Wielkie Meh.../ Kiehl's Creamy Eye Treatment



 "Ładne oczy masz, komu je dasz?". Melodia ta do dziś ponosi roześmiany tłum na weselach, a w sali nie ma takiego, który by nie znał słów. Niestety ja nie dorastałam w czasach, gdzie przystojny chłopak z gitarą mógłby mi śpiewać tę piosenkę nad brzegiem spienionego morza o zachodzie Słońca. Ponoć oczy są zwierciadłem duszy, ale jakoś nigdy nie umiałam z nich czytać. Czy da się ujrzeć przeżyte cierpienia, nabyte doświadczenia, ogromny smutek i wewnętrzną walkę? Jeśli tak, to z przykrością muszę stwierdzić, że oczy też się starzeją. A szkoda, bo moje ciągle ktoś chwali i mam nadzieję, że żadne cierpienie nie odbierze im uroku :)  Nie znam złotego środka by temu zapobiec, ale może wystarczy żyć tak byśmy zawsze byli szczęśliwi? Wiem natomiast, że nie tylko ładne oczy grają wielką rolę, ale i o skórę pod nimi należy odpowiednio zadbać. To właśnie w tych okolicach widzimy pierwsze odciski upływającego czasu, a nowoczesne starzenie już nie akceptuje wgnieceń i kurzych łapek. Nie raz pisałam, że długo nie używałam specjalistycznych kremów pod oczy, byłam dla nich oziębła i krzywdząca. Jednak ostatnio moja pielęgnacja  ewoluowała, zyskała na jakości i zaczęła w końcu troszczyć się o skórę, na której zaraz będzie widać pierwsze oznaki starzenia. Eksperci mówią, że nigdy nie jest za wcześnie na wprowadzenie do swojej pielęgnacji kremów pod oczy, ale ja zrobiłam to dopiero po ukończeniu dwudziestego piątego roku życia. Szybko przekonałam się, że trudno będzie  mi znaleźć miłość od pierwszego wejrzenia, a po drodze czekają mnie same rozczarowania, ciche dni, separacje, a na koniec rozwód (nie z mojej winy oczywiście). 




 Już tu kiedyś wspominałam, że wcale nie potrzebujemy specjalistycznych, drogich kremów pod oczy z jadem węża czy sokiem z żuka, o co rozpętała się nie lada awantura. Bo przecież skóra pod oczami jest delikatniejsza, cieńsza itp. Zgadzam się, ale czy nie uważacie, że nasza cera powinna być traktowana z szacunkiem w każdym swoim calu, a nie tylko w wybranych miejscach? Nie wypada atakować jej alkoholem czy innymi składnikami, które prowadzą do podrażnienia i wysuszenia. Nierzadko też zdarza się iż kupujemy specjalistyczny krem, bo jesteśmy pewne, że jak w nazwie ma "pod oczy" to jest delikatniejszy, podczas gdy cichy zabójca w składzie ma poupychane uczulające olejki, substancje zapachowe czy wywołujące alergię ekstrakty roślinne. Jeśli Wasza skóra pod oczami różni się znacznie od tej z reszty twarzy, to dopiero wtedy możecie martwić się o krem, który ma inne właściwości. W pozostałych przypadkach wystarczy tylko jeden, porządny z fajnym składem i nie dajcie się oszukać.


 Gdy ktoś rzuci hasło kremy pod oczy to jako pierwszy przychodzi mi na myśl legendarny Kiehl's Creamy Eye Treatment with Avocado. Pewnie mało jest blogerek, które go nie znają i szukają w pamięci, gdy ktoś o nim wspomina. Miał być ósmym cudem świata, spełnieniem marzeń i tym naj, czyli ostatnim i na wieki. W moim przypadku nie jest i nie będzie. Albo jestem zbyt wymagająca, albo jakaś inna. 

 Na samym początku czepię się formy podania. Jak dla mnie beznadziejna, mało wygodna i po prostu upierdliwa. Nad słoiczkami już dawno się rozwodzę i moje zaufanie do nich też nieco spadło. O ile w kremie do twarzy jeszcze jakoś je zniosę, o tyle w tym przypadku to był jakiś koszmar. Małe opakowanie, które co prawda ma wieczko, ale jak dla mnie zostało umieszczone tylko po to by jeszcze bardziej utrudniać życie oraz brudzić się, wyglądając nieestetycznie i zniechęcając do ponownego użycia. W samym środku pierwsze co ląduje to nasz paznokieć (nieważne czy długi, czy krótki) na co ja z obrzydzenia mówię bleee. Zawsze coś pod nim zostanie i nie jest to tylko niehigieniczne, ale też nieprzyjemne. Producent powinien chociaż pomyśleć o szpatułce, ale w tym przypadku nie dostajemy kartonika, więc nie ma gdzie jej umieścić. Nawet minimalistyczny wygląd, który ja uwielbiam nie ratuje opakowania kremu przed wystawieniem mu oceny niedostatecznej.


  Przeważnie cieszę się, gdy moje kosmetyki są wydajne, a zwłaszcza, gdy kosztowały niemało. Niestety w tym przypadku czekanie na ujrzenie dna to dla mnie istne tortury i za każdym razem mam nadzieję, że to dziś będzie ten wielki dzień. Zwłaszcza, że wystarczy naprawdę niewielka ilość by pokryć kremem nie tylko skórę pod oczami, ale i powieki. Łatwo się rozsmarowuje, szybko wchłania i nie pozostawia ciężkiej, lepiącej się warstwy. Spodobał mi się też jego kolor, który faktycznie złudnie przypomina mus z awokado i nie jest taki banalny jak w przypadku innych mazideł. Mój amatorski nos tym razem nie może się pochwalić z czym kojarzy mu się zapach kremu, bo jak dla mnie po prostu go tam nie ma. 



 Wiecie już, że nie podzielam zachwytów nad tym produktem marki Kiehl's i nie będę wychwalać jego właściwości. Oczywiście podkreślę, że nie jest najgorszy i pewnie osoby, które nie wymagają wiele będą zadowolone, ale myślę, że takie spokojnie znalazłyby sobie podobny produkt w niższej cenie. Na początku nawet byłam z niego zadowolona, bo miałam nadzieję, że jak będę go regularnie używać to zauważę coś więcej niż delikatne nawilżenie. Niestety nic takiego nie miało miejsca. Nie poradzi sobie z obrzękami po ciężkiej nocy, nie ukoi ich i nie złagodzi. Nałożone na niego korektory bardzo szybko się ważyły i wyglądały nieestetycznie (choć nie wszystkie). Znacznie wpływał na ich trwałość. Dodatkowo będzie stał z założonymi rękami, gdy ciężkie produkty do konturowania zaczną wysuszać Twoją skórę pod oczami. Potrafił nawet zostawić suche placki. Jeśli miałabym opisać go jednym słowem to pewnie idealnie pasowałoby mi: bezużyteczny. W ogóle mnie do tego kremu nie ciągnie, a szkoda, bo myślałam, że będzie strzałem w dziesiątkę. Jedyne za co mogę dać mu plusika to przyjemny chłód jaki po sobie pozostawia, kojący zmęczone po całym dniu powieki, niestety efekt jest krótkotrwały i czar bardzo szybko pryska. 



 Wiem, że takich opinii jak moja nie ma w Internecie wiele. Żałuję, że najpierw nie zaopatrzyłam się w jakąś próbkę, bo zaoszczędziłabym troszkę pieniędzy na lepszy krem. Poza tym byłam pewna, że tego olejku z awokado jest tyle, że mogłabym się w nim kąpać, a tutaj dominuje woda i masło shea, które większość z Was ma w domu (olejek jest na 8 miejscu!). Po kosmetyku, który nazywa się treatment (leczenie, kuracja), już nawet nie krem, spodziewałabym się czegoś więcej, a tu jest zwykłe meh, jak to ostatnio popularnie się mówi. Ja nie polecam, a jeśli bardzo chcecie go mieć to może warto najpierw zaopatrzyć się w próbki?

Która z Was ma go na swojej zakupowej liście? :)
© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig