Czy afrykański ślimak pomógł mi w walce o piękną cerę?/ Mizon Black Snail All In One Cream



 Wszystkie fanki azjatyckich kosmetyków pewnie znają historię wynalezienia wspaniałych właściwości śluzu ze ślimaka, która moim zdaniem została już nieźle przekształcona. Czytałam kilka wersji i tak naprawdę nie wiem, która jest prawdziwa, ale na pewno wszystko zdarzyło się przypadkiem. Ręce potrzebne do ich zbierania w magiczny sposób szybciej się goiły, były gładkie i miękkie. Ponoć syn hodowców ślimaków jako doktor postanowił zbadać sprawę i upewnić się czy faktycznie dokonano przełomowego odkrycia. 15 lat później krem ze śluzem ślimaka został opatentowany i wyszedł na rynek, by do dziś podbijać nasze serca. Przypisuje mu się wspaniałe właściwości lecznicze, gojenie ran, trądziku, nawilżanie, wygładzanie zmarszczek i mam wrażenie, że jest lekiem na całe zło. Kiedy tylko sama usłyszałam o takim wynalazku bez chwili zastanowienia przyrzekłam sobie, że nigdy tego nie użyję. Śluz ślimaka w kosmetykach uważałam za kolejną fanaberię i naciąganie klientów, a do spróbowania przekonał mnie program w telewizji, w którym widziałam zabiegi w salonach kosmetycznych z udziałem właśnie tych małych stworzonek. Pani z kolorowego ekranu zapewniała, że widzi efekty i od tamtej pory temat nie dawał mi spokoju. Nie jestem ogromną fanką azjatyckich kosmetyków i wcale nie dlatego, że uważam iż nie działają. Po prostu ogromna ich ilość zawiera w swoim składzie alkohol lub inne substancje, których ja nie mogę używać, a do tego przeważnie ukrywają się pod nieznanymi, mało popularnymi nazwami. Czy krem  Black Snail All In One marki Mizon pomógł mi choć trochę zmienić zdanie o śluzie ślimaka i azjatyckiej pielęgnacji?


 Nie ma osoby, której nie spodobałoby się czarne, luksusowo wyglądające opakowanie w formie słoiczka. Jest piękne, a srebrne napisy i malutki ślimaczek siedzący na literce C, tylko dodają mu uroku. Najwięcej informacji znajdziecie na dołączonym do niego kartoniku, bo tam umieszczona została notka po polsku. Z samego słoiczka dowiecie się czegoś tylko jeśli umiecie czytać te trudne hieroglify. Pod zakrętką umieszczone zostało małe wieczko, które chroni przed powietrzem i bakteriami. Na szczęście w tym przypadku nie miałam z nim żadnej trudności. Łatwo dało się chwycić, a po kilku użyciach samo przywarło do zakrętki i już nie chciało jej puścić. Nie za każdym razem miałam czas przyczynić się do rozłąki i mam nadzieję, że produkt bardzo na tym nie ucierpiał. Krem ma delikatny, praktycznie niewyczuwalny zapach, dlatego nie będę wypisywać trudnych porównań, bo myślę, że nie ma osoby, której mógłby przeszkadzać. Bardzo łatwe rozprowadzanie i wydajność zawdzięcza lekkiej, jakby żelowej konsystencji, która pasuje mi do kremów na dzień, stąd też początkowo miałam obawy, że nakładany na noc nie podoła nawilżeniu jakiego wymagam. 



 

 Wierzcie lub nie, ale wystarczyło kilka użyć bym zauważyła świetne efekty na swojej twarzy. Suche skórki, z którymi walczyłam od dłuższego czasu zniknęły, a cera stała się gładsza, tak jakbym codziennie wykonywała porządny peeling. Gołym okiem widziałam, że nie brakuje jej już nawilżenia, a pory wyglądają lepiej. Krem bardzo szybko się wchłaniał, pozostawiając jedynie lekki filtr, a ja mogłam używać go pod makijaż i nie zauważyłam by wpływał na jego trwałość. Co prawda nie zadziałał zbawiennie na zaskórniki, ale przestałam już wierzyć, że jakikolwiek inny produkt niż maseczka i plasterki będą w stanie się ich pozbyć. Zanim przyłożyłam głowę do poduszki już go nie czułam, a rano budziłam się z super nawilżoną i mięciutką cerą. Szybko uznałam krem All In One za mój must have (wiem, że nie lubicie tego słowa i rozumiem, bo ja też za nim nie przepadam, ale lepsze to niż święty Graal) i nie wyobrażałam sobie bez niego mojej pielęgnacji. Problemy zaczęły się dopiero po kilku dobrych tygodniach używania. Na mojej twarzy coraz częściej zauważałam nowe wypryski i chociaż były to jedynie małe krostki, które szybko znikały, to moją dotąd uśpioną czujność obudziła jedna bardzo boląca, podskórna zmiana.  Odstawiałam wszytko po kolei, zaczynając od toniku, a kończąc na kwasie salicylowym, który dotychczas działał cuda, a krostki dalej się pojawiały. Nie wierzyłam, że to krem, bo przecież kilka razy sprawdzałam skład i nie zawierał śladu alkoholu. Już na pierwszym miejscu widnieje filtrat z wydzieliny ślimaka, którego ponoć jest aż 90%!, później otrzymywany z oliwy z oliwek Cetaryl Olivate, następnie wspaniały antyoksydant Niacinamide, olej słonecznikowy i znowu pochodne oliwy z oliwek, humektant, synthetic wax, substancja konsystencjotwórcza i… Zaraz, zaraz! Synthetic wax, czyli nic innego jak paskudna parafina, która tutaj bardzo umiejętnie ukryła się pod inną nazwą. Śledztwo zakończone, winny znaleziony, wyrok wydany. Niestety krem mimo całej swojej wspaniałości, nie nadaje się do mojej cery.  I tak jestem w ogromnym szoku, że moja skóra bardzo długo nie dawała mi żadnych oznak iż częstuję ją intruzem, z którym się nie lubi. Może dlatego, że nie jest on głównym składnikiem tego produktu i znajduje się dopiero na ósmym miejscu? 


 Jeszcze chyba nigdy nie było mi tak szkoda, gdy odstawiałam jakiś produkt. Jestem ogromnie zawiedziona, gdyż spisywał się świetnie. Nigdy nie spodziewałabym się takiego zwrotu akcji, bo naczytałam się o nim sporo dobrego. Nie jestem w stanie powiedzieć jak krem All In One spisze się u Was. Ma bardzo dobre recenzje, a jeśli parafina Wam niestraszna, to może być z tego nawet wielka miłość. Jest mi ogromnie przykro, ale przynajmniej dzięki uprzejmości marki Mizon dowiedziałam się, że filtrat ze ślimakowego śluzu, nie jest taki straszny i może faktycznie działać cuda, bo to pewnie głównie on odpowiedzialny jest za tą miękką, gładką  i dobrze nawilżoną skórę :)



Koniecznie dajcie znać co myślicie?


Kosmetyki marki Mizon znajdziecie na Mizon.com.pl :)

PS: Recenzja maseczki od Mizon pojawi się jeszcze w tym tygodniu, bo zdecydowanie warta jest osobnego posta :)

© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig