#luxury day/ Yves Saint Laurent Blush Radiance



Historia różu sięga aż starożytnego Egiptu, gdzie zarówno kobiety jak i mężczyźni barwili swoje policzki, by podkreślić ciemny makijaż oczu, który do dziś jest inspiracją dla wielu makijażystów na całym świecie. Wtedy używali do tego rozgniecionych owoców lub po prostu rozkruszonej ochry (skała uznawana za naturalny, nieorganiczny pigment). Nierzadko klasa wyższa do upiększania się stosowała również toksyczne rośliny i substancje, które dawały zabójczy efekt w dosłownym tego słowa znaczeniu. Dziś na szczęście noszeniem różu nie ryzykujemy życia, chociaż swój dobry wygląd już tak. Metoda "prawidłowej" aplikacji, która przed laty krążyła drogą pantoflową od jednej kobiety do drugiej, niestety nie spisuje się lub po prostu dobrze wygląda tylko u nastolatek. Jak zatem obchodzić się z różem?




Przede wszystkim zapomnij o uśmiechaniu się podczas obmiatania nim policzków. To nie jest Twój naturalny wyraz twarzy i nie chodzisz z przyklejonym bananem przez cały dzień. Im jesteś starsza tym bardziej Ci wszystko wisi (czasem aż po kolana) i wtedy zaczynasz szukać trików by podnosić i naciągać. Kiedy szeroko się uśmiechniesz, Twoje "chomiki" idą w górę i aplikując na ich szczyt róż sprawisz, że gdy staniesz się na powrót poważna będzie on niemal sięgał Twoich ust. Twarz stanie się pociągła i smutna i raczej nie będzie to wyglądać dobrze. Zapominamy więc o uśmiechaniu się, a już na pewno nie w trakcie aplikowania różu. Ja staram się trzymać pędzel leciutko u samej nasady palcem wskazującym i kciukiem, a potem delikatnie omiatam nim kości policzkowe zaczynając od skroni (w razie gdy produktu jest za dużo nie zrobię sobie plamy na policzku). Moim zdaniem jest to najlepsza metoda i od kiedy ją stosuję mój makijaż wygląda o niebo lepiej. Same sprawdźcie, a od razu zauważycie ogromną różnicę. Wizażystką nie jestem (niestety) więc trudno mi prawić o tej technice, której nauczyłam się od samego Wayne Gossa. Dlatego pod koniec posta pokaże Wam jak on to robi. W tłumaczeniu też jest najlepszy :)



Bardzo rzadko wydaję na róż miliony, ponieważ uważam, że jest to jeden z kosmetyków, którego da się zastąpić tańszymi produktami. Super efekt potrafię osiągnąć nawet różem z Essence za kilkanaście złoty i jestem pewna, że Wy także. Od czasu do czasu jednak pozwalam sobie na małą fanaberię i wybieram coś droższego. Jak wiecie róż Dior mnie nie zachwycił i spodziewałam się po nim czegoś lepszego. Tym razem padło więc na Yves Saint Laurent Blush Radiance i to on jest głównym bohaterem posta.



Uwielbiam ceglaste róże i byłam pewna, że ten właśnie taki jest. Dopiero po rozpakowaniu okazało się, że  moje wyobrażenia o odcieniu były troszkę inne niż to się w rzeczywistości miało. Jaki wiemy marka uznawana jest za luksusową i rozpakowując róż ani przez chwilę nie mamy wątpliwości, że to słuszne stwierdzenie. Już sam złoty kartonik z logiem YSL daje znać, że za tego gagatka będzie trzeba słono zapłacić. W środku znajdziemy welurowy pokrowiec, przez wiele z Was nazywany obciachowym i kiczowatym, ale ja uwielbiam takie estetyczne akcenty, choć doskonale sobie zdaję sprawę, że one też przyczyniają się do ceny produktu. Pewnie każda z Was po wydobyciu różu otulonego w mięciutki jak puch materiał, gdzieś tam w duchu lub nawet na głos powie ciche: wow. Złote pudełeczko pozwala myśleć, że oto dzierżymy nasz mały, piękny skarb, z którym już nigdy nie będziemy chciały się rozstać. Przejrzeć możemy się nawet w samym wieczku opakowania, ale jakby tego było mało, w środku również znajdziemy straszące (przynajmniej mnie) zwierciadło. Mały pędzelek w tego typu produktach  zawsze jest dla mnie zbędny, bo nie potrafię nim nałożyć różu tak by wyglądał dobrze, nawet stosując najlepsze techniki. 



Cała oprawa jest ważna (przynajmniej dla mnie) jednak to co ma przyspieszyć bicie naszego serca, znajduje się w samym środku pięknego pudełeczka. Malutki kwadracik różu podzielony jest na cztery części. Mamy tam dwa jaśniejsze, bardziej "żywe" odcienie i dwie ciemniejsze, przygaszone i mniej iskrzące się cegiełki. Po zblendowaniu dają piękny różowy odcień, który moim zdaniem nie będzie pasował młodziutkiej i delikatnej dziewczynie, a raczej poważnej i odważnej kobiecie, która wie czego chce i nie boi się odważnych posunięć. Ja nie noszę go też na co dzień, tylko dodaję jego szczyptę do wieczorowego looku by postawić tak zwaną kropkę nad i. Doskonale się do tego nadaje.



Można z nim przesadzić, a nawet należy się tego różu obawiać. Nieumiejętnie użyty potrafi zrobić plamę i w mig sprawić, że zamiast na imprezę będziesz zmuszona iść do cyrku lub do opery (nie jako widz). Jest mocno i soczyście napigmentowany i w to nie należy wątpić. Trzyma się pięknie cały dzień, nie zmienia swojego miejsca pobytu, nie znika i jest najlepszy w swoim fachu. Jego odcień to idealne połączenie lekkiego błysku oraz subtelnego matu i  moim zdaniem róż posiada wszystko co najlepszego mogą dać z siebie te dwa efekty. Mogłabym go tylko głaskać i chwalić, bo nie mam do niego żadnych zastrzeżeń. Jest drogi, jest piękny, jest luksusowy i zachwycający. Jest po prostu moim małym skarbem.

Odcień #6


Nie będę Was przekonywać do kupna, bo nie jest to kosmetyk must have. Jeśli jednak tak jak ja, od czasu do czasu lubicie troszkę się rozpieścić, zaszaleć i kupić sobie coś wyjątkowego na pewno polecam spróbować. Tak naprawdę tylko do ceny można by się przyczepić, ale są marki, za które trzeba płacić miliony, bo mimo iż nie zawsze ich jakość powala i my to wiemy, to jednak każda z nas (albo większość) gdzieś tam skrycie marzy by choćby raz przetestować coś od Diora, Chanela, Givenchy czy YSL. Taka nasza natura i nie sposób z nią walczyć :)

Na co Ty ostatnio wydałaś miliony? :)

Cena: ok. 150 zł

Dobrej nocy!

PS: Specjalnie dla Was Wayne Goss :)

 






 
© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig