5 nowości Rossmanna. Czy warto się po nie udać?/Soraya, Eveline, Tołpa i L'oreal.


 O Rossmannie żadnej kobiecie raczej nie muszę opowiadać. Na pewno jest to jedna z najbardziej znanych drogerii w Polsce. Nie wiem czy akurat miałam szczęście, czy może co innego przekonało “komisję egzaminującą” do ofiarowania mi członkostwa w Klubie Nowości, ale mam, dostaję pudełka i jestem ogromnie wdzięczna, że dzięki temu poznaję kosmetyki, których u mnie raczej nie dostanę. Pisanie recenzji na blogu nie należy do obowiązków klubowicza, ale uznałam, że fajnie będzie podzielić się z Wami spostrzeżeniami o produktach, które niedawno zawitały do Rossmanna lub dopiero do niego przybędą. Nie jestem w stanie ocenić jak długo będzie mi dane cieszyć się pudełkami, ale jeśli uznam, że warto wspomnieć o jakiś kosmetykach to na pewno opiszę Wam co sądzę, jak je oceniam i czy będzie za czym się rozejrzeć na drogeryjnych półkach. Dziś przygotowałam 5 produktów takich marek jak: Soraya, Eveline, Tołpa i L’oreal.





Soraya Expert Base Baza matująca do cery tłustej i mieszanej


 

 Na pewne bardzo ucieszyłam się na jej widok. Kiedy żar leje się z nieba i nawet noce nie dają upragnionego wytchnienia, potrzebuję czegoś do scalenia makijażu i przede wszystkim wydłużenia jego trwałości. Wiem, że silikonowe bazy nie są dobrym rozwiązaniem przy mojej łatwej do zapychania cerze, ale nie używam też ich codziennie, więc i takie znajdują się w mojej kosmetyczce. Pochwalę fajne, wygodne opakowanie z pompką i chociaż nie wygląda luksusowo (co chyba uznam za oczywiste w przypadku produktu za taką cenę) to jest małe oraz łatwe do przechowania i nie będę narzekać :) Konsystencja bazy jest bardzo mięciutka, gładka, typowo silikonowa. Łatwo się rozprowadza, ale trzeba uważać by nie fundować sobie sporej porcji, bo może zacząć się rolować. Najlepiej sprawdza się kiedy robiąc sobie przerwę na herbatę, drepczę do kuchni, a ona ma wtedy czas dokładnie się wchłonąć. Nie polecałabym nakładać podkładu bezpośrednio po aplikacji bazy Soraya, bo jednak odbiera jej się trochę z właściwości. Podkład świetnie po niej sunie, idealnie się nakłada, bez smug i plam. Najbardziej podoba mi się, to że pozostałe po nocnej kwasowej kuracji suche skórki znikają i żaden produkt nie jest już w stanie dać im dojść do głosu. Mam wrażenie, że podkład wygląda na niej ładniej i twarz jest bardziej “wyprasowana”, chociaż baza nie zakryje rozszerzonych porów, a raczej powinna to robić. W kwestii przedłużenia makijażu niestety nie działa cudów. Robiłam nią test na obu połówkach i nie zauważyłam większej różnicy pomiędzy cerą bez bazy, a tą, która ją na sobie miała. Może też przyspieszać ścieranie się podkładu ze strefy T, ale to zależy od produktu, bo nie każdy da jej się tak osłabić. Baza ta ma sporo wad i na pewno nie jest hitem, ale nie wyrzucę jej do kosza i zużyję do samego końca. Czy warto ją kupić oceńcie sami :)




Eveline Extra SOS Multinawilżający balsam pod prysznic


 Jeśli mowa o balsamach pod prysznic to w mojej głowie mam tylko ten od Nivea. On był moim pierwszym, dziewiczym i chociaż wtedy pomysł mi się spodobał, teraz to dla mnie trochę odgrzewany kotlet. Testowałam już kilka tego typu produktów i wszędzie jest to samo: po co mam łazić z tym pod prysznic? Teraz taka “innowacyjna” formuła kojarzy mi się z brakiem sensu, fanaberią i marnotrawstwem. To tak jakbym nałożyła krem do twarzy, a później umyła buzię. Balsam od Eveline dostajemy w wygodnej butelce ze “ściętym” tyłem, dzięki czemu łatwiej się ją trzyma w dłoni, a umieszczona u nasady pompka upraszcza aplikację. Łatwo wydobyć ze środka białą, nieco gęstą konsystencję, która bardzo ładnie, słodko pachnie. Samo używanie balsamu nie było niczym nadzwyczajnym i różniło się tylko tym, że normalnie nie spłukuję produktu po dokładnym wsmarowaniu go w skórę. Niestety musimy użyć sporą ilość kosmetyku by pokrył całe ciało, bo woda rozrzedza go i zabiera całą treściwość jego konsystencji. Po spłukaniu ciało jest lekko lepkie, podobnie jak przy użyciu tradycyjnego balsamu i nosi na sobie powłoczkę, która pozwala czuć, że coś przed chwilą na nią zaaplikowano. Wychodząc spod prysznica i wycierając się do sucha puchatym ręcznikiem odzieram skórę z zapachu, zabieram balsamowi właściwości nawilżające i mam wrażenie, że wręcz karmie produktem miękki materiał. Mimo niezłego składu, w którym na drugim miejscu jest olejek sojowy, a nieco dalej masło shea i olejek arganowy nie zauważyłam jakiegoś fajnego nawilżenia, a przecież nalepka zaznacza, że jest to produkt do skóry bardzo suchej. Mój przepis na niego to wyrwanie go z zaszufladkowania jako produkt pod prysznic i zdecydowanie nakładanie balsamu poza nim. Wtedy faktycznie zauważyłam, że całkiem dobrze nawilża, nabłyszcza i zmiękcza skórę, a fajny zapach utrzymuje się znacznie dłużej. Precz z gwałceniem balsamów i sugerowaniem zabrania ich pod prysznic!





Płyn micelarny Tołpa Specialist Oczyszczona skóra

  

 Tołpę nie bardzo znam, trzymam ją zawsze na dystans i sama nie wiem dlaczego też nie ufam jej kosmetykom do ciała i twarzy, jednak akurat płynów micelarnych nigdy za wiele, bo na razie z makijażem kończyć nie zamierzam. Ten posiada fajną buteleczką, pozwalającą oceniać zużycie produktu, a już na pewno uwielbiam go za wieczko zamiast korka i tą małą dziurkę, która tak dobrze dozuje zawartość. Produkt przeznaczony jest dla wrażliwców i chociaż ja do nich nie należę, cieszyłam się, że producent przypisuje mu łagodzenie podrażnień i delikatność. Na swoim opakowaniu chwali się 3% zawartością betainy, która znajduje się już na drugim miejscu w składzie. Jej zadanie to nawilżenie i ukojenie, a dla ciekawostki napiszę, że otrzymywana jest z buraka cukrowego lub pszenicy. Pewnie wiecie już, ze Tołpa ma fajne i ciekawe opisy na opakowaniach? Uwielbiam je czytać i choć normalnie staram się omijać to nudne klepanie i lanie wody przy innych kosmetykach, tym razem przeczytałam całą etykietę i jeszcze było mi mało. Tak jak wcześniej pisałam dzięki fajnemu “dozownikowi” płyn łatwo zaaplikować na płatek i wystarczy naprawdę niewiele by oczyścić nim całą twarz. Faktycznie zdaje się jakby był lżejszy niż reszta, a co więcej nie zostawia po sobie tłustej powłoczki, której mocno nie lubię. Myślę, że bardzo dobrze radzi sobie z makijażem i chociaż raz zdawało mi się, że jest słaby, a innymi zaś czasy, że świetny, to jednak teraz już wiem, że wszystko zależało od ilości i rodzaju podkładów, pudrów itp. Do usunięcia wieczorowego looku, ne pewno trochę musiałam się przyłożyć, ale codzienny makijaż nie był mu straszny i usuwał go idealnie w kilka sekund.  W oczy szczypał też w zależności od użytego tuszu, chociaż niestety nie potrafił usunąć go idealnie. Tego jednak nie wymagam od płynu micelarnego, bo mam specjalnie przeznaczony do tego dwufazowy kosmetyk i to on zajmuje się oczami. Płyn marki Tołpa nie jest ideałem, ale myślę, że świetnie nada się dla wrażliwców ze swoją łagodnością, brakiem mocnych zapachów i typowych podrażniaczy. Śmiem nawet twierdzić, że kupiłabym jego drugie opakowanie, chociaż mam zamiar w końcu przetestować Garniera, bo może akurat on dogodzi mi w każdej kwestii. Wiecie, że bardzo polecam ten płyn Tołpy? :)





L’oreal Ideal Fresh Peeling oczyszczający (17.99 zł)

  Bezkompromisowa fanka mocnych zdzieraków, którą jeszcze niedawno byłam dalej gdzieś we mnie głęboko tkwi, ale obecnie bardzo też lubię peelingi enzymatyczne, którym niegdyś mówiłam nie. Całkiem rzadko sięgam po kosmetyki pielęgnacyjne do twarzy marki L’oreal. Ja uwielbiam ich za mascary, szampony i maski do włosów. Nie odmawia się jednak fajnej, pastelowej tubce z wglądem na zawartość i obietnicy usunięcia obumarłego naskórka i oczyszczenia oraz odblokowania porów. Jak wiecie, gdy nie ma zakrętki, a jest wieczko, jestem szczęśliwa, klaskam i lubię to. Bardzo chwalę też zielonkawą, żelową konsystencję, z mnóstwem ścierających drobinek i pięknym, świeżym, nieco ogórkowym zapachem. I chociaż w starciu drobinki kontra żel wygrywa ten drugi, to jednak w tym przypadku nie odbiera to produktowi fajnych właściwości. Bardzo dobrze, ale delikatnie peelinguje i chociaż nie zdziera, to jednak czuć, że wykonuje swoją pracę tak jak powinien. Peeling super oczyszcza, pozostawia skórę idealnie gładką, dopieszczoną i nie mam co do niego żadnych zarzutów. Gdyby nie mocne żele, które i tak sporo ingerują w moją cerę to pewnie używałabym go każdego dnia. Bardzo wydajny, umila czas przyjemnym, budzącym zapachem, nie powoduje uczucia ściągnięcia i dyskomfortu. W swoim składzie ma również kwas salicylowy, który uwielbiam i chociaż bliżej mu do końca niż początku składu to śmiem twierdzić, że sam peeling może poprawić wygląd cery, a na pewno nie zrobi jej krzywdy.





Nawilżająca Mgiełka olejkowa do ciała/ Soraya Magia olejków (15.99 zł)



 Mgiełki lubię za wygodę w używaniu, bo któż nie chce zaoszczędzić tej chwili przy aplikacji i do tego nie musimy co chwila odkładać kosmetyku dozując kolejne porcje. Te zapachowe raczej odpychają mnie wysoką zawartością alkoholu, dlatego olejkowe zdecydowanie bardziej do mnie przemawiają. Przy produkcie marki Soraya nie znajdziecie już wieczka, a zamiast niego jest kiepskiej jakości, mały korek, który w trakcie używania leciutko pęka u samego dołu. Tego nie lubimy. Atomizer jednak idealnie rozpyla pachnącą Słońcem i wakacjami, leciutką mgiełkę, która bardzo szybko się wchłania i nie pozostawia po sobie tłustej warstwy. Niestety nie mogę przyznać racji producentowi co do obietnicy nawilżenia. Raczej go w tym produkcie nie znajdziecie, choć gdzieś tam w składzie błąka się oliwa z oliwek, olejek arganowy i kokosowy. Mimo wszystko bardzo polubiłam się z tą mgiełką. Świetnie nadaje się do torebki, by w upalne, letnie dni chłodziła zgrzaną Słońcem skórę. Doda jej blasku, sprawi, że będzie gładsza i podkreśli piękną opaleniznę. W mig ciało będzie wyglądać na zdrowsze i bardziej zadbane. Myślę, że działa podobnie jak suchy olejek, chociaż zdecydowanie ten gorszej jakości (skład nieco kuleje). Nie jest to produkt must have i nie wiem czy kupiłabym tą mgiełkę sama, ale myślę, że znajdzie się w mojej wakacyjnej torebce i przyda się na wieczorne wyjścia. Za taką cenę, raczej nie spodziewałam się cudów. 



                                                                                                           
 Nie zawsze trafiają nam się produkty, które od razu stają się hitami, ale na szczęście zła recenzja traktowana jest na równi z dobrą. Przy wyborze rzadko patrzę na wartość pudełka, a bardziej staram się klikać tam gdzie są kosmetyki, których akurat mi brakuje. Mam nadzieję, że dziś choć trochę poznaliście nowości i mniej więcej wiecie czego się po nich spodziewać. Ja właśnie czekam na kolejne pudełko, które ma się pojawiać wkrótce i pamiętam tylko, że znowu będzie Tołpa :) 


Wpadło Wam coś w oko? :) 




© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig