Dlaczego go (nie)lubię?/ Podkład Revlon Colorstay z pompką




 O podkładzie Revlon Colorstay wspominałam mnóstwo razy na moim blogu, oraz Waszych, bo towarzyszy mi niezmiennie od kilku lat. Nasza miłość bywała burzliwa. Nie raz obrażona odsyłałam go do bram piekieł, za brak litości nad moją trądzikową cerą, którą mimo wszystko najlepiej umiał trzymać w ryzach. Jeden z moich pierwszych postów dotyczył właśnie tego podkładu, a było to w czasach gdy jeszcze bez świadomości wklejałam zdjęcia nie mojego autorstwa, pewna, że robię dobrze i nikomu nie szkodzę, chociaż zdaję sobie sprawę, że to żadne wytłumaczenie. Moje pojęcie o makijażu też było znikome, a licznik przetestowanych podkładów pewnie nie przekraczał liczby 5. Postanowiłam więc troszkę go uaktualnić jako, że sam produkt też przeszedł metamorfozę, a poza tym moja opinia na jego temat uległa zmianie, a starą uważam za troszkę mało obiektywną. Wtedy Revlon Colorstay z pewnością był dla mnie świętym Graalem i to on zaczął kształtować moje zainteresowanie kosmetyki. Po kilku latach używania podkładów AA, które nie były przeznaczone do mojej cery, zaczęłam pojmować jak ważne jest dobieranie odpowiednich produktów do jej pielęgnacji i makijażu.  Teraz moja kolekcja się powiększyła i mam jeszcze kilka ulubieńców, oraz porównanie gdzie pomiędzy nimi powinien znajdować się ten kultowy podkład. 




 Revlon Colorstay Podkład


 Myślę, że nie ma osoby, która przy recenzji Revlon Colorstay nie narzekałaby na jego opakowanie. Fanki latami płakały nad wielką dziurą, która zawsze wylewała za dużo produktu, marnowała go i brudziła wszystko wokół. Dłonie pokryte tym podkładem potrzebują długich minut szorowania, bo wbija się w każdą suchą skórkę i najgłębsze zakamarki paznokci, nie chcąc się z nich wydostać. Od kilki miesięcy można było zobaczyć w Internecie zdjęcia tego produktu z pompką, o której marzyłam od kiedy tylko pierwszy raz się spotkaliśmy. Nie wierzyłam, że kiedykolwiek doczekam czasów, w których marzenia staną się rzeczywistością, a ja będę wydobywać mój ulubiony podkład z przyjemnością i bez problemu. Wraz z nadejściem pompki zmieniła się troszkę szata graficzna i osobiście uważam, że do twarzy tej szklanej buteleczce z nowymi, bardziej czytelnymi napisami. 



Pamiętacie pewnie sporo oburzeń i wrzawę związaną z ingerencją w podkład, która niby miała go ulepszyć? Jak to z większością ulepszeń bywa psują produkt, osłabiają go i odbierają zasłużoną chwałę. Tylko opakowanie wymagało dopracowania , a poprawiono wszystko oprócz niego. Zmniejszyło się krycie, konsystencja z gęstej zamieniła się na dużo rzadszą, podkład zaczął podkreślać suche skórki, brudzić ubrania i oksydować. Nic nie było tak jak dawniej, a mimo to Revlon Colorstay do dziś ma rzeszę fanek. W czym zatem tkwi jego fenomen?



Podkład obdarty ze swoich atutów przynosił zawód i łamał serca rzeszy fanek, ale wciąż walcząc o dobre imię pozostawiał konkurencję w tyle. Obecnie jego krycie mnie nie zachwyca, bo pozostawia jedynie lekką, prześwitującą warstwę, którą mogą polubić tylko panie z ładną, czystą cerą. Moja naznaczona plamami potrzebuje czegoś więcej, chociaż od jakiegoś czasu odbiegam od jej całkowitego kamuflowania i odbierania naturalnego wyglądu. A podkład Revlon Colorstay pojęcia naturalnie nie zna i nie oczekujcie, że taki efekt nim osiągnięcie. Myślę jednak, że osoby, które sięgają po ten produkt wcale o nim nie marzą, a wręcz przeciwnie, tym kosmetykiem chcą zatuszować to czego najbardziej się wstydzą. Za każdym razem, gdy aplikuję go na twarz w dni, gdy wypryski postanowiły na chwilę wrócić, mam wrażenie, że i tak krzyczy do mnie: no mercy. Podkreśli każdą, najmniejszą nierówność, a nasza twarz może wyglądać jak ostatnio pokazywane w Internecie lody z orzechami w polewie, które są imitacją trądzikowej cery w makijażu (swoją drogą myślę, że obraz ten jest bardzo okrutny i jestem pewna, że wymyśliły go osoby, które z tym problemem nigdy nie miały nic wspólnego). Podkład może też ciemnieć, tworzyć efekt maski i podkreślać suche skórki. Brudzi ubrania, a dopranie go nie jest bułką z masłem. Jednak jego fenomen polega na tym, że mimo wszystko pośród tej rzeszy wad, posiada coś, czego inne podkłady mogą mu tylko pozazdrościć. Mowa o trwałości. Jako jedyny potrafi się utrzymać u mnie idealnie przez długie godziny. Nawet jak zacznie się lekko świecić, wygląda ładnie i nadal zaraz po pracy, jedynie z malutkimi poprawkami możecie założyć szpilki i biec prosto na imprezę. A on zapewne utrzyma się nawet do rana. Pamiętam czasy, gdy jeszcze nie bojąc się Boga zasypiałam w makijażu, a rano budziłam się praktycznie z idealnie nałożonym podkładem. Jakbym dopiero co go zaaplikowała. Jest to produkt, o który najczęściej mnie pytano, bo każda znajoma chciała mieć tak długotrwały podkład w swoim posiadaniu. Wytrzyma upały, lejący się żar z nieba, a nawet saunę. Nie spłynie, nie zetrze się i pozostanie na warcie niewzruszony. Jest idealny i jak na razie pod tym kątem żaden podkład nie może się do niego równać. Nieważne czy kosztował 50 czy 200 złotych. 


 Wiecie, że nie lubię alkoholu w kosmetykach i ciągle Wam marudzę, że jak jest w składzie to od razu produkt skreślam i nie chcę go znać? Muszę jednak po cichu przyznać, że Revlon Colorstay jako jedyny mimo posiadania tej okropnej substancji (choć nie jest wysoko w składzie) wciąż znajduje miejsce pod moim dachem. Któregoś dnia zrozumiałam, że to on przez lata był przyczyną wyprysków, które nie chciały się goić i miał kamuflować to co sam pomagał tworzyć. Obecnie używam go od czasu do czasu, na większe wyjście, gdy muszę mieć pewność, że makijaż utrzyma się długie godziny. Praktycznie za każdym razem następnego dnia mnie wysypuje i płacę cenę tego nieskazitelnego wyglądu. Pewnie nie jest to warte cierpienia, ale mądrym się jest dopiero po szkodzie. Chciałabym go wyrzucić w kąt i znaleźć zamiennik, który choć trochę dorównałby tej wymarzonej trwałości równocześnie nie szkodząc mojej cerze. Na razie jeszcze mi się to nie udało, choć na pewno się nie poddam, póki nie znajdę podkładu, który odeśle Revlon tam, gdzie jego miejsce, czyli do kosza. 



 Nie będę go polecać, ani też odradzać kupna, chociaż większość z Was produkt posiada lub posiadała, albo chociaż słyszała o nim. Podkład Revlon Colorstay jest ideałem, ale też złem i dręczycielem, a używanie go to dla mnie przykra konieczność, którą po prostu muszę wykonać. Męczy swoją ciężkością i ciągłą obawą o nowe ubrania i białe kołnierzyki. Dla mnie jest swego rodzaju paradoksem, bo jestem jego fanką, jednocześnie go nie lubiąc. W jego stosowaniu nie ma logiki i on nie podlega normalnej, regularnej ocenie. Mam nadzieję, że zrozumiecie co mam na myśli :)

Też z nim grzeszycie, czy znalazłyście inny "ideał"?


PS:  Tutaj znajdziecie stary post, który wkrótce zostanie usunięty ze względu na kiepską jakość i zdjęcie, które nie jest moją własnością.
© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig