Bye bye cienie pod oczami?/ Nuxe Splendieuse Yeux Krem pod oczy + mały trik jak wzmocnić jego działanie





Powiadają, że oczy są zwierciadłem duszy i to spojrzenie powinno pomóc nam znaleźć męża (żonę?). Ponoć łatwo z niego “wyciągnąć” czy wybranek jest pamiętliwy, spontaniczny, silny i wyrafinowany. A co ze skórą pod oczami? Czy z niej także możemy czytać jak z kart? Na pewno szybko nam pokaże, że właśnie zaczynamy się starzeć i da znać, że czas sięgnąć po kosmetyki typu ani-aging, by zacząć zapobiegać dalszemu  powstawaniu zmarszczek. Opuchlizna może wskazywać na ciężką, źle przespaną noc, a cienie pod oczami często alarmują o odwodnieniu lub niedożywieniu. Na problemy wrażliwej i cienkiej skóry pod oczami mogłabym polecić Wam spędzać więcej czasu w łóżku (marzenie), zdrowo się odżywiać (nie jest łatwo) lub w zaciszu domowym własnoręcznie ukręcić jakiś super naturalne mazidło (o ile macie na to czas). Dziś jednak przygotowałam propozycję nie wymagającą wysiłku i mocno popychającą do pójścia na skróty. Oczywiście mimo wszystko gorąco polecam stosować się do moich pierwszych sugestii, ale Ci co nie chcą lub nie mogą, na pewno ucieszą się, że istnieje też bardzo wygodna opcja, która pomoże w redukcji cieni, a jest nią po prostu dobry krem. Nuxe Splendieuse to produkt przeznaczony dla osób borykających się z zasinieniami czy przebarwieniami w okolicach oczu, który jednocześnie powinien zapewnić efekt rozświetlonej i wypoczętej skóry. Wiem, że zainteresowałam Was marką Nuxe, dlatego gdy jeszcze gdzieś krąży Wam po głowie, spieszę opowiedzieć o kremie, który chyba też polubicie.

Nuxe Splendieuse Krem pod oczy (ok. 61zł/15ml)




Tego białego, estetycznego malucha zabrać możecie wszędzie. Jest zgrabny, leciutki i zmieści się nawet w kieszeni. Uwielbiam pojemności, które dają nacieszyć się kremem, ale też nie pozwalają na znudzenie i monotonność. Umieszczony pod zakrętką słodziutki “dziubek” idealnie dozuje produkt, którego wystarczy niewielka ilość by rozpieścić skórę pod oczami. Konsystencja kremu jest bardzo lekka, jakby żelowa. Łatwo się rozprowadza i pachnie niesamowicie delikatnie oraz kwiatowo. Przypomina chwilę w ciepły, letni dzień, gdy na stole z pokaźnym bukietem kwiatów, jadłam croissanty w towarzystwie zabielonej kawy. Z tym ledwo wyczuwalnym wiaterkiem i zapachem Słońca w powietrzu. Szybko ulatuje, ale miło od czasu do czasu wrócić do tamtych chwil choć na parę krótkich sekund. Tak szybko właśnie krem Splendieuse się wchłania i nasza cera od razu gotowa jest na przyjęcie makijażu.



Myślę, że sporo osób marzy o kremie, który w mig usunąłby cienie pod oczami i jestem prawie pewna, że taki niestety nie istnieje. Tego typu produkt może nam jedynie je lekko zredukować lub nieco zatuszować i właśnie krem marki Nuxe należy do tej drugiej grupy. Bardzo dobrze nawilża, odżywia i rozświetla skórę. Chwilę po aplikacji dostarcza stonowane uczucie chłodu, które wspaniale sprawdza się przy delikatnej opuchliźnie, by nieco ją ukoić i zmniejszyć uczucie dyskomfortu. Dodatkowo na pewno poczujemy lekkie napięcie, a gołym okiem zauważymy poprawę wyglądu skóry na bardziej wypoczętą i zadbaną. Nie musiałam martwić się, że produkt skróci trwałość makijażu, bo ten wspaniale z nim współpracował i wręcz sprawiał, że korektor wyglądał nieco lepiej. 



Śmiem twierdzić iż Nuxe Splendieuse nie u każdego dobrze sprawdzi się na noc. Jedynie mało wymagająca skóra pod oczami byłaby zadowolona z jego poziomu nawilżenia. Moja nie należy do tych spragnionych, a jednak wolę do poduszki aplikować bardziej treściwy krem, chociaż też należy uważać by nie przesadzać z jego ilością. Gruba, gęsta warstwa może sprawić iż znajdująca się w składzie produktu woda, której zwyczajnie będzie za dużo, zacznie gromadzić się na naszej delikatnej skórze, przez co tylko spotęguję widoczność cieni. Jednak krem Nuxe towarzyszy mi w porannej pielęgnacji i z przyjemnością używam go każdego dnia o świcie, gdy jeszcze gorąca, parująca kawa czeka na swoją kolej. Z miłą chęcią poczekam aż produkt sięgnie dna, a i nie wykluczam, że zagości u mnie raz jeszcze. 


Nuxe Splendieuse niestety nie zredukował moich cieni, chociaż pomógł mi je nieco "zatuszować". W kwestii innych przebarwień się nie wypowiem, bo ich zwyczajnie nie posiadam. Dostałam jednak upragnione nawilżenie, rozświetlenie i współpraca z makijażem też poszła mu wspaniale. Wielbicielki naturalnych składów raczej nie znajdą w tym produkcie ulubieńca, chociaż posiada ekstrakt z liści białej morwy,  szafranu czy gwiezdnej lilii (redukuje przebarwienia). Większość niestety znajduje się na samym końcu listy INCI. Ja mimo wszystko produkt polubiłam, a decyzję o zakupie jak zwykle pozostawiam Wam :)



PS: Mój mały trik to umieszczenie kremu w lodówce na noc! Zimna konsystencja sprawi iż opuchlizna zostanie jeszcze bardziej zredukowana, a my poczujemy niesamowitą ulgę i ukojenie!

Co myślicie? Tak czy nie? :)

© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig