Koreański sekret został ujawniony, czyli StarSkin The Master Cleanser Foam Detoxing Sea Kelp Leaf.




 Minęły już czasy, gdy celebryci wstydzili się reklam i odmawiali rekomendowania określonych produktów lub usług. Obecnie praktycznie każdą znaną markę okrasza twarz aktora, piosenkarki, piłkarza czy innego sportowca. Posiadają oni coś, czym mało znany statysta nie może się pochwalić, czyli zaufanie i podziw społeczeństwa. Nie każdy zdaje sobie sprawę, że sławny celebryta tak naprawdę w większości przypadków nie używa produktów, które sam rekomenduje, a jego “twarz” to tylko chwyt marketingowy, za który dostaje mnóstwo pieniędzy. Humorystyczne hasła czy wpadające w ucho slogany sprawiają, że kupujemy chętniej, a już na pewno najlepiej działa na nas zapewnienie, że dany produkt bije furorę wśród zagranicznych gwiazd takich jak Kim Kardashian, Taylor Swift czy Selena Gomez. W kosmetycznym świecie jedną z  najbardziej znanych mi marek w tej kategorii jest StarSkin. Reklamuje się ją jako luksusową, a sami producenci zapewniają iż odkrywają sekrety urody celebrytów i sprawiają, że stają się dostępne dla zwykłych śmiertelników. Nie bez powod logo na stronie głównej sklepu zdobi napis The Secret Rewealed (sekret ujawniony). Mnie do zakupu kosmetyków tej marki zachęciły estetyczne i przykuwające wzrok opakowania, oraz całkiem ciekawe składy. Dziś opowiem o nowym dziecku StarSkin, czyli detoksykującej piance oczyszczającej, która posiada bardzo długą, ciężką do zapamiętania nazwę The Master Cleanser Foam Detoxing Sea Kelp Leaf.  




 Saszetki i dołączone do nich urocze “dziubki” chwaliłam już przy maseczce dziegciowej od Agafii, ale w tym przypadku jednak codzienne używanie pozwoliło mi spojrzeć inaczej na ten rodzaj opakowania. Myślę, że nie trzeba być taką niezdarą jak ja by wypuścić z ręki mały koreczek, który tylko czeka by potoczyć się pod jakąś półkę czy inny ciężko dostępny zakamarek łazienki. Marudząc zaznaczę, że wolałabym wieczko, ale uroku i niekonwencjonalności na pewno nie mogę odmówić temu opakowaniu, które przy zakupie otrzymujemy w równie fajnym, kartonowym “domku”. Jakby oryginalności było mało, produkt posiada gęstą konsystencję o zielonym kolorze i pięknym, świeżym oraz lekko morskim zapachu. Zanim użyłam pianki byłam sto procent pewna, że nie starczy mi na długo i troszkę czułam niesmak z tego powodu, bo jednak produkt nie należy do tanich. Już pierwsze użycie wyprowadziło mnie z błędu. Wystarczy malutka dawka, wielkości ziarenka groszku by uzyskać gęstą, mięciutką i bardzo realną piankę, którą bez problemu pokryłam całą twarz i szyję. 


 Przyznaję rację producentowi, który swoje dziecko nazwał mistrzem wśród produktów do oczyszczania twarzy. Pianka idealnie usuwa makijaż, z którym nie poradził sobie płyn micelarny, pozostawiając buzię tak czystą, iż samo dotknięcie wystarczy by wydać ten pozytywny werdykt. Jeśli używałyście kiedykolwiek mydła czarnego lub aleppo, to doskonale wiecie czym jest mocno oczyszczona, wręcz skrzypiąca skóra. Taki właśnie rezultaty uzyskacie po użyciu pianki od StarSkin. Cera w mig stanie się idealnie gładka, miękka i gotowa na przyjęcie pozostałych produktów pielęgnujących. Pewnie setki razy widziałyście ostrzeżenia na opakowaniach by w razie dostania się produktu do oczu, bezzwłocznie je przemyć. Przy piance StarSkin na pewno nie zignorujecie tej przestrogi. Jeśli w jakiś sposób uda jej się dostać do oczu w kilka sekund oślepia, szczypie i doprowadza do łez. Wiem, że taka właściwość może stanowić problem dla Was, dlatego o tym wspominam. Samej mi to nie przeszkadza, bo obecnie tusz zmywam dwufazowym płynem i rzadko już przemywam oczy innymi produktami. 


 Zanim zdecydowałam się na piankę oczyszczającą od StarSkin, na wielu stronach próbowałam znaleźć jej skład, ale niestety poszukiwania spełzły na niczym. A szkoda, bo myślę, że chyba nie ma się czego bać, chociaż raczej spodziewałam się czegoś lepszego. Moje największe obawy wzbudził kwas mirystynowy, który znajduje się na drugim miejscu w składzie. Jest to emolient tłusty, występujący w oleju kokosowym i palmowym, więc jak łatwo zgadnąć może być komedogenny, chociaż przypisuje mu się zatrzymanie części wody w skórze i pomoc w naprawie jej naturalnej bariery. Poza tym znajdziecie też w składzie kwas laurynowy, stearynowy czy wielkomorszcz gruszkonośny (glony). Wiem jakich składników mam się wystrzegać i tu raczej ich nie ma, a skoro te wszystkie dziwne nazwy za wiele mi nie mówiły, musiałam na własne skórze zmierzyć się z ich mocą. Nasze początki były trudne i przyniosły mojej cerze ogromne starty w postaci bolących wyprysków, które wyskakiwały jak grzyby po deszczu. Zrezygnowana odstawiłam produkt, by pewnego pięknego dnia trafić na recenzję innej pianki. Któraś z Was wspominała, że zbiera negatywne recenzje, bo ponoć zachowuje się podobnie jak mój kosmetyk, ale da się temu zaradzić. Zamiast nakładać produkt bezpośrednio na skórę, najpierw należy wytworzyć nim piankę na dłoni, a dopiero później obdarować nią twarz. Postanowiłam, że spróbuję, bo szkoda mi było odstawić produkt, z którym wiązałam ogromne nadzieję, no i nie byłabym sobą gdybym nie przetestowała go pod każdym kątem. To był strzał w dziesiątkę! Od tamtej pory nie zauważyłam żadnych negatywnych zmian skórnych, a wręcz moja cera zaczęła pięknieć z dnia na dzień. Jest to jedyny kosmetyk, któremu udało się tak dobrze zmniejszyć brzydki wysyp zaskórników. Nie będę czarować, że zniknęły całkowicie, ale na pewno mam ich teraz mniej i nie straszą swoim rozmiarem.



W podsumowaniu muszę zaznaczyć, że raczej nie poleciłabym tego produktu każdej cerze. Pianka od StarSkin jest na pewno bardzo inwazyjna i może narobić kłopotu. Za to fanki mocnego oczyszczania i “piszczącej” z czystości skóry raczej będą zachwycone. Ja jestem w niej zakochana i obecnie to mój kolejny must have :) Dodatkowo wspomnę, że na opakowaniu mocno wytłuszczona jest informacja, że do produkcji tego kosmetyku użyte zostały najlepsze, naturalne składniki prosto z Korei, skąd zresztą pianka pochodzi. Produkt ten możecie też używać ze szczoteczkami sonicznymi, ale zdecydowanie odbierają one piance puszystość i nie ma już tej przyjemności podczas mycia twarzy (przynajmniej u mnie). Myślę, że będzie to produkt dosyć kontrowersyjny, ale czekam też na inne recenzje :)

Podoba Wam się czy nie? :)

PS: W momencie, gdy czytacie post jestem już w drodze do Polski :) Trzymajcie kciuki za spokojną podróż :*


© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig