Otulam się nawet latem, czyli Pat&Rub otulający balsam do rąk, żel myjący i scrub.





 Wiem, że są zapachy, które mają moc tylko o określonej porze roku. Te ciężkie, korzenne i słodkie świetnie wpisują się w klimat zimy, gdy w iście świątecznym humorze pieczemy bożonarodzeniowe ciasta, a kwiatowe, rześkie i morskie najlepiej “smakują” gorącym latem. Jeśli mnie znacie, wiecie, że jestem zapachową ignorantką, o perfumach nie mam pojęcia i dopiero od niedawna nieco lepiej zaczynam odgadywać poszczególne składniki, wyróżniając więcej woni niż róża. Niestety jeszcze trochę mi brakuje do dzielenia zapachów na pory roku, dlatego niech Was nie zdziwi, że to właśnie teraz zdecydowałam się na użycie kosmetyków z serii otulającej Pat&Rub, którą doskonale opisuje karmel, cytryna i wanilia. Jednak takiemu łasuchowi jak ja, słodkości nigdy za dużo, a poza tym kupione chłodną porą kosmetyki, nie mogły czekać do zimnej, deszczowej jesieni. Aż tak cierpliwa nie jestem. Cała seria ogromnie mnie zaskoczyła, a moja opinia zmieniała się kilka razy w czasie stosowania kosmetyków i sporo musiałam się zastanawiać czy werdykt faktycznie jest słuszny. Ale o tym na końcu, najpierw zróbmy mały przegląd każdego produktu z zestawu. 

Dziewczyny lubią brąz i Bielenda o tym wie/ Bielenda Argan Oil Koncentrat Brązujący.




 Wraz z latem nadchodzą (miejmy nadzieję) gorące dni, a po nich w następstwie ciepłe wieczory, które przynoszą odpoczynek od upałów, ale wciąż uwalniają od kurtek. Wystarczy zarzucić jakiś kardigan czy cieniutki sweterek, dobrać do tego “zakryte” buty, a torbę plażową wymienić na coś bardziej eleganckiego i już wieczorny look gotowy. Wybaczcie, że piszę jakbym się znała na modzie, bo tak naprawdę nie mam o niej pojęcia, a wzmianka o ubraniach miała jedynie świetnie pasować do wstępu, w którym pragnę wspomnieć, że całość najlepiej dopełniłaby opalenizna :)  Strój kąpielowy, letnia sukienka, szorty, wszystko to zawsze lepiej prezentuje się na muśniętym Słońcem ciele. Opalenizna dodaje pewności siebie, tuszuje niedoskonałości skóry i cery oraz przyswojona z głową pozwala wyglądać zdrowiej i radośniej. Czasy palonej na czarno skóry w solarium na szczęście już są odległe i coraz mniej osób z nich korzysta, a kiedyś przeznaczone tylko dla odważnych samoopalacze, ulepszone zaczęły zdobywać serca wielu kobiet. Bo przecież nie wszystkie mogą lub lubią leżeć na Słońcu. Wiem, że są marki, które bezkonkurencyjnie wiodą prym w tej kategorii, ale wcale nie ogranicza mnie to przed dalszą eksploracją. Dziś przedstawię Wam produkt marki Bielenda, który nie jest zwykłym samoopalaczem. Producent nazywa go koncentratem, który nie tylko daje efekt skóry muśniętej Słońcem, ale też ma za zadanie nawilżać i pielęgnować. Zbyt piękne by było prawdziwe?

Bielenda Argan Oil Koncentrat Brązujący

  
  Szklana buteleczka w koncentracie Bielenda jest mała i na pewno nie pasuje do sporo większego kartonika, który troszkę może oszukać oko przy zakupie. Gdyby ktoś się tym drobnym oszustwem rozczarował, to na pewno uśmiech przywróci mu pipetka, która świetnie dozuje produkt, jest mała, urocza, higieniczna i nie da się na nią narzekać. Z zapachem tego koncentratu było u mnie naprawdę różnie. Raz przypominał woń typowych, prototypowych samoopalaczy, by następnie przestał drażnić nos i stał się przyjemny oraz całkiem znośny. Czasami nawet nawiązywał do palonego orzecha laskowego. Wiem, że taki opis troszkę brzmi jak bełkot i wcale Wam wiele nie mówi, ale w tym wypadku wszystko zależy od wrażliwości nosa i personalnych upodobań zapachowych. Tylko jeśli same się z nim skonfrontujecie , będziecie wiedzieć w jakiej kategorii go zakwalifikować i czy dacie radę się z nim polubić.


 Koncentratu raczej nie zaszufladkowałabym jako produktu opalającego. On jedynie lekko brązuje, ale na pewno nie opala. Efekt jaki nim uzyskacie to delikatny pocałunek Słońca, a nie długa kąpiel w jego promieniach. Już po pierwszej aplikacji widać różnicę w kolorze skóry (nie u każdego), ale nie jest ona diametralna i nie sprawi, że znajomi będą Cię podejrzewać o wakacje w gorącej Grecji. Producent sugeruje mieszanie koncentratu razem z ulubionym kremem, ale ja wtedy nie zauważałam żadnych efektów i tylko aplikowany solo dawał znać, że faktycznie jest na skórze. Skłamałabym pisząc, że na pewno nie zrobicie sobie nim krzywdy. Nieperfekcyjna aplikacja dała o sobie znać tylko, gdy używałam produktu bezpośrednio z pipetki na skórę. Nie było to jednak okropne pomarańczowe plamy, których niczym nie dała się zakryć i zmyć, a jedynie lekko zauważalna różnica w kolorze cery. Koncentrat najlepiej sprawdza się dopiero, gdy po wylaniu na dłoń (bardzo mała ilość) z pomocą palców wędruję na twarz. Podążając za tą instrukcją zawsze wyglądał idealnie i nic nie mogłam mu zarzucić. Każdego dnia moja twarz prezentowała się lepiej i zdrowiej, a ja z radością pożegnałam ziemisty i zmęczony wygląd, który zawsze sprawiał, że zdawałam się bardziej znużoną niż to miało miejsce w rzeczywistości. Dodatkowo oprócz lekko przybrązowionej skóry zyskałam również nawilżenie bez zapychania i wyprysków. Koncentrat ekspresowo się wchłania i nie pozostawia po sobie tłustej warstwy, a jedynie miękką i gładką cerę. Nie nakładałam go jednak pod makijaż i nie jestem w stanie stwierdzić czy się pod niego nadaje, ale zauważyłam, że naturalnie skóra troszkę szybciej się po nim zaczyna świecić.


 Argan Bronzer od Bielendy szybko zdobył moje serce i na pewno nie zabraknie go w tegorocznej, letniej kosmetyczce. Czytałam sporo zażaleń oraz skarg na temat tego produktu i znalazły się też takie dziewczyny, które oskarżały go o brak jakiegokolwiek działania. Nie jestem w stanie stwierdzić skąd takie odczucia, bo nie posiadam trupio bladej twarzy, a mimo to zauważyłam efekty już po pierwszym użyciu. Co więcej według mnie to jeden z lepszych produktów w tej kategorii i pokonał dużo droższe od siebie marki. Zdaję sobie sprawę, że nie będzie pasował każdemu, ale myślę, że warto podjąć ryzyko :)


Koniecznie dajcie znać co o nim myślicie :)

Koreański sekret został ujawniony, czyli StarSkin The Master Cleanser Foam Detoxing Sea Kelp Leaf.




 Minęły już czasy, gdy celebryci wstydzili się reklam i odmawiali rekomendowania określonych produktów lub usług. Obecnie praktycznie każdą znaną markę okrasza twarz aktora, piosenkarki, piłkarza czy innego sportowca. Posiadają oni coś, czym mało znany statysta nie może się pochwalić, czyli zaufanie i podziw społeczeństwa. Nie każdy zdaje sobie sprawę, że sławny celebryta tak naprawdę w większości przypadków nie używa produktów, które sam rekomenduje, a jego “twarz” to tylko chwyt marketingowy, za który dostaje mnóstwo pieniędzy. Humorystyczne hasła czy wpadające w ucho slogany sprawiają, że kupujemy chętniej, a już na pewno najlepiej działa na nas zapewnienie, że dany produkt bije furorę wśród zagranicznych gwiazd takich jak Kim Kardashian, Taylor Swift czy Selena Gomez. W kosmetycznym świecie jedną z  najbardziej znanych mi marek w tej kategorii jest StarSkin. Reklamuje się ją jako luksusową, a sami producenci zapewniają iż odkrywają sekrety urody celebrytów i sprawiają, że stają się dostępne dla zwykłych śmiertelników. Nie bez powod logo na stronie głównej sklepu zdobi napis The Secret Rewealed (sekret ujawniony). Mnie do zakupu kosmetyków tej marki zachęciły estetyczne i przykuwające wzrok opakowania, oraz całkiem ciekawe składy. Dziś opowiem o nowym dziecku StarSkin, czyli detoksykującej piance oczyszczającej, która posiada bardzo długą, ciężką do zapamiętania nazwę The Master Cleanser Foam Detoxing Sea Kelp Leaf.  

Koreańskie Rozdanie u Land of Vanity! Wygraj zestaw produktów marki Oh K!




Jeszcze jestem na detoksie i rzadko zaglądam na Bloggera, czytając książki, pisząc posty na zapas, chodząc na spacery i spędzając czas w świecie, w którym o zawiści nie ma mowy, czyli wśród pluszaków, klocków i plastikowych samochodów. Nie znaczy to jednak, że zapomniałam o Was, a mój blog bez rozdania wydaje mi się taki niekompletny :) Zanim w czyjeś ręce oddam zasłużony produkt od Anastasia Beverly Hills, to nie miałabym serca nie dać innym szansy na kolejną wygraną. Tym razem oszczędzając sobie nerwów postanowiłam, że wygrać będzie mogła osoba, która odpowie najciekawiej na pytanie konkursowe. Chciałabym żeby wygrał ktoś, kto włożył choć trochę wysiłku w tą rywalizacje, bo klepane bezsensu wpisy i nieczytanie regulaminu już mi wychodzi bokiem. A "konkursowicze" przyprawiają o ból głowy. Zanim jednak przejdę do formalności, pokażę Wam co tym razem można wygrać:


Podsumowanie czerwca i 5 linków, które warto sprawdzić.



 Wiem, że ostatnio jakby mnie mniej i wyników rozdania też jeszcze nie ma. Nie bijcie, nie krzyczcie, nie upominajcie. Będę się tłumaczyć urlopem, przygotowaniami i wciąż nie zapisanymi listami z całą górą rzeczy do zabrania. Piszę, nakreślam, myślę, kupuję i przygotowuję się jakby właśnie ogłoszono nadejście Armagedonu. To ta właśnie chwila na sezonowe zakupy ubraniowe, które w moim przypadku mają miejsce tylko dwa razy do roku. Kosmetyki na razie muszą poczekać, bo mama i synek potrzebują odzienia na upały, a w naszych rejonach opaska na biodra nie wystarczy i chociaż warstw jest mało oraz materiału niewiele ceny ubrań i butów wcale nie rozpieszczają. Całość utrudnia fakt, iż jestem blogerką urodową, a nie modową i tak z ręką na sercu przyznam się, że ledwo wiem kto to Jessica Mercedes, a Macadamian Girl znam tylko z programu “Agent”. Nie wiem co do czego i najchętniej kupiłabym jeden dres, w którym mogłabym przechodzić całe lato. Lubię ładnie wyglądać, ale muszę się sporo namęczyć by złożyć schludną całość i wyglądać jak człowiek. Właśnie odbiegłam daleko od tematu i podałam sporą garść informacji, które do bloga urodowego mają się nijak. Jako zadośćuczynienie podrzucam podsumowanie czerwca i 5 linków, które warto kliknąć, a nawet przeczytać od deski do deski :)

© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig