Dlaczego go (nie)lubię?/ Podkład Revlon Colorstay z pompką




 O podkładzie Revlon Colorstay wspominałam mnóstwo razy na moim blogu, oraz Waszych, bo towarzyszy mi niezmiennie od kilku lat. Nasza miłość bywała burzliwa. Nie raz obrażona odsyłałam go do bram piekieł, za brak litości nad moją trądzikową cerą, którą mimo wszystko najlepiej umiał trzymać w ryzach. Jeden z moich pierwszych postów dotyczył właśnie tego podkładu, a było to w czasach gdy jeszcze bez świadomości wklejałam zdjęcia nie mojego autorstwa, pewna, że robię dobrze i nikomu nie szkodzę, chociaż zdaję sobie sprawę, że to żadne wytłumaczenie. Moje pojęcie o makijażu też było znikome, a licznik przetestowanych podkładów pewnie nie przekraczał liczby 5. Postanowiłam więc troszkę go uaktualnić jako, że sam produkt też przeszedł metamorfozę, a poza tym moja opinia na jego temat uległa zmianie, a starą uważam za troszkę mało obiektywną. Wtedy Revlon Colorstay z pewnością był dla mnie świętym Graalem i to on zaczął kształtować moje zainteresowanie kosmetyki. Po kilku latach używania podkładów AA, które nie były przeznaczone do mojej cery, zaczęłam pojmować jak ważne jest dobieranie odpowiednich produktów do jej pielęgnacji i makijażu.  Teraz moja kolekcja się powiększyła i mam jeszcze kilka ulubieńców, oraz porównanie gdzie pomiędzy nimi powinien znajdować się ten kultowy podkład. 



Nasjławniejsza gąbeczka na świecie, czyli Original Beauty Blender.

Równie fajnie jak kosmetyki mogą być tylko gadżety pochodzące z tego samego kolorowego i różnorodnego świata. Pędzle, szczotki, urządzenia typu airbrush czy gąbeczki o wymyślnych kształtach i strukturach. A wszystko po to by ułatwić nam aplikacje tak ważnego w makijażu podkładu lub korektora. Sprawić by stała się bardziej intuicyjna, przyjemniejsza, a jeśli uda nam się przy tym zaoszczędzić trochę czasu, to myślę, że niczego więcej do szczęścia nie będzie potrzeba. Moje poszukiwania ideału były bardzo burzliwe, raz nawet myślałam, że udało mi się znaleźć pędzel doskonały, ale po pierwszym myciu stracił swoje magiczne właściwości skutecznie zmuszając mnie do dalszych poszukiwań. W cudowną moc Beauty Blendera, czyli tej małej, różowej gąbeczki nigdy nie wierzyłam. Namawiali mnie bym spróbowała “podobnej” od Real Technique zanim wydam pieniądze na BB, bym miała rozeznanie czy z tego typu gadżetem polubi się moja skóra. Kapryśna z natury cera wcale się z nim nie chciała zgrać. Gąbeczka zabierała krycie podkładowi, który miał takie właśnie przeznaczenie i sprawiała, że się mazał wyglądając bardzo nieestetycznie. Szybko zamknęłam ten rozdział uznając, że to gadżet dla pań z ładną cerą i mnóstwem czasu na mozolne wyrównywanie niedociągnięć. Do zakupu Beauty Blendera przekonała mnie Katosu. Ona jest jedyną osobą, która gdy coś poleca to wyłącza mi się w mózgu racjonalne myślenie i od razu chce to mieć. Na co dzień nie daję się tak łatwo przekonać :)

5 nowości Rossmanna. Czy warto się po nie udać?/Soraya, Eveline, Tołpa i L'oreal.


 O Rossmannie żadnej kobiecie raczej nie muszę opowiadać. Na pewno jest to jedna z najbardziej znanych drogerii w Polsce. Nie wiem czy akurat miałam szczęście, czy może co innego przekonało “komisję egzaminującą” do ofiarowania mi członkostwa w Klubie Nowości, ale mam, dostaję pudełka i jestem ogromnie wdzięczna, że dzięki temu poznaję kosmetyki, których u mnie raczej nie dostanę. Pisanie recenzji na blogu nie należy do obowiązków klubowicza, ale uznałam, że fajnie będzie podzielić się z Wami spostrzeżeniami o produktach, które niedawno zawitały do Rossmanna lub dopiero do niego przybędą. Nie jestem w stanie ocenić jak długo będzie mi dane cieszyć się pudełkami, ale jeśli uznam, że warto wspomnieć o jakiś kosmetykach to na pewno opiszę Wam co sądzę, jak je oceniam i czy będzie za czym się rozejrzeć na drogeryjnych półkach. Dziś przygotowałam 5 produktów takich marek jak: Soraya, Eveline, Tołpa i L’oreal.




5 produktów Avene, które warto poznać

 Jako posiadaczka trądzikowej cery, wrażliwej na wybrane składniki uwielbiam dermokosmetyki. Nie będę też ukrywać, że moje ulubione produkty antycellulitowe pochodzą prosto spod igły marki Elancyl, a Klorane ze swoją serią mango (i nie tylko) już dawno skradli moje serce. Od dłuższego czasu przyjaźnię się też z marką  Avene, która jest numerem jeden we Francji oraz numerem dwa w Europie (w sprzedaży aptecznej). Myślę, że mało jest osób, siedzących po uszy w kosmetykach i nie znających ich słynnej wody termalnej. Na pewno to główna atrakcja w małej wioseczce ukrytej w górach na południu Francji. W znajdującym się tam uzdrowisku, które odwiedza cała masa ludzi cierpiących na problemy skórne, uzdrawia się ich właśnie za pomocą tej słynnej wody termalnej. Z czasem miejsce to musiało zostać powiększone, bo taki ogrom zainteresowanych próbował znaleźć w nim ratunek. Avene dumnie przyznaje, że jako jedyna marka na świecie posiada kosmetyki dla skóry nadzwyczaj wrażliwej, nietolerującej i alergicznej, które są niezwykle sterylnie pakowane, tak by do środka nie przedostawały się bakterie i powietrze. Jak widzicie nie idzie oprzeć się marce Avene i warto spróbować chociażby ich wody termalnej. Ja dziś pokażę Wam za co ja ją uwielbiam i które kosmetyki skradły moje serce :) 

 

#luxuryday Mac Mineralize Skinfinish Lightscapade


 O rozświetlaczu pewnie słyszała każda z Was, chociaż słownik wciąż daje znać, że jest to stosunkowo nowe słowo i podkreśla je grubą, czerwoną linią, a przy poprawkach pokazuje: brak sugestii. Natomiast po przetłumaczeniu słowa higlighter otrzymamy informację, że jest to zakreślacz lub główna atrakcja, co poniekąd idealnie do rozświetlacza pasuje. Jego głównym zadaniem jest rozświetlenia miejsc, które łapią najwięcej światła dzięki czemu twarz ma wyglądać korzystniej i zdrowiej. Jako posiadaczka tłustej cery, początkowo bałam się mocnego błysku i nie chciałam spotęgować efektu, którego najchętniej pozbyłabym się już dziś. Szybko jednak zdałam sobie sprawę, że umiejętne wykorzystanie tego produktu, może naprawdę postawić kropkę nad i w moim makijażu. Dodatkowo matujące podkłady sprawiały, że twarz wyglądała płasko, ciężko i widocznie czegoś jej brakowało. To rozświetlacz dodał mi “tego czegoś”, rozjaśnił buzię, która zaczęła wyglądać zdrowiej i po prostu ładniej. Szybko stałam się fanką higlighterów, a obecnie to mam chyba małą obsesję na ich punkcie :) Od kiedy przeprosiłam MACa  za nienawiść spowodowaną nieświadomym używaniem podróbek, musiałam mieć ich puder mineralny i choć większość pała miłością do Soft&Gentle, ja chciałam posiadać Lightscapade :)

Moje pierwsze spotkanie z pyłem wulkanicznym/Mizon Pore Clearing Volcanic Mask



 Od kiedy tylko azjatyckie kosmetyki stały się popularne, a blogerki masowo czytały książki, artykuły i różnego rodzaju publikacje na temat pielęgnacji mieszkających tam kobiet, do łask wróciły maseczki. Te, które dotychczas stosowałyśmy, czyli typowo kremowe, algowe odeszły w kąt, a na świeczniku umieszczono materiałowe, jednorazowe okłady, które zdaniem ekspertów mają działać lepiej. Już jakiś czas temu pisałam Wam dlaczego się tak uważa i co ja sama sądzę o tego typu produktach, które nazwałam najbardziej przerażającymi w mojej pielęgnacji. Bardzo lubię różnego rodzaju płachty i okłady, ale to wcale nie znaczy, że odrzuciłam tradycyjne maseczki. Może i ich działanie uważane je za upośledzone, ale póki będę widzieć efekty, to nie mam zamiaru wymazywać ich z codziennej pielęgnacji. A zdradzając Wam tajemnice powiem, że te błotne i algowe zupełnie mnie uzależniły. Kiedy tylko przeczytałam, że maseczka marki Mizon  Pore Clearing Volcanic Mask posiada sześciokrotnie większą zdolność wiązania sebum niż jakakolwiek inna glinka, to wiedziałam, że musi być moja :)
maseczka mizon

Czy afrykański ślimak pomógł mi w walce o piękną cerę?/ Mizon Black Snail All In One Cream



 Wszystkie fanki azjatyckich kosmetyków pewnie znają historię wynalezienia wspaniałych właściwości śluzu ze ślimaka, która moim zdaniem została już nieźle przekształcona. Czytałam kilka wersji i tak naprawdę nie wiem, która jest prawdziwa, ale na pewno wszystko zdarzyło się przypadkiem. Ręce potrzebne do ich zbierania w magiczny sposób szybciej się goiły, były gładkie i miękkie. Ponoć syn hodowców ślimaków jako doktor postanowił zbadać sprawę i upewnić się czy faktycznie dokonano przełomowego odkrycia. 15 lat później krem ze śluzem ślimaka został opatentowany i wyszedł na rynek, by do dziś podbijać nasze serca. Przypisuje mu się wspaniałe właściwości lecznicze, gojenie ran, trądziku, nawilżanie, wygładzanie zmarszczek i mam wrażenie, że jest lekiem na całe zło. Kiedy tylko sama usłyszałam o takim wynalazku bez chwili zastanowienia przyrzekłam sobie, że nigdy tego nie użyję. Śluz ślimaka w kosmetykach uważałam za kolejną fanaberię i naciąganie klientów, a do spróbowania przekonał mnie program w telewizji, w którym widziałam zabiegi w salonach kosmetycznych z udziałem właśnie tych małych stworzonek. Pani z kolorowego ekranu zapewniała, że widzi efekty i od tamtej pory temat nie dawał mi spokoju. Nie jestem ogromną fanką azjatyckich kosmetyków i wcale nie dlatego, że uważam iż nie działają. Po prostu ogromna ich ilość zawiera w swoim składzie alkohol lub inne substancje, których ja nie mogę używać, a do tego przeważnie ukrywają się pod nieznanymi, mało popularnymi nazwami. Czy krem  Black Snail All In One marki Mizon pomógł mi choć trochę zmienić zdanie o śluzie ślimaka i azjatyckiej pielęgnacji?


Czy znalazłam ideał wśród "najlepszych kosmetyków ekologicznych na poslkim rynku"?/ PAT&RUB krem pod oczy


 Melduję się dziś Wam po przespaniu 12 godzin i kilku minut. A jak?! Mam wrażenie, że ja i synek właśnie pobiliśmy rekord. Tak długi, błogi i przepełniony szalonymi przygodami sen zdarza mi się bardzo rzadko, stąd też nie mam żadnych wyrzutów sumienia, że dom nieposprzątany, a ja nie obudziłam się w promieniach wschodzącego Słońca. Niestety na moje cienie pod oczami, nawet długi i relaksujący sen nie potrafi wpłynąć destrukcyjnie. Są zawsze i kiedy tylko leniwie podniosę się z łóżka i spojrzę w lusterko to one każdego dnia witają mnie, machając i mówiąc: wciąż tu jesteśmy i zawsze będziemy. Myślę, że otrzymałam je w spadku genetycznym i przestałam się łudzić, że znikną za pomocą jakiegoś drogiego kremu, który posiada ekstrakt z rośliny o trudnej nazwie, rosnącej w miejscu, o którym nikt nie słyszał. Nie zwalnia mnie to jednak z dbania o skórę pod oczami i nie schodząc z ringu, ciągle walczę o dobry produkt, który będzie nawilżał i likwidował opuchliznę. Krem marki PAT&RUB na swoim opakowaniu odważnie obiecuje sporo rozwiązań codziennych problemów ze skórą wokół oczu. Bardzo chętnie sprawdziłam czy czasami producenci nie zapędzili się z obietnicami. 


Neurokosmetyki, czyli grzeję mnie to i ziębi/ Bielenda Slim Cellu Corrector: Wyszczuplająca Radiofrekwencja RF (forskolina), Wygładzająca Krio Mezoterapia (spirulina), Ujędrniająca Karboksyterapia CO2 (chlorella)


 Neurokosmetyki pewnie zna każda z Was, chociaż pojęcie to nie jest już tak rozpoznawalne. Produkty, które noszą tą ładnie i mądrze brzmiącą nazwę zawierają substancje oddziałujące na zakończenia nerwowe zlokalizowane w skórze. Tak na chłopski rozum mówiąc sprawiają, że odczuwamy zimno lub ciepło, mimo iż temperatura otoczenia nie ulega zmianie. Najbardziej popularna i pewnie każdemu znana substancja to mentol, który chłodzi i działa znieczulająco. Obecnie tego typu składniki wykorzystywane są w preparatach antycellulitowych, przeciwzmarszczkowych czy antytrądzikowych. Bielenda postanowiła zamknąć popularne zabiegi w zgrabnych i kolorowych tubkach by pomogły nam w walce z cellulitem i pozwoliły znowu odzyskać jędrne ciało. Tak oto narodziła się seria Slim Cellu Corrector, w której skład wchodzą: Wyszczuplająca Radiofrekwencja RF, Wygładzająca Krio Mezoterapia i Ujędrniająca Karboksyterapia CO2. Już przy poście o peelingach Barwy Harmonii pisałam wam, że nie wierzę w rzeźbienie czy ujędrnianie ciała za pomocą kosmetyków. To samo tyczy się cellulitu. Aby balsamy przyniosły jakiekolwiek efekty muszą służyć jako wspomagacz do ćwiczeń, a nie jego substytut. Czy zatem znalazłam sens w używaniu serii korygującej od Bielendy


Wyniki Mega Rozdania!



 Dziś miał być post i nowości na Instagramie, a tu zdjęcia nie wyszły przez okropną pogodę i ogólne samopoczucie też chyba ma w tym udział, a dodatkowo kurier przyjechał wtedy kiedy nie było mnie w domu, więc nic do pokazania nie mam. Wiem jednak, że bardzo czekacie na wyniki rozdania i w tej kwestii nie mogłam znów zawieść :) Zgłosiło się aż 168 osób i jest to chyba największa liczba z wszystkich konkursów jakie organizowałam. Było co sprawdzać i cieszę się, że już mam to za sobą :) Przypominam tylko szybko co zgarnia zwycięzca:


Poznaj sekret urody francuskich kobiet!/ Avene Cleanance/ Emulsja matująco-regulująca.



Witam!

Jeszcze kilka lat temu aktorki i celebrytki szczelnie zamykały się w swoich garderobach, w których godzinami przygotowywane były do wielkiego wyjścia, przez najlepszych wizażystów, fryzjerów i stylistów. A kiedy paparazzi udało się dorwać zdjęcie takiej gwiazdy bez makijażu i w rozciągniętym dresie to rodziła się sensacja zasługująca na pierwszą okładkę. Dzisiaj już nikogo nie dziwią selfie w łóżku czy w wannie, bez makijażu i całej obróbki. Naturalny look stał się bardziej modny, każda oczywiście zdrowo się odżywia i nawet zdjęcia z siłowni zdobywają tysiące lajków. Co więcej znane marki produkujące kosmetyki do makijażu czy pielęgnacji prześcigają się jedna za drugą, kto zdobędzie lepszą "twarz" do reklamy najnowszej szminki czy balsamu. A gwiazdy pokazują się w trakcie przygotowań bez skrępowania i z uśmiechem na twarzy. I chociaż każda z nas doskonale zdaje sobie sprawę, że ta piękna i bogata kobieta wcale na co dzień nie używa produktów, które nam pokazuje, to i tak zawsze sięgamy częściej właśnie po te krzyczące do nas znanymi twarzami. Bo wystarczy umieścić nalepkę "sekret celebrytek" i już płacimy podwójnie, przecież która z nas nie chciałaby tak wyglądać?




© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig