Moje pierwsze spotkanie z pyłem wulkanicznym/Mizon Pore Clearing Volcanic Mask



 Od kiedy tylko azjatyckie kosmetyki stały się popularne, a blogerki masowo czytały książki, artykuły i różnego rodzaju publikacje na temat pielęgnacji mieszkających tam kobiet, do łask wróciły maseczki. Te, które dotychczas stosowałyśmy, czyli typowo kremowe, algowe odeszły w kąt, a na świeczniku umieszczono materiałowe, jednorazowe okłady, które zdaniem ekspertów mają działać lepiej. Już jakiś czas temu pisałam Wam dlaczego się tak uważa i co ja sama sądzę o tego typu produktach, które nazwałam najbardziej przerażającymi w mojej pielęgnacji. Bardzo lubię różnego rodzaju płachty i okłady, ale to wcale nie znaczy, że odrzuciłam tradycyjne maseczki. Może i ich działanie uważane je za upośledzone, ale póki będę widzieć efekty, to nie mam zamiaru wymazywać ich z codziennej pielęgnacji. A zdradzając Wam tajemnice powiem, że te błotne i algowe zupełnie mnie uzależniły. Kiedy tylko przeczytałam, że maseczka marki Mizon  Pore Clearing Volcanic Mask posiada sześciokrotnie większą zdolność wiązania sebum niż jakakolwiek inna glinka, to wiedziałam, że musi być moja :)
maseczka mizon

 Mogłabym uwielbiać jej opakowanie i zachwycać się nim bez końca, bo przecież jest tubka, miękka, która nie ma koreczka, a zamiast tego ukazuje nam zawartość przytwierdzone do grzbietu wieczko, co ubóstwiam. No i te słodkie bazgroły parującego wulkanu nawiązujące do pyłu wulkanicznego znajdującego się w składzie (4.600mg), mają coś w sobie. Jednak nie wiem dlaczego producenci myśleli, że ta malutka dziurka będzie w stanie precyzyjnie dozować maseczkę. Nie jest łatwo wydobyć ją ze środka, a czasem mam wrażenie, że będę musiała użyć własnych stóp by w końcu zobaczyć zawartość. Oczywiście troszkę dramatyzuję, ale jest lekki problem przy aplikacji, co nie oznacza, że używanie jest aż tak uciążliwe by z niej zrezygnować.

 Kiedy już uda mi się nałożyć maseczkę Mizon na całą twarz, nie wyglądam jak zombie czy gipsowy odlew, a bardziej jak osoba, która kupiła zbyt ciemny podkład, ale był za drogi by z niego nie skorzystać. Jej kolor rzeczywiście do złudzenia przypomina używane przez nas często podkłady i tylko gęsta konsystencja pozwala pamiętać, że mamy do czynienia z produktem o całkiem innym przeznaczeniu. Zapach na pewno nie uprzykrzy nam życia, bo jest bardzo ładny, świeży, owocowy, a na twarzy praktycznie w ogóle go nie czuję. Maseczka bardzo szybko zastyga, a ja od czasu do czasu tylko zwilżam ją wodą termalną, choć też nie za każdym razem. Po 10 minutach zmywam całość z twarzy i muszę zaznaczyć, że jest to jedna z najłatwiejszych do usunięcia maseczek jakie znam. Wystarczy tylko wykonać identyczne czynności jak przy myciu buzi i już nie ma po niej śladu. Bez zabawy z gąbeczkami i mozolnym usuwaniem mazi z brwi lub płatków nosa, jak przy innych tego typu produktach. 
 Chociaż w poprzednim poście narzekałam troszkę na markę Mizon, tym razem muszę pochwalić ich maseczkę, bo spisuje się naprawdę świetnie. Bardzo mocno oczyszcza, a skóra po jej użyciu jest tak niesamowicie gładka, że mogłabym jej dotykać cały czas. Potrafi poradzić sobie nawet z zaskórnikami i chociaż nie usunie każdego jednego, to jednak na pewno robi to lepiej niż jej niejedna koleżanka. Faktycznie leciutko zwęża pory i niesamowicie odświeża, a zaraz po użyciu mam wrażenie jakbym zrzuciła sporo niepotrzebnego balastu z twarzy. Będzie idealnym kompanem przed każdym większym wyjściem by zagwarantować naszej buzi nieskazitelny i dodający pewności siebie wygląd. Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o składzie. Na pierwszym miejscu wszędobylska woda, później biała glinka, wspomniany już pył wulkaniczny z wyspy Jeju, następnie składnik zwany “żywą glinką”, czyli Bentonite, który działa antybakteryjnie, oczyszcza pory i nawilża, a za nim konserwanty i zmiękczacze, kwas hialuronowy, ekstrakt z papai, ekstrakt z bluszczu pospolitego (oczyszcza i zmiękcza skórę), proteiny pszenicy, olejek ze słodkich migdałów, ekstrakt z kwiatów irysa, pomarańczy, zielonej herbaty, korzenia lukrecji i wierzby białej. 


 Tym razem naprawdę nie mam na co narzekać i polecam maseczkę Mizon Pore Clearing Volcanic Mask każdemu. Wypada również Was ostrzec, przed możliwym wysypem po pierwszym użyciu tego produktu, a osoby, które już borykają się z wypryskami, muszą uważać na ewentualne nasilenie problemu. Zasługą tego działania jest silne oczyszczanie, chociaż ja nie zauważyłam żadnych skutków ubocznych i nie nabyłam nowych, brzydkich zmian skórnych. Dla mnie jest to idealna maseczka, a że nie potrzeba jej wiele by pokryć całą twarz, myślę, że jeszcze jakiś czas się nią pocieszę :)

I co? Przekonał Was pył wulkaniczny? :)
PS: Maseczkę można nabyć tutaj czyli na stronie Miozn.com.pl :)



© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig