Neurokosmetyki, czyli grzeję mnie to i ziębi/ Bielenda Slim Cellu Corrector: Wyszczuplająca Radiofrekwencja RF (forskolina), Wygładzająca Krio Mezoterapia (spirulina), Ujędrniająca Karboksyterapia CO2 (chlorella)


 Neurokosmetyki pewnie zna każda z Was, chociaż pojęcie to nie jest już tak rozpoznawalne. Produkty, które noszą tą ładnie i mądrze brzmiącą nazwę zawierają substancje oddziałujące na zakończenia nerwowe zlokalizowane w skórze. Tak na chłopski rozum mówiąc sprawiają, że odczuwamy zimno lub ciepło, mimo iż temperatura otoczenia nie ulega zmianie. Najbardziej popularna i pewnie każdemu znana substancja to mentol, który chłodzi i działa znieczulająco. Obecnie tego typu składniki wykorzystywane są w preparatach antycellulitowych, przeciwzmarszczkowych czy antytrądzikowych. Bielenda postanowiła zamknąć popularne zabiegi w zgrabnych i kolorowych tubkach by pomogły nam w walce z cellulitem i pozwoliły znowu odzyskać jędrne ciało. Tak oto narodziła się seria Slim Cellu Corrector, w której skład wchodzą: Wyszczuplająca Radiofrekwencja RF, Wygładzająca Krio Mezoterapia i Ujędrniająca Karboksyterapia CO2. Już przy poście o peelingach Barwy Harmonii pisałam wam, że nie wierzę w rzeźbienie czy ujędrnianie ciała za pomocą kosmetyków. To samo tyczy się cellulitu. Aby balsamy przyniosły jakiekolwiek efekty muszą służyć jako wspomagacz do ćwiczeń, a nie jego substytut. Czy zatem znalazłam sens w używaniu serii korygującej od Bielendy


 Wszystkie trzy produkty otrzymujemy w miękkich, dużych i kolorowych tubkach zamykanych na “klik”. Nigdy nie miałam żadnego problemu z wydobyciem zawartości i nie udało mi się też oderwać wieczka. Wszystko jest mocne i solidne, więc w tej kwestii obejdzie się bez nerwów. Każde serum posiada inny, ale ciekawy i ładny zapach. Chłodzące mocno wdziera się w nozdrza mentolową, ostrą wonią. Daje uczucie świeżości i orzeźwienia, ale mimo wszystko nie jest to odrzucający i zniechęcający zapach. Termoaktywne natomiast posiada moim zdaniem najładniejszą, słodziutką, lekko waniliową woń. Korektor cellulitu to już troszeczkę cytrusów z domieszką słodyczy (?). Jestem pewna, że każdy zapach przypadłby Wam do gustu. Potrafią dłuższą chwilę utrzymać się na skórze umilając nam czas i rozpieszczając zmysły. W tubkach nie znajdziecie mocnej i ciężkiej do rozprowadzenia konsystencji. Jak na serum przystało jest lekko, delikatnie i bez tłustej warstwy. Balsamy szybko się wchłaniają, nie narażając nas na dyskomfort i pozwalając bez zwłoki wdziać stęsknioną piżamkę. 


 Termoaktywne serum należy do moich ulubionych. Stworzone zostało na podobieństwo zabiegu radiofrekwencji, która wykorzystuje częstotliwość fal RF do wywołania efektu termicznego w skórze. Wysoka temperatura wszczyna wojnę tkankom tłuszczowym i rozbija je w drobny mak. Produkt Bielendy ma za zadanie wywołać podobne procesy. Efekt rozgrzewający zwiększa wchłanianie wszystkich wspaniałych składników, które mają wpływać na naprawę naszej skóry. A do ich grona zalicza się olejek ze słodkich migdałów (5 miejsce w składzie), wąkrota azjatycka, która odbudowuje kolagen (8 miejsce), a potem kolejno ekstrakt z zielonej herbaty, masło shea, forskolina, która wspomaga spalanie tłuszczu i hamuje jego odkładanie oraz kofeina. Termoaktywne serum to prawdziwa gratka dla zmarzluchów, dlatego też tak bardzo się polubiliśmy. Już po kilkudziesięciu sekundach od aplikacji zaczyna rozgrzewać skórę, a efekt ten potęguje jeszcze szczelne przykrycie ciała. Śmiem twierdzić, że może zrobić krzywdę wrażliwcom i należy uważać by nie nałożyć go zbyt dużo. Uwielbiam aplikować serum w chłodne dni, gdy nawet gorąca kąpiel nie potrafi sprawić by było mi cieplej. Ono naprawdę pomaga zapomnieć o chłodzie i latem może spotęgować nienawiść do żaru lejącego się z nieba. Obecnie nie zapowiada się bym leżała w promieniach czerwcowego Słońca, czekając na upragnioną opaleniznę, więc serum to zdecydowanie mój must have :)


 Mezoterapia polega na wstrzykiwaniu w skórę koktajlu witamin, mikro i makro elementów oraz kwasu hialuronowego. A wszystko to dla elastycznej, gładkiej, pozbawionej cellulitu i rozstępów skóry. Bielenda by wywołać podobne procesy upchała do swojego produktu kilka składników aktywnych, które określa mianem mocnych. Już na samym podium mamy olejek z winogron, oliwę z oliwek, ekstrakt z bluszczu (7 miejsce), wąkrotę azjatycką (pobudza krążenie, wzmacnia naczynia krwionośne), algi mikronizowane (wspomagają syntezę kolagenu oraz posiadają właściwości wygładzające i uelastyczniające), spirulinę,  liściokwiat garbnikowy (pobudza regenerację) i kwas hialuronowy. Z chłodzącym serum najmniej się polubiłam, bo uczucie zimna jakim mnie obdarza jest dla mnie nie do zniesienia. To prawdziwa tortura, a ja mam wrażenie jakbym leżała w kostkach lodu. Myślę, że poczekam z nim do gorącego, upalnego lata i wyciągnę serum w chwilach, gdy będę przeklinać upał, a zimne wieczory i śnieg potraktuję jako błogosławieństwo (co mi się rzadko zdarza). 


 Ujędrniająca karboksyterapia, czyli infuzja CO2 do skóry, prowadzi do zwiększenia przepływu krwi, tlenu i składników odżywczych w głąb naskórka. Serum Bielendy, tak samo jak w przypadku mezoterapii próbuje imitować zabieg stosując mocne składniki aktywne, które wnikają głęboko i stopniowo uwalniają swoją moc, działając jeszcze wiele godzin po aplikacji. Swoje poczynania zawdzięcza takim składnikom jak: olejek z awokado (5 miejsce w składzie), wspominanej już wcześniej wąkrocie azjatyckiej (7 miejsce), wyciągowi z Kigelii afrykańskiej (ujędrnia, napina, zwiększa sprężystość), chlorelli, ekstraktowi z morszczynu pęcherzykowatego (wygładza, zmiękcza, odżywia), garcynii cambogia ( hamuje odkładanie się tłuszczu w komórkach, wyszczupla, modeluje), kofeinie i wielu innych. Wielki minus za alkohol, który niepostrzeżenie ukrył się pomiędzy tymi fajnymi i ciekawymi składnikami. Korektor na pewno jest najmniej inwazyjny z całej trójki i w kwestii aplikacji na skórę, nie daje jakiś mocnych, zapamiętywalnych doznań, oprócz lekkiego uczucia chłodu. 


Z ogromną przyjemnością i zaangażowaniem testowałam każdy produkt z serii Slim Cellu Corrector. Z ręką na sercu przyznaję, że najrzadziej sięgałam po chłodzące, sprawiające, że włos jeży się na plecach serum ze spiruliną, ale myślę, że jego czas jeszcze nadejdzie. Nie posiadam ogromnych pokładów cellulitu, nie potrzebuję mega ujędrnienia, a już na pewno najmniej potrzebne jest mi wyszczuplanie (jedynie rozstępy ciągle przypominają, że zdecydowanie za dużo przytyłam w ciąży). Jednak dziś nie wyobrażam sobie już mojej pielęgnacji bez tych produktów. Może nie mają mega super składów i najlepsze, najbardziej ciekawe substancje niestety nie znajdują się na podium, przodując i dumnie reprezentując zawartość, ale na pewno dają satysfakcję. Skóra po ich użyciu jest miękka, gładka i bardzo przyjemna w dotyku. Bez dwóch zdań wspaniale przygotują ciało na nadchodzące lato i sprawią, że będzie wygadać zdrowiej, a co za tym idzie ładniej. Dodatkowo preparaty Bielendy intensywnie odżywiając pozwolą zapomnieć o suchej, szorstkiej skórze, a regularności w stosowaniu odwdzięczą się  nawilżeniem i poprawą struktury. Nie mogę też zapomnieć o zasługującym na pochwałę i niezapomnianym wrażeniom z używania. Ciepłe okłady ratowały życie w chłodne noce, a zimna fala na pewno i podczas upałów będzie miała okazję dorównać siostrze. Jakby Wam było mało, dołożę jeszcze piękne zapachy, łatwość w używaniu i funkcjonalne opakowania, którym niestraszne są wycieczki. Nie są to tak drogie kosmetyki bym wymagała od nich cudów i biadoliła Wam teraz jak to nie dały sobie rady z okropnym cellulitem. Uważam, że warto spróbować, bo możecie je pokochać tak samo jak ja i śmiało nazywam je jednymi z najlepszych balsamów jakie miałam :) 

Lubicie neurokosmetyki? :)


Cena: ok. 14 zł 



© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig