Nauka zdrowego odżywiania i życia według zasady slow life oraz kurs olewania w kilka tygodni, czyli o popularnych książkach słów kilka.


Mam wrażenie, że obecnie czytanie znowu stało się modne. I nie przeszkadza mi nawet to, że często stoją za tym współprace czy popularne ostatnio zdjęcia z filiżanką kawy, bukietem tulipanów i koniecznie w towarzystwie skandynawskiego koca z grubej wełny. Liczy się fakt, że inicjatywa wydawnictw popycha nas do sięgania po książki częściej i chętniej, a to zawsze fajna sprawa. Dużo ciekawiej posłuchać o nowo przeczytanej powieści czy pouczającym poradniku niż drogich butach sąsiadki, na które pewnie ją nie stać. Oczywiście potwierdzam, że w kółko powielające się tytuły na Instagramowych zdjęciach mogą w końcu zacząć irytować, zwłaszcza gdy przedstawiane są ciągle w tym samym kontekście. Jednak pewnie nikt nie zaprzeczy iż potrafią też zasiać ziarno ciekawości i zachęcić do przeczytania polecanych pozycji. Co ciekawe odkryłam również, że często fotografowane książki lubiane są przez większość czytelników, a nie tylko grono tych obdarowanych. Specjalnie dla Was praktycznie jednym tchem przeczytałam kilka popularnych pozycji i dziś podzielę się swoją opinią na ich temat. Jeden poradnik mnie bardzo pozytywnie zaskoczył, drugi sporo nauczył, a trzeci nieco rozczarował. Domyślacie się już kto będzie na podium?

Jest zwycięzca! Wyniki rozdania z Soap&Glory!



Przyszedł czas na ogłoszenie wyników obrzydliwie różowego rozdania z Soap&Glory. Kolejny raz cieszę się z ogromnej ilości uczestników, ale też ze smutkiem muszę stwierdzić, że żałosne próby oszustwa potrafią rozczarować. Wypełnianie formularza po kilka razy i ignorowanie zasad nigdy nie są mile widziane. Za każdym razem bardzo dokładnie sprawdzam wszystkie zgłoszenia i możecie być pewne, że żadne oszustwo nie ujdzie mojej uwadze, a Wasze szanse na wygraną jedynie spadną, bo zostaniecie usunięci w trybie natychmiastowym. Po standardowej mowie pouczającej zapraszam do zapoznania się z zawartością walizki, która trafi w ręce zwycięzcy:

Nowości Rossmanna/ Marzec 2017



Regularność przedstawiania Wam nowości Rossmanna zdecydowanie zaczęła kuleć, sypać się i błagać o jakieś uporządkowanie lub chociaż zmianę w sposobie demonstrowania. A wszystko powinno odbywać się szybko, krótko i cyklicznie. Od dziś będę przybliżać Wam zawartość pudełka zanim wyrobię sobie konkretną opinię o każdym produkcie, bo rozgrzebanie wszystkich kosmetyków i roznoszenie ich po domu zdecydowanie utrudnia późniejszą spójną recenzje. Najbardziej interesujące Was nowości postaram się po czasie opisać osobno lub chociaż podzielić na kilka postów. Myślę, że ta metoda pomoże w zachowaniu ciągłości i dzięki niej pokażę  faktycznie najnowsze produkty, które jeszcze nie zostały obgadane oraz nie zdążyły wpisać się na listę spamu. Chętnie odpowiem na każde pytanie,  rozwieję wątpliwości i podpowiem jaki kosmetyk najbardziej się opłaca wybrać. Najpierw jednak sprawdźcie co znajduje się w marcowym pudełku Nowości Rossmanna.

Mgiełka utrwalająca makijaż bez alkoholu. Czy to może się udać?/ Vipera Utrwalacz Makijażu/ Cera tłusta trądzikowa


Dla posiadaczek cery trądzikowej makijaż często jest koniecznością i  skrupulatnie wykonują go każdego ranka starając się ukryć szpetne blizny lub nowe zmiany skórne.  Nawet kiedy nie mają na to ochoty lub czasu. Jeśli w pakiecie dostają również tłustą skórę to oprócz zakrycia wyprysków, muszą jeszcze starać się wykonać trwały oraz nieszkodzący cerze makijaż. Myślicie pewnie, że wydaje się to skomplikowane i faktycznie tak jest. Znalezienie odpowiedniej pielęgnacji, podkładu i pudry to wcale nie prosta sprawa. Przynajmniej dla mnie. Bazy pod makijaż przeważnie zapychają, a mgiełki utrwalające zawierają szkodliwy alkohol, który przy codziennym stosowaniu podrażnia cerę. Marka Vipera to dla mnie totalna nowość, a ich seria do skóry trądzikowej zdecydowanie zasługuję na lepsze poznanie. Moją uwagę najbardziej przykuła mgiełka dedykowana problematycznej cerze, która jest beztłuszczowa i co najważniejsze bezalkoholowa. Czy w takim razie może być skuteczna? 

Najlepszy drogeryjny peeling prosto z Korei za mniej niż 25 zł! / I Want Deep Peeling Gel


Znalezienie sposobu na ujarzmienie trądzikowej cery to jedne z największych wyzwań w moim życiu. Testowałam całą masę produktów, wydałam naprawdę sporo pieniędzy i godzinami studiowałam składy. Na szczęście wszystko to nie poszło na marne i dziś już wiem jak wygląda przepis na piękną cerę. By była gładka, pozbawiona wyprysków i zaskórników potrzeba jej trzech etapów pielęgnacji: oczyszczania, złuszczania i nawilżania. Wystarczy, że w jednym z nich popełniam błąd, a wszystko wali się jak domek z kart. Przez dobre kilka tygodni muszę cieszyć się obecnością nieprzyjaciela, który nigdy nie chce odejść bez śladu. Zawsze po sobie coś pozostawia, a wtedy żegnajcie lekkie i mało kryjące podkłady. Ostatnio opowiadałam Wam o piance do mycia twarzy, a dziś pragnę przejść do kolejnego etapu czyli złuszczania. Oprócz kwasów, które są podstawą mojej wieczornej pielęgnacji, co dwa dni sięgam jeszcze po peelingi. Wiecie już, że lubię Almond Scrub od Make Me Bio, ale pod moim prysznicem mieszka ktoś znacznie ważniejszy. Tylko kilkanaście zdań dzieli Was od poznania mojego koreańskiego ulubieńca, którego nie mogę już dłużej trzymać w tajemnicy. Dziś prawda wyjdzie na jaw, a ja na początek przedstawiam I Want Deep Peeling Gel (24 zł) , który znajdziecie wyłącznie w drogeriach Hebe.

#luxuryday/NARS Soft Matte Complete Concealer + jak czyścić kosmetyki NARS?


Z ręką na sercu przyznaję się, że moja największa słabość to kosmetyczne nowości. Właśnie one winne są złamanych obietnic, zbyt wczesnego porzucania odwyku i bezlitosnego męczenia konta w banku. Posiadam kilka korektorów, ale zawsze przyda się nowy, bo może być lepszy, trwalszy i ładniejszy. A już na pewno nie odmówiłabym czarnym, minimalistycznym opakowaniom jednej z moich ulubionych marek. Wystarczyło jedno spojrzenia na najnowszy korektor NARS Soft Matte Complete Concealer by dać mi pewność, że musi być mój. Nie czekałam na pierwsze recenzje, testy i werdykty. Brałam w ciemno i byłam niemal pewna, że się nie zawiodę. Myślę, że od kiedy tylko zamieszkał w mojej toaletce, ciężko mu znaleźć przyjaciół i cała reszta patrzy na niego mało przychylnym wzrokiem. Dziś opowiem Wam skąd się ta niechęć wzięła i czy udało mu się dorównać działaniem swojemu starszemu bratu- korektorowi NARS Radiant Creamy Concealer.  



Na temat słoiczków już się wypowiadałam. Coraz częściej mi przeszkadzają, a już najgorsza ich forma to rozmiar mini. Tak jak pisałam wyżej kocham czerń i minimalizm NARSa, ale korektor bez aplikatora jest jeszcze gorszy niż podkład bez pompki. Ciężko wydobyć go tak by zawartość nie znalazła się pod paznokciami co jest zarówno niehigieniczne jak i mało ekonomiczne. Oczywiście możemy użyć do tego mini gąbeczki, ale nie każdy ją posiada, a zabranie produktu w podróż zmusza nas do wzięcia mu towarzystwa na co oczywiście rzadko jest miejsce. Ten malutki, zgrabny pojemniczek wygląda naprawdę ślicznie i nie zajmuje sporej powierzchni, ale niestety nie jest praktyczny i utrudnia życie. Jeśli kiedykolwiek miałyście styczność z kosmetykami NARS to wiecie, że ta piękna, elegancka czerń prezentuje się nienagannie tylko przez pierwsze kilka użyć. Często wykorzystywane opakowania brudzą się tak mocno iż po czasie nie mogę ich już doczyścić. Straszyły mnie więc przy każdym użyciu i odbierały całą radość z wykonywania makijażu. Po prostu nie dało się do tego przyzwyczaić. Na szczęście udało mi się temu zaradzić. By pozbyć się śladów po podkładzie czy korektorze właśnie wystarczy użyć… gumki do ścierania. Kilka przetarć i opakowanie wygląda jak nowe! Genialne, a zarazem banalne :)


Przed czyszczeniem
Po czyszczeniu
Po omówieniu niezbyt przyjemnego wydobywania produktu skupię się na pozytywach. Producent obiecuje, że korektor perfekcyjne zaciera, tuszuje i wygładza niedoskonałości. Oczywiście zgadzam się. Jest naprawdę świetnie napigmentowany i wystarczy odrobina by idealnie zakrył wszystko, a już na pewno piegi, wypryski i cienie pod oczami. Obejdzie się bez dokładania kolejnych warstw i kombinowania z kamuflażem. Na reklamach widziałam iż produkt prezentowany jest właśnie by zamaskować przebarwienia czy niechciane wypryski, a ja chciałam aplikować go pod oczy. Była więc szansa, że się w tym nie sprawdzi i zaczęłam nawet wątpić w słuszność zakupu. Nieco uspokoiła mnie kolejna zachęta producenta czyli zapewnienie o lekkiej formule i naturalnym efekcie drugiej skóry. Musiałybyście zobaczyć mnie podczas pierwszej aplikacji, gdy z otwartą buzią podziwiałam efekt jaki osiągnęłam dzięki Soft Matte Concealer. Produkt idealnie ukrył zasinienia i worki pod oczami, a mimo to wydawał mi się lekki jak piórko. Ja go wcale nie czuję na skórze i szybko zapominam, że właśnie przed chwilą aplikowałam korektor! Bez wysuszania czy obciążania cery. Bez zbierania się w załamaniach i zmarszczkach. Bez ścierania i migracji po całej twarzy. Bez tego wszystkiego o co ciągle oskarżamy inne tego typu produkty.  Idealna trwałość, działanie i pigmentacja. Jednym słowem: hit!
Odcień: Light1: Chantilly
Te z Was, które posiadają Radiant Creamy Concealer pewnie zastanawiają się czy Soft Matte jest lepszy od starszego brata. Według mnie bezapelacyjnie. Jedyne czego może mu pozazdrościć to wygodniejsze opakowanie. Poza tym jest lżejszy oraz bardziej trwały. Od kiedy mam go na swojej toaletce żaden inny nie może się mu równać. Oczywiście dalej uważam, że Radiant Creamy Concealer jest świetny, ale jak widać są lepsi (choć trudno w to uwierzyć).

Nie wiem czy jest sens pisać podsumowanie i kilka końcowych zdań, bo przecież znacie już werdykt. Post aż krzyczy, że jestem zakochana w NARS Soft Matte Concealer i nie będę tego ukrywać. Mój numer jeden, odkrycie życia i święty Graal. Po prostu miłość :)



"Błyszczeć powinnaś Ty, a nie Twoja skóra"/ Make Me Bio Featherlight i Almond Scrub




Wielkimi krokami zbliża się do nas długo oczekiwana przeze mnie wiosna. Słońce, śpiew ptaków o poranku, zielona trawa, spacery po łące w idealnie zaplecionym wianku i ta niewyobrażalna siła, która wstępuje w nas gdy tylko wszystko zaczyna budzić się do życia. To właśnie wiosną mam ochotę wszystko zmienić, zacząć od nowa i zacisnąć więzi z otaczającym mnie światem. Porzucić mieszkanie w mieście, zbudować szałas i nigdy nie dopuszczać do niego człowieka, który potrafi zainstalować Internet. Chciałabym wtedy być bliżej natury, odżywiać się zdrowo, wstawać wraz ze wschodem Słońca, a moje stylizacje dopełniać powinny jedynie płócienne torby. Zero konsumpcjonizmu jedynie slow life, pielęgnowanie weny i wolność. Na szczęście co roku jest to jedynie natchnienie, mała myśl i plan, który raczej nigdy nie zostanie zrealizowany. Uważam za bardzo mało prawdopodobne iż kiedykolwiek będę miała warunki lub odwagę by tak egzystować. Swego czasu zastanawiałam się również nad wprowadzeniem u siebie jedynie naturalnej pielęgnacji, ale dziś wiem iż moja skóra i włosy raczej by mi za to nie podziękowały. Nie oznacza to jednak, że jest mi obca i myślę, że nawet ostatnio rozczarowuje mnie znacznie rzadziej. Staram się jednak dobierać tego typu kosmetyki idealnie pod wymagania skóry, bo nie każdy olejek idealnie współgra z trądzikową cerą, a niektóre ekstrakty potrafią nieźle uczulić. Krem Make Me Bio Featherlight (ok. 69 zł) i peeling Almond Scrub (ok. 32 zł) nie sprawiły, że zaczęłam żyć w zgodzie z naturą, ale czy mogłyby być do tego świetnym wstępem?

Czy będę bić pianę?/ Ava Łagodząca Pianka Oczyszczająca z aloesem i witaminą B3.




Gęsta, mięciutka i delikatna piana może przywodzić różne skojarzenia. Mi chociażby od razu przed oczami staje piękna bogini miłości Afrodyta, która ponoć została z niej narodzona. Myśląc bardziej przyziemnie wspomniałabym o relaksie, wannie z ciepłą wodą i chwili tylko dla siebie. Na szarym końcu, gdzieś pomiędzy maszyną do pisania, a walkmanem znalazłaby się pianka do mycia twarzy. Nie pamiętałam o niej latami i przez chwilę nawet miałam wrażenie, że w tej kategorii nigdy nie znajdę produktu odpowiedniego dla siebie. Te, które pamiętam z dawnych lat niemożliwie wysuszały skórę i bezlitośnie ją podrażniały. Dopiero bardzo ciekawa marka Ava, która kusiła aloesem wysoko w składzie, była w stanie mnie przekonać do ponownego wprowadzenia pianki na salony. Produkt, o którym dziś opowiem pochodzi z nieznanej mi serii #young. Ta drobna sugestia raczej mi nie przeszkadza, chociaż dziwię się, że producenci znanych marek zapominają iż w dzisiejszych czasach trądzik dotyczy też dorosłych. Nie czuję się jednak dotknięta i zniechęcić się nie dałam dzięki czemu dziś możecie dowiedzieć się jak oceniam Łagodzącą piankę oczyszczającą z aloesem i witaminą B3 (ok. 24zł).

Rozdanie z Soap&Glory! Wygraj walizkę kosmetyków wartą 300 zł!



Obiecałam wyjątkowe rozdanie i oto jestem! Marka Soap & Glory od dawna ma specjalne miejsce w moim sercu. Wiem, że składy ich kosmetyków nie są najlepsze pod Słońcem mimo wysokich cen, ale kto oparłby się tym różowym, słodkim opakowaniom w stylu retro? No i jeszcze te wyjątkowe zapachy... Dziś postanowiłam dać komuś szansę na zdobycie nie jednego, a całej walizki kosmetyków tej marki (10 sztuk)! A wszystko to warte aż 300 zł! Zanim jednak podam regulamin dokładnie opowiem co jest do wygrania: 

Na czym bazuję?/ NYX Pore Filler, Clarins Beauty Flash Balm, MAC Skin Base Visage, Algenist Pore Control Primer.



Każdy malarz wie, że obraz najlepiej wygląda na ładnym, nieskazitelnym płótnie. Bazy pod makijaż stały się dla mnie właśnie takim wstępem odgrywanym zanim sięgnę po pędzel. Wymagać można od nich wiele i tak na przykład ja sama pragnę by utrzymywały makijaż w idealnym stanie przez długie godziny, ułatwiały aplikację podkładu i nieco podnosiły jego atrakcyjność oraz niwelowały widoczność porów. Chociaż bardzo bym chciała to nie sięgam po nie każdego dnia, bo niestety większość by dać mi to czego pragnę, wypełniona jest substancjami, które z moją cerą zwyczajnie się nie dogadują. Poszukując bazy idealnej do codziennego stosowania powoli skłaniam się by spróbować czegoś z naturalnymi komponentami, ale zanim rozpocznę kolejne testy pokażę Wam co dotychczas maglowałam. Przygotujcie się więc na spotkanie z takimi markami jak MAC, Clarins, NYX i Algenist. Każda z nich dała swoje propozycje, a ja zadbam o to byście dowiedziały się wszystkiego czego potrzebujecie. Startujemy :)

Wyniki Rozdania z paletką Too Faced! Jest zwycięzca!



Kochane nie bijcie, wybaczcie i darujcie. Wiem, że wieki czekałyście na wyniki rozdania i z ręką na sercu obiecuję, że to ostatni raz i więcej nie mam zamiaru tego powtarzać. Nigdy wcześniej nie miałam tyle zgłoszeń, a do tego mnóstwo z nich niestety nie było zgodne z regulaminem. Nie trzeba zakładać bloga by mieć szansę na obserwowanie mojej strony i to, że go nie posiadacie nie zwalnia Was z tego warunku. Spora część osób jednak szukała mnóstwa wymówek by ominąć regulamin i dostać nagrodę pomimo ignorowania go. Zawsze moje czytelniczki traktuję z szacunkiem i doceniam to, że udostępniłyście post kilka razy na Instagramie, ale nie mogę w zamian za to pozwalać na ignorowanie zasad. To by było nie fair w stosunku do reszty. I nie możecie się ze mną w tym temacie nie zgodzić.

Szybko kończę te informacje początkowe, bo i tak za długo już czekacie. A oto co zgarnia dziś zwycięzca: 




Najważniejsza premiera w historii pielęgnacji i kosmetyki za grosze! The Ordinary Niacinamide 10% + Zinc 1% i Hyaluronic Acid 2% + B5.



Chwalą blogerki i jutuberki. Gwiazdy i wizażyści. Mało sławni oraz niezwykle popularni. Wspaniałe działanie, proste składy i uczciwość,  a to wszystko za grosze. Myśleliście, że właśnie opisuję produkty z moich snów? Te które widzę położywszy głowę na śnieżnobiałą, miękką poduszkę późnym wieczorem po odprężającej kąpieli? Najlepsze w całym tym wydawałoby się utopijnym wstępie jest to, że wspominam o kosmetykach, które istnieją i dostępne są do kupienia nawet dziś.  Produkty The Ordinary nigdy nie walały się zapomniane gdzieś po mało znanych blogach. Spadły na nas jak grom z jasnego nieba pokazując się od razu w rękach lubianych wizażystów i wzdycha do nich nie jeden guru z kolorowego świata makijażu. Wszędzie gdzie spojrzę widzę falę zachwytów i tyle komplementów, że żadna kosmetykoholiczka nie spocznie póki te produkty nie znajdą się pod jej dachem. Sama skusiłam się na razie na dwie niepozorne buteleczki i wciąż zastanawiam się nad kolejnymi. Czy to oznacza, że powielę nikogo nie dziwiące już zachwyty?

Odsyłam toniki do lamusa!/ Mokosh Hydrolat malina z aloesem.


Gdybym miała wymienić kosmetyki, które mają najkrótszy staż pod moim łazienkowym lusterkiem, to pewnie tonik znalazłby się na jednym z pierwszych miejsc. Zaraz po kremie pod oczy. Często zastanawiałam się po co one ludziom do szczęścia i czy faktycznie są niezbędne w mojej pielęgnacji? Przyszedł jednak kiedyś taki dzień, w którym i ja zdecydowałam się upchnąć tonik gdzieś pomiędzy żel do mycia twarzy, a serum. Szybko jednak zrozumiałam iż te przeznaczone do problematycznej cery bardzo często mają w swoim składzie alkohol, który zdecydowanie nie dogaduje się z moją cerą. Mimo wszystko ciągle nienasycona kosmetyczna ciekawość pchała mnie do poszukiwania czegoś delikatnego, naturalnego, nawilżającego i co najważniejsze bez żadnego wysuszania i podrażniania. Aplikując nawet najłagodniejsze żeli czy pianki do mycia twarzy, zaraz po ich użyciu wypadałoby uzupełnić to co zmyliśmy wraz z makijażem i nadmiarem sebum. Tonik powinien, a nawet musi wypełniony być po brzegi składnikami nawilżającymi oraz kojącymi, a już medal mu się należy jak jeszcze da radę pomieścić antyoksydanty. Wystarczy znaleźć idealny tego typu produktu, a na pewno nigdy więcej nie pominiecie tak ważnego kroku w swojej pielęgnacji. Hydrolat malinowy marki Mokosh tonikiem nie jest, ale czy może go zastąpić?


Nowości Rossmanna/Garnier, Biały Jeleń, Rimmel, Barwa Siarkowa, L'oreal, Sally Hansen.





Po długiej przerwie wracam z nowościami Rossmanna. Ostatnio dopisuje mi niezwykłe szczęście w wyborze zestawów i rzadko trafiam na produkty, które  by mnie zawiodły. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego jak marki się rozwijają, podążają za modą i co najważniejsze starają się spełniać potrzeby swoich klientów. Kosmetyki, które kiedyś pozostawały tylko w sferze marzeń, dziś są dostępne od ręki i za niewielką cenę. Bez względu na to jaką mamy cerę i potrzeby pielęgnacyjne. Moja wizyta w Rossmannie zawsze kończy się przynajmniej godzinnym dreptaniem, czytaniem składów i oglądaniem kosmetyków, które normalnie nie są dla mnie łatwo dostępne. Przeważnie interesują mnie produkty polecane przez Was, a wśród nich takie marki jak: Bielenda, Isana, Tołpa, Tami czy Nacomi. Nigdy nie wychodzę z pustym koszykiem :) Dziś też przygotowałam dla Was listę fajnych nowości i mam nadzieję, że po zapoznaniu się z nią również nie wyjdziecie z drogerii z pustymi rękoma. A co więcej wyniesiecie z niej produkt, który bardzo polubicie. 



#luxuryday Hourglass Veil Mineral Primer





Ulotki na bazach pod makijaż potrafią obiecać wiele. Wygładzenie zmarszczek, zmniejszenie widoczności porów, rozświetlenie czy efekt matowej cery przez cały dzień. Są jak złota rybka, która spełnia marzenia, chociaż czasem ponoć mogą sprostać więcej niż trzem życzeniom. Od lat na straży trwałości mojego makijażu stał podkład. To on miał być tym najważniejszym fundamentem, bez którego nie byłoby o niej mowy. Bazy na mojej toaletce goszczą od niedawna, gdy zakochana w rozświetlonym makijażu postanowiłam zerwać z matem. Szukając wymarzonego efektu porwałam się na azjatyckie kremy BB, które według mnie najlepiej potrafią odtworzyć ten look. Niestety ładnie w nim prezentują się tylko policzki, bo błyszcząca strefa T wygląda po prostu nieestetycznie. Wtedy to postanowiłam odnaleźć bazę, która zajęłaby się tylko tym miejscem na twarzy, ale przy okazji nie wpłynęłaby negatywnie na stan problematycznej cery. Sama nazwa Hourglass sprawia iż zadzieramy głowę w górę i szukamy jej na górnych półkach. Kojarzy mi się z luksusem i dbaniem o każdy najdrobniejszy szczegół. Nie wahałam się ani chwili, gdy zachwycone blogerki w kółko powtarzały, że ich baza Veil Mineral Primer jest najlepszym tego typu produktem do cery tłustej. Dodatkowo skusił mnie fakt iż jest to kosmetyk mineralny, więc nie podejrzewałam go o żadne szkodliwe dla mojej cery składniki. Czy droga baza gwarantuje nam skuteczność i satysfakcję?

Moje pierwsze spotkanie z pudrem ryżowym. Wibo Rice Powder Total Matt Effect






Od lat rozkochana w podkładach, które wśród całej kolorówki zajmują pierwsze miejsce w moim sercu, po macoszemu traktowałam pudry. A przecież stawiają kropkę nad i, również ponosząc odpowiedzialność za trwałość makijażu. Obdarzona tłustą, szybko błyszczącą się cerą, od lat sięgam po pudry matujące, ale rzadko zwracałam uwagę na umieszczoną z tyłu opakowania etykietę oraz skład. Nigdy nie podejrzewałam ich o pogorszenie stanu cery, chociaż wiedziałam iż nie wszystkie mają na nią zbawienny wpływ. Oczywiście pewnie nie zaskoczę Was pisząc, że korzenie pudru ryżowego sięgają Azji, bo właśnie tam był najczęściej stosowany do makijażu oraz oczyszczania cery. Świetnie absorbuje on sebum i zapobiega błyszczeniu się skóry. O tego typu kosmetykach słyszałam już dawno, jednak ich sypka forma nie do końca mi odpowiada. Zawsze kojarzą mi się z wystrojoną gejszą, która przed wyjściem obficie pudruje twarz, puszczając w powietrze kłęby białego proszku. Produkty prasowane znacznie łatwiej się przechowuje oraz aplikuje, bo mam przynajmniej pewność, że moja niezdarna osoba nie obdzieli nimi ubrań, a już usuwanie białego pyłu z czarnej toaletki to prawdziwy koszmar. Rice powder Total Matt Effect jest nowością marki Wibo, na którą czeka sporo z Was, dlatego dziś dowiecie się ode mnie nieco więcej na jego temat. Myślicie, że zmieni moje podejście do sypkiej formy pudrów? Odpowiedź znajdziecie poniżej :)

Klairs Gentle Black Deep Cleansing Oil i Foamers kostka węgiel bambusowy, czyli z wizytą w najlepszym koreańskim markecie.






Trendy w branży urodowej zmieniają się praktycznie co sezon. Przeważnie są to jedynie lekko odkurzone i nieco unowocześnienie pomysły z poprzednich epok. Mam jednak wrażenie, że “moda” na koreańską pielęgnację wcale nie słabnie, a wręcz przeciwnie- interesuje się nią coraz większa liczba osób. Jestem ogromnie ciekawa co Was w niej urzeka? Może skutecznym wabikiem jest piękna, nieskazitelna i zdawałoby się, że wiecznie młoda skóra Koreanek? Mnie na pewno przyciągają oryginalne opakowania i niebanalne składy. Co najważniejsze, czasami po użyciu niektórych koreańskich kosmetyków, aż ma się ochotę zakląć z aprobatą pod nosem i stwierdzić: to naprawdę działa! Nie mogę jednak przyrzekać, że ufam bezgranicznie każdemu produktowi pochodzącemu ze wschodu. Moja bardzo wymagająca cera zmusza mnie do analizowania każdego składu i skrupulatnego obserwowania cery po użyciu tego typu produktów. Niczym Sherlock studiuję wszystkie substancje i sprawdzam czy, aby na pewno nie zrobią mi krzywdy. W azjatyckiej pielęgnacji razi mnie ogromna ilość alkoholu i parafiny, które upychane są w masie kosmetyków. Nawet tych, które dedykowane są skórze trądzikowej. Mimo wszystko ich produkty potrafią działać u mnie cuda i często nie kosztują więcej niż nasze drogeryjne kosmetyki, które w większości mają jeszcze gorsze składy. Znudzona wciąż tymi samymi markami uwielbiam zagłębiać się w azjatyckie trendy i produkty, które są tak różnorodne i barwne, że przeglądając je można utknąć na długie godziny, gdy kawa już ostygnie, a nasz żołądek zacznie domagać się zainteresowania. Jeśli mnie czytacie to pewnie już wiecie, że nie zawsze nasza przygoda kończyła się happy endem. Jednak po małym detoksie postanowiłam dać im jeszcze jedną szansę. Z pomocą przyszedł mi sklep Rare Beauty Market i przyznam, że nie musiał mnie wcale długo namawiać na współpracę. Czy dziś mam im za co dziękować?


Jak przygotować się na wielkie wyjście? Plan pielęgnacji cery: kosmetyki drogie i ich zamienniki.




Ciężko żyje się w świecie, w którym tak wielu ludzi pragnie być głównie piękna, zgrabna i wysportowana. Każdego dnia telewizja oraz bilbordy pokazują nam idealne kobiety z porcelanową cerą i kształtnymi ustami, a najnowsze poradniki uczą jak schudnąć w tydzień, dorabiając się przy tym bujnej czupryny. Stosunkowo nowe słowo selfie zna już prawie każdy i nie ma wydarzenia na którym by go zabrakło. Drogeryjne półki  coraz częściej oferują nam podkłady czy inne kosmetyki kolorowe, których zadaniem jest sprawić byśmy prezentowały się na zdjęciach iście filmowo. Nic dziwnego więc, że zawsze przed wielkim wydarzeniem staramy się bardziej dbać o cerę, ciało i włosy. Osobiście nie jestem zwolenniczką obsesyjnej pielęgnacji na raty, bo uważam, że tylko systematyczność okraszona odpowiednimi dla naszej cery kosmetykami stoi za zdrową i zadbaną cerą. Zdaję sobie jednak sprawę, że dzisiejszy świat pędzi szybko, nie zatrzymuje się ani na minutę i chociaż bardzo bym chciała, to nie każda kobieta ma ochotę i czas na skrupulatne wklepywanie w swoją cerę kilku zbawiennych produktów. Szczególnie przed snem czy zanim wyjdzie do pracy. Dziś więc przygotowałam krótki poradnik jak troszkę podreperować skórę twarzy przed wielkim wyjściem by zawsze być gotowym na idealne selfie :) Specjalnie dla Was znalazłam też kilka zamienników dla mojego niezbędnika, w większości wyposażonego kosmetykami z wyższej półki. Będzie ciekawie!

Silikonowy aplikator SiliSponge. Czy będzie następcą Beauty Blendera?



Wszystkim znane blogerki czy youtuberki już jakiś czas temu wylądowały na celowniku marek, które próbują wykorzystać ich popularność do wypromowania swojego produktu. Niestety był to początek końca ery zawsze “czystej“ i obiektywnej oceny. Mam nawet wrażenie iż wspominanie o tym, że otrzymanie produktu w ramach współpracy nie jest jednoznaczne z pozytywną opinią, po prostu nie ma już sensu. Na pewno przez te wszystkie lata znacznie straciłyśmy na autentyczności, a na każdy opis produktu z barteru czytelnicy patrzą podejrzliwie i z niemałą rezerwą. Nawet wtedy, gdy jesteśmy czyste jak łzy. Są jednak “gwiazdy”, które potrafią sprzedać dosłownie wszystko. Wystarczy odpowiednia kwota i promocja, a zgodzą się powiedzieć co tylko producent zechce. Sama też łapię się na tym, że kupuję dany kosmetyk, bo poleca go znane guru kosmetyczne i jestem pewna, że nie może się mylić. Nie raz i nie dwa pewny hit okazał się w najlepszym przypadku  zwykłym śmiertelnikiem, który niestety cudów nie działał, mimo iż nam obiecywano. Kiedy tylko zobaczyłam w Internecie filmiki najnowszego “cud produktu” jakim nazywa się SiliSponge, byłam pewna, że to nie może się udać. Obietnice faktycznie kusiły do zakupu, ale prezentacja pozostawiała wiele do życzenia. Nie udało mi się jednak pokonać mojej ciekawskiej natury i postanowiłam na własnej skórze spróbować czy faktycznie “Beauty Blender został właśnie zdetronizowany”. Myślicie, że odszedł do lamusa?

Rozdanie z Land of Vanity! Too Faced Sweet Peach Eye Shadow Palette!




Ten dzień musiał w końcu nadejść :) Wieki nie było tu rozdania i czas w końcu wynagrodzić Wam czekanie na mnie :) Rozejrzałam się troszkę i chyba dobrze zauważyłam, że paletki marki Too Faced ostatnio przyśpieszają bicie serca. Wybrałam więc dla Was taką, którą sama bym chętnie przygarnęła. I chociaż opakowanie to nie moja bajka, cała reszta wygląda naprawdę zachęcająco. Mam nadzieję, że nagroda się spodoba i znajdą się chętne do jej odebrania :)


© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig