kończy się tym samym: "a przestań":) Wiem, że każda z Was ma jakiś konkretny, ulubiony rodzaj kosmetyków, których nigdy dość. Są to lakiery, rozświetlacze, cienie lub tak jak w moim przypadku podkłady. Nigdy nie mam ich wystarczająco dużo i przy zakupie każdego następnego zawsze mam nadzieję, że to będzie ten jedyny. Posiadam już listę swoich ulubieńców i jeśli ich jeszcze nie znacie zapraszam do zakładki FAQ. Dziś opowiem jednak o innym produkcie testowanym przypadkiem, choć od kilku dobrych miesięcy chodził za mną krok w krok. Zapraszam Was na spotkanie z jego wysokością: podkładem Nars Sheer Glow.


Powinnyście widzieć moją minę, gdy pierwszy raz odkręciłam czarną, matową zakrętkę i zrozumiałam, że pod nią znajduje się jedynie mały otworek. Piszę powinnyście, bo byście się uśmiały do łez, a jak wiadomo śmiech to zdrowie. Przez dłuższą chwilę zbierałam szczękę z podłogi, a kiedy udało mi się sprowadzić ją na właściwe miejsce z wielkim niesmakiem postanowiłam prowadzić śledztwo dalej. Na szczęście spodobała mi się lejąca, rzadka konsystencja podkładu, znacznie lżejsza od tej, którą posiada Revlon Colorstay. Na swoją obronę może też dodać łatwe i przyjemne rozprowadzanie. Jednak nic nie tłumaczy nieporęczności wykonanego z grubego szkła opakowania, z którego wylewa się za dużo produktu, a dodatkowo zakończonego  nakrętką należącą do tych z grupy okropnie się brudzących i brud ten lubiących, trzymających się go z ogromną siłą, co po krótkim czasie użytkowania, czyni całe opakowanie bardzo nieestetycznym.



NARS Sheer Glow jest pierwszym podkładem, który sprawia mi taki problem by go opisać. Dla mnie- posiadaczki cery, którą raczej lubię ukrywać jest dosyć lekki i obchodzi się z moją buzią nadzwyczaj delikatnie. Jednak te z Was, które mają suchą skórę raczej nie byłyby z niego zadowolone. Podkreśliłby to co staracie się wyeliminować, czyli cięgle brakujące nawilżenie i najgorszą zmorę- wredne, małe odstające skórki. A na domiar złego Wasza twarz wyglądałaby jak skorupka żółwia wysmarowana błotem- chropowata i nieładna. 



Podkład tak jak pisałam łatwo się rozprowadza, choć na bardzo treściwych kremach może się mazać. Chwilę po nałożeniu otrzymujemy na buzi mocny mat, chociaż ja nie nazwałabym go tępym. Wiem, że wiele z Was po pierwszym użyciu w tym właśnie momencie prychnęły pod nosem i zapytały: w takim razie gdzie to rozświetlenie obiecane przez producenta? Ale spokojnie, wszystko w swoim czasie. Pojawi się.  Nie od razu, ale za jakiś czas, gdy troszkę poleży na twarzy, ukaże ładny, naturalny glow. Dla mnie brzmi to lepiej niż umieszczone wewnątrz miliony świetlistych drobinek. 

W kwestii krycia nie mam mu nic do zarzucenia. A co więcej, chyba nigdy nie miałam podkładu, który by tak dobrze zasłaniał moją problematyczną cerę już po nałożeniu pierwszej warstwy. Za chwilę się przekonacie, że u mnie ma pełne pole do popisu. Bardzo rzadko aplikuję ten podkład podwójnie i dzięki temu wygląda naturalnie (moja definicja tego słowa pewnie się różni od Waszej, ponieważ na co dzień muszę używać mocno kryjących produktów) i po prostu lżej. 



Rozumiem, że trwałość dla cer mieszanych i tłustych to podstawa. Nie wiem jaką ilość czasu określacie mianem długo, ale NARS na pewno utrzyma się na twarzy dobre kilka godzin, chociaż ładnie wyglądał będzie tylko jakieś pierwsze pięć. Oczywiście później można go przypudrować lub potraktować bibułkami, ale dla mnie to już nie to samo. 






Producent obiecuje nam nawilżenie i niekomedogenność. I kurczę chyba muszę się z nim zgodzić. O ile nie daje jakiegoś super nawilżenia, to jednak mam wrażenie, że nie wysusza skóry tak jak inne podkłady i daje jej "to coś", co sprawia, że wieczorem po zmyciu makijażu wygląda po prostu zdrowo. Nie zauważyłam też by mnie zapchał, zatkał pory czy zabrał mojej skórze swobodę w oddychaniu. Praktycznie nie czuję go na twarzy i po długich latach spędzonych w towarzystwie ciężkich, matujących podkładów (Estee Lauder, Revlon) mam wrażenie, że moja cera mówi do mnie: w końcu dałaś mi żyć. 

Przed

Przed

Po (1 warstwa)

Po


Praktycznie za każdym razem macie problem z dobraniem odpowiedniego odcienia podkładu? Nie z NARSem :) Producent obiecuje nam taką gamę kolorystyczną, że zarówno bladzioszki, jaki i ciemnoskóre kobiety znajdą odpowiedni odcień dla siebie. Możecie przebierać w tonach żółtych, różowych, naturalnych i czekoladowych. Czyż to nie wspaniale?

 
Źródło

Źródło

Jeśli miałbym zebrać do jednego worka wszystkie wady tego podkładu wrzuciłabym tam opakowanie, w którym brak pompki i zaznaczanie swojej obecności na ubraniach, którym nigdy nie odpuści. Do niczego innego nie mogę się czepić i nawet nie chcę. Uwielbiam ten podkład przede wszystkim za jego lekkość (oczywiście w porównaniu do Revlon czy Kat Von D) i jestem pewna, że moja skóra dziękuje mi za to, że dla niego porzuciłam inne tego typu produkty. Zdaję sobie sprawę, że ma wiele negatywnych recenzji i w kwestii krycia też nie każda się ze mną zgodzi. Ale NARS posiada też spore grono wielbicielek i ja jestem z nimi. Myślę, że najwięcej narzekają na niego posiadaczki suchej cery, które zmylone hasłem "rozświetlenie" sięgnęły po niego, a to głównie tej obietnicy im zabrakło. Jestem pewna, że by osiągnąć upragniony efekt potrzeba nam trochę naturalnego sebum, na którego wydzielanie dziewczyny z tłustą cerą nie mogą narzekać. 



Zanim jednak zakupisz, lepiej zaopatrz się w próbki. Cena podkładu nie należy do niskich i na pewno nie chciałabyś wyrzucać pieniędzy w błoto. Ja polecam, polecam, polecam! NARS Sheer Glow jest moim odkryciem i chociaż do końca roku jeszcze daleko, może już spokojnie startować do jego ulubieńców i odkryć :)

To jak? Przekonałam Was czy nie? 

PS: Wybaczcie, że nie ma zdjęć całej twarzy, ale i tak udostępnienie tych było dla mnie ogromnym wyzwaniem. Jestem typem "nie wychodzą z domu bez makijażu" i chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego :)

Ocena: 8/10
Cena: ok. 150 zł

Miłego dnia!



© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig