Tanie hity! Produkty, po które musisz się udać do drogerii!


 Nie ma lepszego uczucia dla kosmetyholiczki jak rozpakowywanie najnowszej, luksusowej pomadki od Chanel czy podnoszenie wieczka kremu, w pięknym i ciężkim, szklanym słoiczku. Drogie kosmetyki kuszą niepowtarzalnym wyglądem, kosztownymi reklamami i faktem iż wychodzą pod szyldem znanej oraz rozpoznawalnej na całym świecie marki. I chociaż większość z nas zdaje sobie sprawę, że pewnie gdzieś na drogeryjnych półkach można znaleźć ich tańsze zamienniki, które mają podobne składy, ale inne, bardziej przyziemne opakowania, to i tak nie potrafimy się im oprzeć. Jestem w stanie wydać większą sumę na podkład, perfumy czy krem do twarzy, ale są w mojej pielęgnacji i makijażu produkty, od których nie wymagam więcej niż dobre działanie. Dziś postanowiłam podzielić się z Wami pięcioma kosmetykami, które dostępne są od ręki, a z ich zakupem nie trzeba się wstrzymać do następnej wypłaty. Cieszą portfel, pozostawiają czyste sumienie i uszczęśliwiają skutecznym działaniem. 

Czy też dałam się rozkochać?/ Bielenda Zmysłowe Olejki Multifazowy Olejek do ciała/ Rozkoszna regeneracja


Olejek, o którym dziś postanowiłam opowiedzieć pewnie zna już większość z Was (jak nie wszyscy). Sławny był już zanim pojawił się w sprzedaży, a zniecierpliwiony tłum nie mógł doczekać się, gdy te kolorowe i cudnie wyglądające produkty trafią do drogerii. Mnie ominął wielki szał, bo kosmetyk ten posiadałam jeszcze nim usłyszał o nim świat. Cieszę się, że jako ogromna fanka kiedyś znienawidzonych olejków, mogłam podejść do niego  na chłodno, bez szufladkowania i uprzedzeń, bo chociaż nigdy się nimi nie kieruję, to jednak zawsze z tyłu głowy pozostają ciągle powtarzające się recenzje. Multifazowy olejek od Bielendy zdecydowanie królował wśród ostatnich ulubieńców i uznawany był za hit lata, jeżdżąc w ciasnym bagażu po całym świecie. W moim też znalazło się dla niego trochę miejsca, ale czy ten piękny produkt spoczywał pod stertą ubrań, bo bez niego nie wyobrażałabym sobie podróży? A może był tylko pasażerem na gapę? Już nie mogę doczekać się by Wam o tym opowiedzieć. 

Problemów skórnych bez LIQ?/ LIQ C serum/maska na noc z 15% witaminą E



Są kosmetyki o których piszą gazety, trąbią tabloidy, a w telewizji reklamuje je znana aktorka z idealnie białymi zębami. Blogerki jedna za drugą dodają pozytywne opinie i tylko podsycają już dawno zasiane pragnienie posiadania produktu, który ponoć czyni cuda. Wiem, że wśród Was są takie, które potrafią wydać fortunę byle tylko coś wyleczyć, zakryć, podnieść czy wyszczuplić.  Kobieta z piękną, nieskazitelną cerą czy lśniącymi, pozbawionymi zniszczeń włosami to tylko wypaczony przez media obraz płci pięknej, który mało się ma do rzeczywistości. Jednak nie zatrzymuje nas to przed dążeniem do perfekcji. Lub chociaż poczucia normalności. Problemy skórne często sprawiają, że porównujemy się z innymi i mamy wrażenie, że tak okropny kompleks dotyczy jedynie nas. Stąd też decydujemy się na rozmaite sposoby wyeliminowania go, nawet jeśli kuracja ma kosztować milion dolarów. Producenci czyhają na zdesperowane i bezradne kobiety oferując im produkty, które mają rozwiązać wszystkie skórne problemy. Tak by w końcu cieszyły się idealnie gładką cerą, niczym ich poprawione przez sprytne dłonie informatyka modelki. Są jednak kosmetyki, które nie potrzebują wartych fortuny kolorowych obrazków wyświetlanych w przerwie ulubionego serialu. Ich działanie to najlepsza wizytówka, którą tłumy będą sobie przekazywać z rąk do rąk. I ja dziś właśnie o takim kosmetyku Wam opowiem.

Nowości Rossmanna Sierpień 2016/ Wibo, Lovely, Cleanic, Miss Sporty, Soraya.





Obiecuję, że nie będę znowu rzucać hasła prowokującego do dyskusji, bo mogłabym zacząć iż czasem przyda się odpoczynek, reset lub przymusowy odwyk od bloga. A wszystko po to by wytłumaczyć brak nowości w tamtym miesiącu. W sierpniu nie ośmielę się zatrzymać dla siebie co kryło się w otrzymanej przeze mnie paczce, bo znalazłam  kilka naprawdę ciekawych produktów. I chociaż staram się unikać kosmetyków marki Wibo, to postanowiłam na chwilę zapomnieć o urazie, bo bardzo chciałam mieć kępki od Lovely. Niestety jak później się okazało oba produkty wychodzą spod tej samej igły i przez moją niewiedzę muszę dziś z lekkim wstydem przyznać iż okazałam się nie małą hipokrytką. Kosmetyki te jednak nigdy nie leżały w kręgu moich zainteresowań i dopiero klub nowości pozwolił mi się z nimi zapoznać (trochę się tłumaczę). Na szczęście chociaż Wy będziecie mogli z tego skorzystać, a mnie bardzo cieszy, że produkty, które zyskały moją sympatię nie są "wiernymi" kopiami droższych marek (przynajmniej mam taką nadzieję). Wibo udowadnia, że jak chce to potrafi i chociaż nie rozumiem filozofii marki, nie będę o tym dyskutować, bo każdy pewnie ma w tej sprawie swoje zdanie, a nie o tym ma być mój post. Ja dziś zapraszam na przegląd nowości Rossmanna i im będę poświęcać dalszą część wywodów.

Wiara w stereotypy oślepia/ Czy ocenianie blogera przez pryzmat bloga może się udać?





Są powiedzenia, które zna każdy z nas. Powtarzane od lat przez dziadków, rodziców i nauczycieli. Często doskonale je znamy i nawet rozumiemy ich sens, ale czy potrafimy jednocześnie wprowadzić w życie mądrość, którą za sobą niosą? "Nie oceniaj książki po okładce”- mawiają, ale jak wielu z nas potrafi wykazać się  inteligencją i nie przejść obok tego powiedzenia obojętnie? Jako blogerzy bardzo często zostajemy poddani osądom, które nie mają nic wspólnego z prawdą. Dostajemy łatki pazernych, głupich, zakłamanych i jesteśmy traktowani jako najtańsza forma reklamy. A wszystko dlatego, że mieliśmy więcej odwagi i zdecydowaliśmy się pokazać całemu światu naszą pasję, a co gorsza wychodzi nam to bardzo dobrze i czerpiemy z tego zyski (nieważne na jaką skalę). Dlaczego ludzie myślą, że urodziliśmy się by im dogodzić? Oczywiście jeśli tak nie jest to od razu zostajemy skreślani i wyrzuca się nas do pudełeczka z charakterystycznym czerwonym kółeczkiem i grubą linią w środku. Myślę, że z tym faktem jeszcze da się żyć, ale często jest on dopiero początkiem. Zaczynają sypać się niemiłe komentarze, groźby, podkopywanie dołków i niszczenie psychiczne. Można do takich zachowań przywyknąć, można poczekać aż obrośnie się w gruby pancerz, który zacznie odbijać krzywdzące opinie nie uszkadzając kruchego wnętrza. Ale po co te stereotypy? 


Tylko proszę nie mówić mi, że nie da się traktować poważnie osoby, która piszczy na widok nowej paletki od Anastasia Beverly Hills. Równie bezsensowne mogłoby się wydać bieganie za kawałkiem skórzanej szmaty przez dorosłych mężczyzn, a przecież piłka nożna ma miliony fanów na całym świecie. Wiem, że moje porównanie może okazać się profanacją dla obu stron, ale chcę tylko powiedzieć, że jeśli ktoś ma swoje pasje to po co oceniać jak wielkie znaczenie dla niego mają? Któż z nas nie dozna szoku słysząc pogłoskę, że żona tego bogatego biznesmena, czyli piękna, długonoga blondynka ma magistra z prawa? Przecież to niedorzeczne prawda? Tak samo jak dobrze zbudowany, umięśniony mężczyzna, który non stop spamuje na Facebooku hasłami: “Eat. Sleep. Gym.”,  nie może być tak naprawdę delikatny i romantyczny. Doklejanie łatek przychodzi nam z dziecinną łatwością właśnie dlatego, że jest prostsze niż pofatygowanie się do bliższego poznania kogoś. Lepiej nie wiedzieć jaka jest naprawdę ta śliczna i urocza brunetka, za którą ogląda się każdy pan na ulicy, bo przecież może się okazać, że w rzeczywistości ma o wiele więcej ekstra rzeczy do zaoferowania. Jakby za już za mało superancka była. Łatwiej rozgłaszać, że ma pusto w głowie i każdego wieczora śpi w innym łóżku, tylko po to by następnego ranka wychodzić z niego dzierżąc w delikatnej dłoni gruby plik banknotów. Dla mnie jest to jedynie oznaką słabości i braku wiary w siebie. Nikt nie ma do tego prawa. 



Na moim blogu poczytacie głównie o kosmetykach, urodowych poradach i od czasu do czasu, tak jak dziś podzielę się z Wami przemyśleniami na jakiś temat. Na żadnych społecznościowych kanałach nie znajdziecie mnie w całości. To prawda, że zdarza mi się wrzucić zdjęcie synka, dopiero co zrobionego śniadania czy miejsca, które akurat odwiedzam. Ale to tylko malutka ćwiartka mnie, a nie sytuacje przez które możecie stwierdzić jaką osobą jestem naprawdę. Nie macie pojęcia co sprawia, że się wzruszam, jak wychowuję moje dziecko, o czym marzę i czy widząc biegnącego po ścianie pająka sięgam pośpiesznie po kapcia, czy może puszczam go wolno. To, że uwielbiam kosmetyki, nie oznacza iż na tym kończy się mój świat i nie mam innych zainteresowań, którymi akurat się z Wami nie dzielę. Nie każdy lubi pokazywać jak spędza swój wolny czas, co robi zaraz po przebudzeniu, jaką codziennie nosi fryzurę lub czym dezynfekuje wannę. Co więcej jakieś 99,5% z Was nigdy mnie nie spotkało, nie mówiąc już o dłuższej, przeplatanej różnymi przeżyciami znajomości, która może choć trochę nakreslić osobowość drugiego człowieka. To samo tyczy się innych blogerów i blogerek. Możemy nie lubić czyjegoś sposobu bycia, wypowiedzi czy nawet wyglądu i już z tego powodu trzymać się z daleka, ale czy jest to wystarczające by wypowiadać się jaką osobą jest naprawdę? Dlaczego fajni są tylko Ci gorsi lub grający według naszych nut? Reszta jest be i należy ich wyeliminować głośno o tym krzycząc!

Nie zawsze okazuje się, że oceniający jest w błędzie. Być może faktycznie dobrze tym razem osądził zakłamaną blogerkę. Nie znaczy to jednak, że wszyscy tacy są. Każdy popełnia błędy, których później bardzo często mocno żałuje. Nie każda szczerość to przejaw zazdrości i nie zawsze podjęcie współpracy oznacza podpisywanie się pod kłamstwem. To samo tyczy się kwestii makijażu. Jak nakładasz go dużo to znaczy, że na pewno coś ukrywasz i do tego tak bardzo “krzywdzisz” swoją cerę. Od razu znajdzie się rzesza dobrych dusz, które będą chciały uświadomić Cię, że wcale nie musisz się pod nim chować i tak naprawdę to robisz więcej złego niż dobrego. Jeśli na co dzień wcale go nie nakładasz to pewnie dlatego, że po prostu brak Ci kasy lub jesteś zaniedbana. Zawsze znajdzie się coś do skrytykowania, wytknięcia i pouczania. To łatwiejsze niż naprawa własnych niedociągnięć, które każdego dnia spędzają sen z powiek. Ponoć stereotypy pomagają zepchać w przepaść niesprawiedliwość, ale przecież ona i tak wróci. Nikt przecież nie czerpie przyjemności z syzyfowej pracy.



“Umiejętność obserwowania bez oceniania jest najwyższą formą inteligencji”. Proszę więc teraz o podniesienie rąk przez wszystkich dotkniętych najwyższą formą inteligencji. Czy zobaczyłabym chociaż dwie? Myślę, że byłoby ciężko i przyznaję się, że moja też z wielkim wstydem spoczywałaby na kolanach. Każdego dnia staram się walczyć z tą beznadziejną przypadłością i da się ją pokonać, ale łatwo nie jest. Dorastamy w środowisku pełnym plotek, pretensji i niesprawiedliwości. Nienawiść wlewa się przez nasze uszy w sklepie, szkole, na boisku oraz nawet we własnym bezpiecznym domu. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten kto jest bez winy. Ludzie, którym udało się jakoś trzymać z daleka to rzadkie okazy, które są wielbione przez społeczeństwo i przyciągają do siebie gromadę ludzi. Nikt nie chce się zadawać z ponurymi, zgorzkniałymi osobami, które tylko narzekają i oceniają. Bądźmy takimi wersjami siebie z jakimi sami chcielibyśmy się zaprzyjaźnić. 

Nigdy nie przepraszajcie za to kim jesteście i nie dajcie wmówić sobie, że coś jest z Wami nie tak. Róbcie to na co macie akurat ochotę. Bądźcie sobą. Większość osób oglądająca blogi, w które włożyliście mnóstwo pracy, podziwia, chwali i czyta każdy tekst z ogromną ciekawością. Jedyne co powinniście czuć to duma. A jeśli kiedykolwiek traficie na osobę, która będzie próbować zasmucić Was, tylko po to by sprawić sobie przyjemność, to każcie czym prędzej wrócić jej do swojego smutnego życia i zrobić wszystko by przestało takim być. Nie mamy prawa do oceniania bliźnich (nieważne czy blogerek czy nie) przez pryzmat tego co widzimy i kropka. Czasami wystarczy krótka rozmowa by przełamać stereotypy i zmienić zdanie. Czy to tak wiele?







Organicznie. Naturalnie. Idealnie. / Krem pod oczy Grown Alchemist Age-Repair Eye Cream



Są problemy skórne, których wyleczenie nie jest proste. Są kosmetyki idealne, których odnalezienie sprawia nie lada problem. I wreszcie są marki, które znają rozwiązania na wszystkie pielęgnacyjne zmartwienia. Świadomość konsumentów rośnie, bo coraz więcej osób potrafi już wychwycić “szkodliwe” składniki w produktach i odnaleźć właściwą dla siebie pielęgnację. Cieszy mnie to o ile nie popadamy w kosmetyczny nacjonalizm i nie brniemy ślepo za modą, a świadomie z każdego rodzaju produktów wybieramy co dobre dla naszej cery. Najpierw jak potężna fala tsunami zalała nas moda na naturalne kosmetyki, by później odejść trochę w cień i ustąpić miejsca na świeczniku azjatyckiej pielęgnacji. Uważam, że każda z nich ma potencjał, ale zdecydowanie bardziej jestem za kosmetykami organicznymi, które kojarzą mi się ze zmarszczoną babciną ręką, która starannie uciera zioła w mosiężnym moździerzu by podążając za sekretnym przepisem, stworzyć produkt rozwiązujący wszystkie skórne problemy. I chociaż na rynku jest mnóstwo producentów, którzy ogłaszają się jako liderzy w wyrobie kosmetyków naturalnych, znalezienie idealnego i spełniającego te rokujące obietnice jest naprawdę trudne. Dziś opowiem Wam o kremie pod oczy marki Grown Alchemist, którego skład jest zdecydowanie najlepszym jaki kiedykolwiek widziałam i nie mogłam doczekać się dnia, w którym opowiem nieco więcej o tym produkcie.

Skąd czerpię inspiracje?/ 5 profili na Instagramie, które pobudzają wyobraźnię.





 Gdybym miała wyznać jakie pytanie najczęściej dostaję odnośnie moich zdjęć, to na myśl od razu przychodzi mi jedno: skąd czerpię inspiracje? Nie jestem w stanie napisać Wam czegoś odkrywczego (a szkoda), podać gotowego przepisu na ułożenie, światło czy elementy dekoracyjne. Może kilka razy zdarzyło się, że przygotowując całą oprawę miałam już w głowie gotowy plan, który wystarczyło tylko zrealizować. Wszystko zawsze dzieje się spontanicznie, metodą dokładania i odbierania, małej przymiarki obiektywem i dopasowaniem odpowiedniego światła. A inspiracje czerpię praktycznie ze wszystkiego. Przeglądam mnóstwo profili na Pineterst i Instagramie. Nie ściągam koncepcji autora, bo czasami wystarczy mi jeden element, mały drobiazg, kolor czy faktura by w głowie zapaliła się znana z kreskówek lampka sygnalizująca genialny pomysł, a w efekcie końcowym i tak przecież zostaje przekształcony. Na Instagramie obserwuję lubiane blogerki, sklepy, z którymi chcę być na bieżąco i przede wszystkim konta, które przeglądając mam ochotę biec po aparat i pstrykać tysiące zdjęć. Skoro tak wiele z Was również szuka inspiracji i czeka na to małą lampeczkę, postanowiłam, że pomogę Wam ją zapalić i zacznę dzielić się kontami, na których każdy znajdzie to czego szukał. Nie wiem jak przyjmiecie ten pomysł i czy będziecie chciały z niego skorzystać, ale mam nadzieję, że znajdą się zainteresowani. Dziś przedstawiam pierwszą piątkę :)


#mikutas


 
 Nie mogłam nie wspomnieć o tym koncie, bo zdecydowanie jest to mój numer jeden. Należy do Szwedzkiej blogerki i fotografa Jacqueline Mikuta. Głównym bohaterem zdjęć jest ona sama, ale nie są to typowe selfie strzelane ciągle w tym samej pozie i z niezmienną, nudną już miną, a co więcej rzadko widać na nich jej całą twarz. Czasami są to zniszczone buty, innym razem torebka przewieszona przez ramię czy choćby trzymane w dłoniach słuchawki. Ale wszystko to tak ujęte, oprawione i podkreślone, że aż zapiera dech w piersiach. Gdy pierwszy raz trafiłam na nią siedziałam długi czas nim obejrzałam każdą jedną fotografię i nie miałam dość ani przez chwilę. Co prawda sama nie robię tego typu zdjęć, bo mój Instagram to typowy flatlay, ale ta dziewczyna inspiruje. Cholernie inspiruje!

#thedailymark

 

 Konto strony internetowej na której można znaleźć sporo informacji na temat urody, lifestylu, technologii i jedzenia. Ja jednak bardziej skupiam się na instagramowym profilu. Według mnie to mistrzostwo flatlay! Kiedy brakuje mi pomysłu lub małej iskierki, która wznieci nieco przygaszoną wyobraźnię, to zaglądam właśnie do #thedailymark. Czasami wystarczy, że skupię się tylko na pięciu zdjęciach i już wiem jak mogę moją pracę "ubrać" by wyglądała równie ciekawie. Dodatkowo autorka piękne zdjęcia przeplata zabawnymi powiedzeniami i bardzo rzadko wydarzeniami ze swojego życia. Profil ten obserwuję dopiero od niedawna, ale już jestem zakochana i na pewno będę wracać do niego jeszcze nie raz.

#infalliblelifestyle

 

 

 Niektóre z Was pewnie znają Agnieszkę, ale ja zanim odkryłam jej blog najpierw zakochałam się w zdjęciach na Instagramie. To Agi profil był jednym z pierwszych, które zainspirowały mnie do polepszenia jakości robionych przeze mnie fotografii i dał motywację do działania. Co prawda jestem fanką zdjęć, na których dużo się dzieję, jest mnóstwo elementów i kolorów, a Agnieszka to mistrzyni minimalizmu, ale to nie znaczy, że nie inspiruje. Czasami piszecie, że nie jest sztuką zrobienie fotki na białym tle i każdy może takie wyczarować, ale znajdźcie mi równie piękne co te z profilu #infalliblelifestyle. Dla mnie ta kobieta to zdecydowanie profesjonalistka i uwielbiam przeglądać jej konto. Wszystko jest takie estetyczne, czyste oraz dopracowane i nawet produkt za niecałe 5 złotych wydaje się luksusowy i wart uwagi. Zawsze będę polecać jej profil i blog, bo zdecydowanie inspiruje i powinna być wzorem dla początkujących na Instagramie lub w blogosferze.

#inspirujemniezycie


 Jeśli zaczynam mówić o inspiracji, nie może tu zabraknąć Iwonki z #inspirujemniezycie. Nieważne czy dodaje zdjęcia jedzenia, kosmetyków, własnego mieszkania czy kubka z kawą. Zawsze jest pięknie, jasno i inspirująco. Poza tym bije z niej taka radość i pozytywne nastawienia do życia, że aż mam ochotę się uśmiechnąć. Tak samo jak u opisywanej wyżej Agnieszki jest dla mnie wizytówką profesjonalizmu i elegancji. Zawsze ma coś ciekawego do powiedzenia i nie czuję od niej tego sarkazmu i chęci wbicia szpilki. Na jej koncie uwielbiam też pomysłowe wykorzystanie kwiatów i różnego rodzaju roślinności, a zdjęcia potraw zdecydowanie wzmagają ślinotok. Iwonka udowadnia, że zdrowe odżywianie nie musi być nudne i swoimi talerzami pełnymi pysznego jedzenia, pewnie przekonałaby nawet najbardziej opornego fana fastfoodów :) Po prostu uwielbiam!

#saritacoren

 


 

 Mama-blogerka, która zaznacza, że nie posiada specjalistycznego sprzętu do robienia zdjęć i nie ma pojęcia jak obsługiwać Photoshop. Jednak jej konto jest dowodem na to, że wcale nie jest to potrzebne by tworzyć piękne, inspirujące zdjęcia. Profil #saritacoren jest moim numerem jeden jeśli chodzi o wykorzystanie roślin czy suszonych kwiatów. Znajdują się praktycznie na każdej fotografii. Uwielbiam jej pomysły, estetykę i dobór dekoracji. Zdjęcia różnią się od siebie i robione są na różnym tle, co tylko jeszcze bardziej ciekawi i uzależnia od przeglądania. Uwielbiam te małe łyżeczki wypełnione rożnymi substancjami, które w ciekawy sposób pozwalają zapoznać się z konsystencją prezentowanych kosmetyków. Pozwala podejść do nich tak blisko iż ma się wrażenie, że wiemy już wszystko co chcielibyśmy zanim zakupimy produkt, który nas interesuje. Żałuję, że nie mam czasu przejrzeć jej bloga, ale kiedyś postaram się to zmienić. Na pewno jest kopalnią wiedzy. Same sprawdźcie :)
                                                                                                  
 

 Po dzisiejszym poście pewnie czujecie się zmolestowane słowem: inspiracja, ale to ona grała tu główne skrzypce i mam nadzieję, że też choć trochę jej odnalazłyście w kontach, które pokazałam. Koniecznie podzielcie się swoimi typami i pomóżcie mi stworzyć listę, dzięki której nigdy nie będziemy musiały się zastanawiać jak ugryźć nowy temat :)

#luxuryday/ NARS Radiant Creamy Concealer/ Korektor idealny?


korektor Nars


 Praktycznie każdego dnia chłonę wiedzę na temat kosmetyków. Uczę się nowych rzeczy, testuję, czytam i potrafię już pomóc innym, a przede wszystkim co najważniejsze samej sobie. Latami nie przejmowałam się moją skórą pod oczami i jestem pewna, że gdyby nie zainteresowania typowo kosmetyczne, do dziś uważałabym iż dopiero po czterdziestce należy sięgnąć po specjalistyczne kremy. Mam wrażenie, że moja skóra troszkę się mści za takie ignoranckie podejście, bo to właśnie produkty przeznaczone do aplikacji pod oczy sprawiają mi najwięcej trudności w znalezieniu ideału. Większość kremów jest obojętna, nie robi nic, albo jedynie lekko nawilża. Z korektorami jest jeszcze gorzej, bo wchodzą w załamania, ważą się i nie posiadają potrzebnych mi zdolności do dobrego krycia. Od początku mojej przygody z tego typu produktami zawsze sięgam, po te najbardziej wychwalane i cenione przez blogerki czy youtuberki. Miałam już jeden z Collection, dwa z NYXa, Maybelline czy Kiko. Nie o każdym mogę powiedzieć iż jest bublem, ale to jednak nie to czego wymagam. Byłam już nawet bliska wytoczenia najcięższego działa i planowałam zakup korektora od Make Up For Ever, ale najpierw postanowiłam spróbować równie mocno wychwalanego NARSa. Radiant Creamy Concealer to już legenda. Kochają go nie tylko wizażyści, ale również kobiety (i mężczyźni) na całym świecie. Producent przypisuje mu tyle wspaniałych właściwości, że spokojnie można myśleć iż to kosmetyk doskonały. Czy rzeczywiście tak jest?
© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig