#luxury #day Shiseido UV Protection SPF43 PA +++, czyli japońska miłość bez happyendu



O azjatyckich kremach BB nie będę Wam pisać, bo nie jedna z Was przepadła, gdy tylko pierwszy raz dotknęły jej delikatnej skóry na twarzy. Zachwyciły nas nie tylko ładnym kryciem, ale i właściwościami, które jeszcze kilka lat temu miejsce miały jedynie w najskrytszych marzeniach. Mam wrażenie, że obecnie nie ma problemu, którego nie rozwiązują. Wiem, że obietnica ta brzmi niczym z reklamy najnowszej pożyczki chwilówki, ale są marki, które potrafią zaspokoić nawet najbardziej wymagającą cerę. Przez chwilę miałam nawet wrażenie, że moda rozprzestrzeniająca się niczym niszcząca epidemia wyprze tradycyjne podkłady i nikt już nie będzie zawracał sobie nimi głowy. Producenci kosmetyczni jednak potrafią wyjść naprzeciw oczekiwaniom klientek i nie śpią, gdy konkurencja odnosi sukcesy. Shiseido już jakiś czas temu stworzyło podkład, który oferuje znacznie więcej niż wszystkie te, które znajdziecie na drogeryjnych półkach i lepiej ich do siebie nie porównywać, bo wypadną bladą i nijako. Produkt, który dziś Wam zaprezentuję obiecuje znacznie więcej niż chwilówka. Nie tylko jest długotrwały, odporny na wilgoć, wodę i sebum, ale również chroni przed promieniami UVA i UVB zapobiegając starzeniu się skóry.  Producent zapewnia, że wolne rodniki mu nie straszne, ławo się rozprowadza, jest nietłusty i zapewnia efekt cery bez skazy, a dodatkowo pochwalić się może niekomodogennnością. Myślę, że mogłabym tak wymieniać godzinami, a jego wspaniałe właściwości nie miałyby końca. Bez wahania uwierzyłam, że każda obietnica zostanie spełniona. Czy słusznie?





Uwielbiam podkłady Shiseido za ich opakowania. Małe, zwinne i mieszczące się nie tylko w mini torebce kopertówce, ale i kieszeni dobrze przylegających, obcisłych spodni. Każdy bagaż przyjmie je z otwartymi ramionami, bo zostawią sporo miejsca dla reszty towarzyszy. Niebieskie opakowanie, ze słonecznymi napisami nie kojarzy się z niczym innym jak gorącym latem i spienionym, zimnym morzem. W zestawie z podkładem dostajemy gąbeczkę, która tajemniczo kryje się we wnętrzu plastikowej, zgrabnej kasetki. Od razu bez tortur przyznaję się, że nigdy jej nie używałam, bo taki sposób aplikacji nie należy do moich ulubionych. 




Podkład posiada delikatny, ładny zapach niczym krem do twarzy, chociaż z jego rozprowadzaniem już nie jest tak łatwo. Lejąca się, rzadka konsystencja na pewno nie zyska mojego uznania. Produkt bardzo ciężko równomiernie rozprowadzić, marze się i tworzy smugi. Nawet palce mają kłopot by doprowadzić podkład do porządku, więc zapomniałam o pędzlach i dałam im przez chwilę odpocząć. Mój odcień Light Ochre to idealny kompan żółtych cer,  więc nie do końca mi pasuje. Czasami miałam nawet wrażenie, że wyglądam jak siostra Indianki, ale na szczęście potrafi się choć trochę dopasować do naturalnego koloru cery. Jedna warstwa to delikatne krycie, a dwie dają już całkiem ładny, satysfakcjonujący efekt. 




Moje spotkanie z podkładem Shiseido porównałabym do miłości jakie widzi się w telenowelach. Przepełnionej gorącym uczuciem, nienawiścią , odrazą i zachwytem. Były ciche dni i rzewne powroty, a w ostateczności nasz związek zakończył się ciężkim rozstaniem. Nie da się nie zauważyć, że podkład podkreśla suche skórki, również na dobrze przygotowanej i nawilżonej cerze. Nawet  kiedy jesteście pewne, że ich nie posiadacie, to produkt ten udowodni Wam, że się mylicie. Po ciężkim rozprowadzeniu daje mocne, pudrowe wykończenie, wżerając się w cerę i zabierając jej naturalny glow. Zaaplikowany na niego puder to gwóźdź do trumny. Buzia wygląda strasznie płasko oraz sucho i nie trudno o stworzenie przysłowiowej maski.  Na pewno nie jest to efekt jaki każda z nas chciałaby osiągnąć i mówię tu nawet o tych, które lubią matujące kosmetyki. A do tego te podkreślone zaskórniki. Brr...





Później już dzieje się magia. Kiedy podkład spotka się z odrobiną sebum, zaczyna ładnie stapiać się z cerą, a wszystkie suche partie znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Makijaż zaczyna wyglądać naturalnie i ten efekt zdecydowanie może się podobać. Jest lekki glow, jest świeżo i ładnie, czyli tak jak lubię. Trzyma się tak dobrych kilka godzin i chociaż nie jest to wynik, którym można się zachwycić to też nie ma na co narzekać. Ukłon w jego stronę, że nie brudzi ubrań i nie zostawia śladów na idealnie wyprasowanym białym kołnierzyku. Niestety wieczorem, po powrocie z pracy, gdy świecenie już zaczyna brać górę nad podkładem, możemy przypadkiem zetrzeć go z twarzy. Wystarczy podeprzeć się ręką, pochylając się nad talerzem z zupą, a produkt moment zniknie i zostawi po sobie nieestetyczny placek. 



Długo zastanawiałam się skąd tyle minusów u podkładu, który zbiera tak dobre opinie. Wystarczyło poszperać troszkę w Internecie by przekonać się, że producent w brzydki sposób zmienił formułę produktu, a na pierwszy rzut oka różnica jest tylko w nazwie, bo zamiast Shiseido Sun mamy Shiseido UV. Sporo osób żaliło się, że produkt stracił swoje wspaniałe właściwości i zamienił się w bezwartościową, lejącą maź, która nie nadaje się do niczego. Drogie Shisiedo, dlaczego? 







Podsumowując podkreślę, że podkład nie jest zły, ale też ma zdecydowanie zbyt wiele wad by płacić za niego tyle pieniędzy. Na pewno należy go pochwalić za ochronę przed szkodliwymi promieniami słonecznymi, ale jeśli plusem jest głównie tylko to co niemierzalne, to chyba same rozumiecie, że nie jest to najlepszy wynik. Wiązałam z nim ogromne nadzieje i chociaż potrafił mnie zachwycić kilka razy to zdecydowanie będę musiała o nim zapomnieć. Mogłabym nawet oddać go komuś, ale myślę, że nie ma osoby, która będzie czuła się w nim dobrze. Szkoda...

 A co Ciebie ostatnio rozczarowało?
© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig