Nowości w pielęgnacji: oczyszczające płatki na nos, olejek do demakijażu, płyn do skóry trądzikowej oraz Tołpa.


Czy ja już pisałam, że staram się ograniczyć nabywanie kosmetyków? Cieszę się, że wychodzi mi to tak dobrze, ale w kolejce czeka jeszcze kilka produktów, które zostały kupione na kiedyś (czyli wieczne nigdy) i na szczęście moje nowe postanowienie zmusza mnie do ich zużycia. Tak jak wspominałam wcześniej nie zawsze mam czas opisywać nowości w mojej pielęgnacji dlatego dziś znowu przychodzę z mini recenzjami, które pomogą Wam poznać kilka zdaje mi się jeszcze mało znanych mazideł. Akurat tak się złożyło, że wszystkie kosztują naprawdę niewiele i cieszę się iż (w razie co) nie będę musiała dziś nikogo kusić produktami, które mogą nadszarpnąć budżet lub zezłościć mało kochającego kosmetyki partnera. Trochę miałam tego opisywania dlatego nie będę nic więcej dodawać do wstępu tylko po to by wydał się dłuższy i ładniej wyglądał w układzie bloga :) Zapraszam na post!

Nowości Rossmanna Październik 2017/ Egzotyczny duet Garniera, cudowny rozświetlacz w płynie, chusteczka złuszczająca i podkład prawie idealny...


Dopiero nowości Rossmanna? Niestety tak, bo w październiku mieliśmy małą rewolucję. Wiadomości z nowymi zestawami do wyboru dostaliśmy o tydzień później niż zazwyczaj i do tego w zupełnie innej godzinie. Ja akurat zaczęłam pracę, a kiedy z niej wyszłam zostały tylko dwa podobne pudełka różniące się jednym produktem oraz jedno wypełnione kosmetykami dla mężczyzn. Sama pewnie nigdy nie zdecydowałabym się na żadną z oferowanych nowości, ale wierzyłam iż może mi to nawet wyjść na dobre. Ostatnio przypadkowo wybrane produkty sprawdzają się u mnie najlepiej więc miałam nadzieję, że i tym razem znajdę w zestawie coś godnego uwagi. Bardzo duże nadzieje pokładałam również w podkładach, które do mnie przysłano, bo przecież całe życie szukam ideału i wciąż liczę na to, że ten następny będzie ostatnim oraz jedynym. Z tego co wiem są już dostępne w Rossmannie i możliwe, że niektórzy z Was mieli z nimi styczność, ale dla mnie są zupełną nowością. Oprócz kosmetyków otrzymałam również pastę do zębów marki Colgate, patyczki zapachowe Domol i batonik proteinowy Bakalland. Jestem ciekawa czy wpadnie Wam coś w oko. Dacie znać prawda? :)

Tego jeszcze nie było! Premiera na blogu, tatuaże na skórkach i Vasco nie da Gama/ Vasco Gel Polish Princess 050, King of Gray 060, Navy Blue 036 i Beautiful Red 092.


Wiem, że ciężko będzie w to uwierzyć, ale mimo iż blog istnieje już tak długo wciąż jeszcze znajdą się rodzaje kosmetyków, o których nigdy nie pisałam. Z tego co pamiętam tylko raz wspominałam tutaj o lakierze do paznokci, bo po prostu nie miałam tak dużego doświadczenia w tym temacie oraz asortymentu by się doskonalić więc nie mogłam napisać posta, który by wniósł coś nowego i ciekawego. Podobnie z resztą było, gdy wzięłam się za lakiery hybrydowe, bo po wybraniu nieodpowiedniej marki okazało się, że trzymają się one u mnie praktycznie tyle samo co te tradycyjne więc szybko zrezygnowałam z ich wykonywania. Oj jednak przyznam, że zazdrościłam koleżankom dłoni z paznokciami w odcieniach pasujących do obecnie panującej pory roku lub ozdobione wzorkami, których wykonanie nie mieściło mi się w głowie. Nie zastanawiałam się więc długo gdy pierwszy raz zaproponowano mi przetestowanie lakierów hybrydowych, bo wiedziałam, że oferta ta może sporo namieszać w moim podejściu do dbania o płytkę paznokcia. Marka Vasco Gel Polish pewnie nie jest już dla Was nowością, choć dopiero od niedawna zaczęła regularnie przewijać się na blogach. Cieszę się również, że zostałam obdarowana odcieniami, których sama bym nie wybrała, bo miałam okazję sprawdzić czy faktycznie są tak straszne jak myślałam. Już teraz muszę Wam napisać, że współpraca ta przyniosła zaskakujące zakończenie, ale na głębsze wtajemniczenie będziecie musieli poczekać. Najpierw przedstawię co zawiera moje piękne, welurowe pudełeczko pełne produktów marki Vasco Gel Polish. Zapraszam!

Foreo Luna 2 w pytaniach i odpowiedziach. Ponowne rozczarowanie czy tym razem zachwyt?


Oczyszczanie to jeden z najważniejszych kroków w mojej pielęgnacji i gdybym tylko zaczęła wykonywać je niepoprawnie cera od razu dałaby mi o tym znać. Już dwa lata temu wspominałam Wam o myjce do twarzy zwanej Foreo (o tutaj), w której pokładałam duże nadzieje i oczekiwałam, że usprawni tę czynność oraz odmieni mój wieczorny oraz poranny rytuał na zawsze. Wtedy nie miałam żadnych zarzutów co do działania urządzenia, jednak znalazłam w nim kilka wydawałoby się niuansów, które jednak zniechęciły mnie do sięgania po Foreo i wręcz uznałam, że niepotrzebnie wydałam na nie swoje pieniądze. Od tamtej pory przestałam się nią interesować i ominęła mnie wieść, że została wydana druga wersja myjki z pewnymi ulepszeniami, na które wpłynęły opinie oraz uwagi klientów. Marka więc chcąc załagodzić moje rozczarowanie postanowiła sprezentować mi najnowszą, standardową wersję Luny wraz z jej młodszą siostrą czyli Foreo Luna Play. Byłam ogromnie ciekawa jaką tym razem wystawię jej opinię, a co najważniejsze czy uzależni mnie od siebie i w końcu będę sięgać po nią każdego dnia z wielką przyjemnością. Minęły prawie dwa miesiące od kiedy zaczęłam testy obu urządzeń i w końcu czuję się gotowa szczerze o nich porozmawiać. Myślę, że post w formie pytań i odpowiedzi najlepiej sprawdza się przy recenzji tego typu gadżetów, bo mam wrażenie iż są wtedy opisane bardziej dokładnie, a co za tym idzie lepiej pomagają dokonać decyzji o zakupie. 

"Brudzące" serum Bielendy czyli Carbo Detox Serum węglowe. Hit dla skóry tłustej i trądzikowej?


Każda cera ma swoje ulubione składniki, które pomagają jej wyglądać nieskazitelnie oraz zdrowo. Moja uwielbia kwas salicylowy i hialuronowy, aloes czy witaminę C. Ostatnio jednak dzięki najnowszej serii Bielendy Carbo Detox do łask wrócił węgiel, który również jest świetnym kompanem skóry trądzikowej. Działa antybakteryjnie, oczyszcza, rozjaśnia, koi, złuszcza oraz pomaga pozbyć się zaskórników. Jak widać listę zasług ma sporą, a wszystko to bez skutków ubocznych w postaci suchych skórek, podrażnienia czy naruszania bariery ochronnej cery. Na wprowadzenie tego składnika do mojej pielęgnacji miało wpływ pudełko Rossmanna, które przyniosło najnowszy produkt Bielendy z wyżej wspomnianej serii czyli Serum węglowe (27,99zł) na dzień i na noc. Gdyby nie fakt, że inne produkty z tej samej rodziny widziałam setki razy aż do znudzenia to może czułabym jakąś ekscytację przed jego użyciem, a tak jakoś nie wierzyłam, że może mnie pozytywnie zaskoczyć. Dziś w końcu opowiem Wam czy kosmetyk ten wart jest zakupu no i kto wie, może nawet będę musiała przyznać, że źle go oceniłam? 


Brak kartonika trochę mnie zaskoczył, bo z tego co pamiętam kosmetyki Bielendy przeważnie w nim mieszkają. Często jednak otrzymujemy produkt w formie testowej więc dajcie znać czy finalnie doczekał się on swojego mieszkanka. Jednak dosyć ciekawie prezentuje się ta szklana buteleczka pełna czarnych kuleczek. Pod małą nakrętką kryje się pompka, którą również można zablokować poprzez przekręcenie. Jest wygodna w użyciu, dozuje optymalną ilość produktu i działa bez zarzutu. Wystarczy lekkie jej dociśnięcie i już moim oczom ukazuje się czarna, żelowa konsystencja o słodkim, melonowym zapachu. Niestety przy aplikacji serum pozostawia czarne smugi, które marzą się i są mocno widoczne na skórze. Potrzeba naprawdę dobrze je wmasować by zniknęły bez śladu. Początkowo trochę ciężko przywyknąć do twarzy w barwach wojennych, ale po czasie koloryzujący produkt pielęgnacyjny już nie robi takiego wrażenia i zupełnie zapomina się, że jest w tym coś niecodziennego. Poza tym serum wchłania się dosłownie w kilkanaście sekund nie pozostawiając po sobie tłustej i lepkiej warstwy. 




No dobrze w końcu przyszedł czas bym przyznała się do całkowicie błędnego ocenienia serum węglowego. Praktycznie wcale nie wierzyłam, że się u mnie sprawdzi, a już na pewno przez myśl mi nie przeszło, że aż tak się polubimy. Bo się polubiliśmy! Byłam pod ogromnym wrażeniem jak dobrze moja cera się z nim dogadała. Chcąc sprawdzić działanie produktu solo czyli bez dodatkowej pomocy w nawilżaniu, aplikowałam go na skórę jedynie uprzednio potraktowaną hydrolatem. Rano budziłam się z super gładką, miękką i ukojoną cerą. Dodatkowo mniejsze wypryski praktycznie zniknęły, a wszystko to bez wysuszenia oraz podrażnienia. Pory rzeczywiście miałam fajnie oczyszczone i łatwiej było je zatuszować, a skóra była optymalnie nawilżona. Nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń do tego produktu (brudzenie już mi nie przeszkadza) i obecnie jest to jedno z lepszych serum do cery tłustej-trądzikowej jakie miałam okazję stosować. Nie aplikowałam go tylko pod makijaż, bo ostatnio wolę do tego stosować mieszankę kwasu hialuronowego oraz olejku, ale na noc sprawdza się u mnie wspaniale. Ciężko mi powiedzieć czy zauważyłam zmniejszenie wydzielania sebum, bo chociaż obecnie jest trochę lepiej, to używam zbyt wiele kosmetyków by akurat temu przypisywać wszystkie zasługi. Oczywiście nie spodziewajcie się po nim naturalnego składu, ale dosyć wysoko znajdziecie trehalozę (działa nawilżająco), a gwiazda wieczoru czyli węgiel to ósme miejsce na liście. Poza tym cieszę się, że ma w sobie również Niacynamide, bo substancja ta świetnie dogaduje się z moją cerą oraz cudownie na nią wpływa. 


Skład: Aqua (Water), Glycerin, Trehalose, Cyclopentasiloxane, Dimethicone/ Vinyl Dimethicone Crosspolymer, Panthenol, Biosaccharide Gum-4, Charcoal Powder, Niacinamide, Tocopheryl Acetate, Sodium Ascorbyl Phosphate, Pyridoxine Hcl, Calcium Pantothenate, Propylene Glycol, Mica, Calcium Alginate, Hydroxyethylcellulose, Xanthan Gum, Carbomer, 1,2-Hexanediol, Sodium Starch Octenylsuccinate, Silica, Agar, Maltodextrin, Deceth-7, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, PPG-26-Buteth-26, Potassium Hydroxide, Ethylhexylglycerin, Phenoxyethanol, DMDM Hydantoin, Parfum (Fragrance), CI 77981.





Będę więc polecać to serum węglowe, bo spisało się u mnie naprawdę bardzo fajnie i jestem pewna, że zużyję je do ostatniej kropli. Nie wspominałam jeszcze (ale chyba nawet nie muszę), że nie spowodowało ono u mnie wysypu niedoskonałości czy podskórnych gul. Myślę, że będę musiała rozejrzeć się za  innymi, dostępnymi na rynku produktami, w których główną rolę gra węgiel, bo coś czuję, że mogą sporo zmienić w mojej pielęgnacji. Wy koniecznie dajcie znać co sądzicie o innych kosmetykach z serii Carbo Detox i czy również udało Wam się znaleźć wśród nich perełkę :)



Labiola.pl? Naturalnie, że tak!/ Bioline olej Monoi i hydrolat z róży damasceńskiej oraz Make Ma Bio Krem Receptura 171.



Popularność naturalnych kosmetyków nie spada i bardzo często spotykam kobiety, które tylko im bezgranicznie ufają. Wierzą, że rośliny mają wielką moc więc chcą by wyłącznie one dbały o nawilżenie ich skóry, blask włosów oraz rozświetlenie cery. Starają się jeść zdrowo, żyć wolniej, stresować mniej i za każdym razem upewniają się by produkty po które sięgają nie były testowane na zwierzętach. I ja wiele razy myślałam by przejść na zieloną stronę mocy, ale przez moją kapryśną cerę zwłaszcza jeśli mowa o makijażu bardzo ciężko jest mi znaleźć kosmetyki w tej kategorii, które mogłabym nad wyraz polubić. Mimo wszystko zawsze chętniej sięgam po produkty z bardziej naturalnym składem i nie wykluczam, że kiedyś tylko nimi będę się otaczać. Nie mogę jednak dłużej czekać i muszę Wam pokazać jeden z najpiękniejszych oraz najlepiej dopracowanych sklepów, którego internetowe półki uginają się od naturalnych mazideł, psikadeł, suplementów diety, superfood oraz ekologicznych środków przeznaczonych do dbania o dom oraz mieszkanie. Co więcej przemiłe dziewczyny: Magda i Monika oprócz tej masy dobroci, oferują również bloga pełnego ciekawych informacji na temat zdrowego stylu życia oraz wszystkiego co się wokół niego kręci. Ja dziś mam przyjemność pokazać Wam tylko kawałek świata Labiola.pl i chętnie opowiem jak oceniam trzy produkty do pielęgnacji skóry oraz włosów, które dostałam do recenzji i chyba nawet zbyt długo czekały na swoje pięć minut. Będzie się działo!

Ale to już było?/ Eveline Liquid Control HD/ Podkład do twarzy Light Beige 010


Jeśli jesteście szczęśliwymi (przeklętymi!) posiadaczkami cery tłustej, a na domiar złego trądzikowej to pewnie wiecie już, że znalezienie odpowiedniego dla niej podkładu może stanowić nie lada problem. Obecnie wielu producentów chwali się wielofunkcyjnymi kosmetykami, ale wyprodukowanie takiego, który będzie trzymał mat (ale nie za mocny), nie zapcha porów, da optymalne krycie oraz nie zetrze się w ciągu dnia to prawie jak misja niemożliwa. Takie mam właśnie wrażenie testując od lat przeróżne formuły i marki, a w ostateczności do dziś nie odnalazłam produktu, który dałby sobie radę z wszystkimi, wyżej wymienionymi problemami. Chwalone przez większość podkłady sprawdzają się w mniejszym lub większym stopniu, ale żaden nie jest w stanie zagrzać sobie u mnie miejsca na dłużej, tak bym z przyjemnością sięgała po niego każdego dnia. Pewnie większość z Was słyszała już o słynnym produkcie Catrice czyli HD Liquid Coverage Foundation, który chyba spokojnie mogę nazwać jednym z najbardziej znanych podkładów w Polsce. Gdy tylko wszedł na rynek znikał w zaskakującym tempie i aż dziwne, że obyło się bez zapisów. Ja skusiłam się na niego kiedy szał już ucichł, ale niestety okazał się jednym z najgorszych tego typu produktów jakie miałam okazję testować. Okropne odcienie, dusząca cerę konsystencja, niska trwałość i efekt maski, który straszył za każdym razem gdy spojrzałam w lusterko. Marka Eveline pewnie skuszona sławą wyżej wspomnianego podkładu postanowiła wyprodukować kosmetyk na jego podobieństwo (Eveline Liquid Control HD) tak by budził ciekawość i sensacje, a co za tym idzie wysoką sprzedaż oraz popularność. Po porównaniu wyglądu opakowań oraz składów obu produktów ma się wrażenie iż podkłady niczym się od siebie nie różnią. Czy faktycznie tak jest?


Smuklejsza oraz zgrabniejsza buteleczka podkładu Eveline bardziej przypadła mi do gustu. Stworzono ją z grubego szkła i uwieńczono wydawałoby się wygodną pipetką. Dlaczego napisałam wydawałoby się? Ponieważ produkt ma bardzo wodnistą, rzadką konsystencję i przy każdym wydobyciu kroplomierza z jego wnętrza należy uważać by nie kapnąć sobie na ubranie lub meble. Uwierzcie mi, że podczas testowania podkładu zdążyłam już zniszczyć kilka podkoszulek, z których niestety nie udało usunąć opornego kosmetyku. W opakowaniu znalazłam jeszcze jedna wadę, ale być może dotyczy ona tylko mojego egzemplarza. Dolna część pipety często zsuwa się aż do umieszczonej nad nią gumki i za każdym razem przed użyciem podkładu muszę wyciskać ją by móc prawidłowo nabrać produkt. Mam nadzieję, że dobrze się wyraziłam i rozumiecie co mam na myśli :) 



Poza tym kosmetyk łatwo się rozprowadza przy pomocy gąbeczki, nie tworzy smug i pozostawia po sobie satynowe oraz "zdrowe" wykończenie. Jedna warstwa u mnie zakrywa wystarczająco, choć lekko przebijają przez nią piegi czy większe zmiany skórne. Na szczęście krycie można budować i po dołożeniu kolejnej dawki rezultat powinien zadowolić nawet fanki mocniejszego kamuflażu. Jednak nawet wtedy nie musicie się obawiać efektu maski, bo podkład na twarzy prezentuje się bardzo naturalnie i ładnie stapia się z cerą. Należy również pamiętać, że przed każdą aplikacją należy go bardzo dobrze wstrząsnąć, bo po długim odstaniu wytrąca się pomarańczowy osad, który znika po dokładnym wymieszaniu produktu. 


Jeśli się dobrze przyjrzycie widać nieznaczną różnicę w kolorach (po prawej podkład aplikowany kilka minut przed zrobieniem zdjęcia, a po lewej kilka sekund przed jego wykonaniem)
Odcień Light Beige będzie za ciemny dla bladziochów, ale za jasny dla posiadaczek oliwkowej skóry. Warto też wspomnieć, że początkowo jest neutralny, ale po czasie lekko oksyduje ciemniejąc i wpadając w różowe tony (patrz zdjęcie powyżej). Różnica nie jest ogromna i mi akurat nie przeszkadza, bo moja cera nie należy do tych typowo żółtych więc mimo wszystko produkt wygląda na niej bardzo dobrze. Może on podkreślać suche skórki, ale problem ten niweluje dobry krem lub baza i dlatego nie zdarza mi się aplikować go solo. Porządnie przypudrowany podkład trzyma się na mojej twarzy całkiem dobrze, ale oczywiście bezlitosna strefa T wymaga poprawek już po kilku godzinach od aplikacji. Mimo wszystko jak na drogeryjny kosmetyk radzi sobie świetnie z tłustą skórą i obecnie nakładam go każdego dnia do pracy. Nie zauważyłam by się ścierał lub migrował, choć oczywiście po kilkunastu godzinach łatwo ulega płynowi micelarnemu. Jeśli tak jak ja posiadacie trądzikową cerę to pewnie zastanawiacie się czy produkt wpłynął negatywnie na jej stan. Już wspominałam, że sięgam po niego niemal codziennie od prawie dwóch miesięcy i nie zauważyłam wysypu podskórnych gul czy znacznego pogorszenia stanu skóry.  

Efekt przed, po i pełen makijaż-  Eveline Liquid Control HD:





W podsumowaniu na pewno muszę napisać, że Eveline Liquid Control HD (36,49 zł) to jeden z lepszych drogeryjnych podkładów jakie znam, choć oczywiście ideałem go nazwać nie mogę. Według mnie spisuje się lepiej niż bliźniaczo podobny Catrice, ale pewnie wiele osób się ze mną nie zgodzi. Wszystko oczywiście zależy od Waszych oczekiwań oraz stanu i rodzaju cery. Ja przyznam szczerze, że będę za nim tęsknić gdy się skończy, chociaż składu nie ma najlepszego i na pewno nie chciałabym go aplikować na moją skórę każdego dnia przez długie miesiące. Głównie lubimy się za to, że jest lekki, nie tworzy efektu maski, ładnie stapia się z cerą i całkiem dobrze współpracuje z moją tłustą skórą. Jestem bardzo ciekawa jak wiele z Was chce sprawdzić jego działanie i porównać go do wyżej wspomnianego HD Liquid Coverage Foundation. Czujecie się skuszeni? :)






Nowości Rossmanna/ Wrzesień 2017/ Nowa marka makijażowa, brokatowy Tangle Teezer i serum Bielendy, które "brudzi" skórę.


Pora na jeden z Waszych ulubionych postów, czyli przedstawienie nowości, które niedługo zamieszkają na półkach Rossmanna. W tym miesiącu pudełko było mocno makijażowe i na początku nie mogłam się zdecydować czy to dobrze, ale na szczęście miałam okazję sprawdzić produkty marki, która jeszcze nie jest dobrze znana więc nie nudziłam się podczas testów. Od serii Carbo Detox marki Bielenda starałam się trzymać z daleka i choć początkowo mnie kusiła, to później bardzo często pokazywana jakoś przestała wzbudzać zainteresowanie. Przyznam jednak, że gdy zobaczyłam najnowsze Serum węglowe to serce zabiło mocniej, a ja nie mogłam doczekać się aż wpadnie w moje ręce. Z dodatków niekosmetycznych tym razem mieliśmy okazję testować posiłki dla niemowląt od BoboVita, parasolki Ideenwelt i różnego rodzaju zdrowe przekąski. Po tym bardzo ogólnym oraz mocno okrojonym wstępie zapraszam na to co najlepsze czyli bardziej szczegółowe przedstawienie zawartości boxa :)

Nowości Wibo, czyli makijaż rozświetlony z 24 godzinną trwałością/ Utrwalacz makijażu Fixing Spray i Selfie Loose Shimmer Rose


Nie pamiętam kiedy pierwszy raz słyszałam o mgiełkach utrwalających makijaż, ale jestem pewna, że od razu opis ich działania wydawał mi się mocno przesadzony. Wystarczy za pomocą aplikatora rozpylić produkt na twarz by dosłownie po kilku sekundach cieszyć się nienagannym lookiem bez świecenia, ścierania, pudrowego efektu oraz rozmazywania. Zbyt piękne by było prawdziwe, a ja dodatkowo wymagam jeszcze braku alkoholu w składzie co tylko utrudnia sprawę. Głównie dlatego nowy Fixing Spray marki Wibo przyprawił mnie o szybsze bicie serca i pokładałam w nim wielkie nadzieję wierząc iż w końcu spełni utopijne marzenia o mgiełce, która utrzyma w ryzach błyszczącą strefę T. Niestety tak to już w życiu niesprawiedliwie bywa, że jedną część twarzy pudrujemy by się nie świeciła, a na drugą musimy nakładać rozświetlacz aby dodać jej blasku oraz młodzieńczej świeżości. Dwie nowości marki Wibo, czyli wspomniany wyżej spray oraz Selfie Loose Shimmer mają pomóc nam w obu tych czynnościach dodając pewności siebie i sprawiając, że nasza skóra będzie wyglądać pięknie oraz zdrowo. Dziś dowiecie się co o nich sądzę i czy dały radę skraść moje serce. Zapraszam!

Jesienne kwaszenie z COSRX AHA 7 Whitehead Power Liquid Serum zwalczającym zaskórniki/ Antidotum dla cer problematycznych?



Teraz już bez obaw mogę napisać: lato oficjalnie zostało zakończone. Sezon na dnie spędzone pod kocem, grube swetry, seriale na Netflixie oraz dyniowe latte uznaję za otwarty. Jesienią nie tylko nasza garderoba wymaga zmian i polecam też przemyśleć dotychczas stosowaną pielęgnację, bo pewnie również przyda jej się aktualizacja. U mnie zawsze o tej porze roku na pierwszy plan wysuwają się kwasy. Staram się tego typu produkty stosować cały rok, ale latem aplikuję jedynie ich minimalną ilość. Moim ulubionym jest salicylowy oraz migdałowy, jednak ostatnio bardzo chciałam sprawdzić działanie wody jabłkowej w połączeniu z kwasem glikolowym więc sięgnęłam po produkt marki COSRX AHA Whitehead Power Liquid. Zachwycił mnie jego krótki i konkretny skład, a także mnóstwo pozytywnych recenzji. Porywając się kolejny raz na azjatyckie kosmetyki sporo ryzykowałam, bo bardzo często mnie one rozczarowują pozostawiając po sobie jedynie zmaltretowaną cerę pełną wyprysków. Dziś dowiecie się czy ta gra w ciemno mi się opłaciła i szczerze przyznam, że nie mogę się już doczekać by opowiedzieć Wam jak wyglądało moje spotkanie z preparatem od COSRX, bo dopiero po prawie roku czasu jestem gotowa na jego ocenę i dokładną recenzję. Zapraszam!

Nowi ulubieńcy w pielęgnacji: płyn micelarny, łagodny żel do mycia twarzy i super serum z kwasem hialuronowym.




Nietrudno się domyślić, że my blogerki urodowe mimo iż mamy swoje ulubione kosmetyki bardzo często nie potrafimy być im wierne. Notorycznie zdradzamy ukochane produkty, bo testowanie nowości po prostu leży w naszej naturze. Moja pielęgnacja zmienia się bardzo często i praktycznie co miesiąc wprowadzam do niej coś nowego. Uwielbiam eksperymentować z różnymi konsystencjami oraz wystawiać na próbę składniki, które wydają mi się interesujące. Dzięki takiemu żonglowaniu kosmetykami dziś moja cera nie jest mi już obca, a ja lepiej rozumiem jej potrzeby i doskonale odczytuję pierwsze oznaki wołania o pomoc. Na dobre mi wyszło ograniczenie produktów z SLS lub wprowadzenie do pielęgnacji kwasu hialuronowego, który świetnie nawilża, skutecznie zwalczając suche skórki. Nie zawsze mam czas pisać osobną recenzje kosmetyków, które się u mnie sprawdziły więc dziś szybko postaram się opowiedzieć o moich ostatnich trzech odkryciach godnych polecenia. Akurat tak fajnie się złożyło, że po połączeniu ich wszystkich można stworzyć naprawdę porządną i skuteczną pielęgnację :)

Multinawilżenie i zmatowienie za mniej niż 20 zł. Czy to może się udać?/ AA Hydro Sorbet Multinawilżenie i zmatowienie/ Skóra tłusta i mieszana



Nawilżona skóra to szczęśliwa skóra! Oczywiście nie jest to jedyny składnik jej pięknego wyglądu, ale zdecydowanie nazwałabym go najważniejszym. Często dostaję od Was pytania jaki podkład kupić by się nie ważył lub której bazy matującej użyć by zmatowić cerę na długi czas? Po krótkiej konwersacji prawie za każdym razem okazuje się, że problem nie leży w produktach, które używacie do wykonania makijażu, a w przygotowaniu skóry do jego aplikacji. Wciąż spotykam się z mitami, że tłusta skóra nie potrzebuje kremu, bo przecież wystarczająco się błyszczy i bez niego. Sporo z Was też gdy już odkryje, że klucz do sukcesu przeważnie leży w nawilżaniu zastanawia się po który produkt sięgnąć tak by optymalnie nawilżał, ale też nie zapychał oraz nie przyspieszał przetłuszczania się cery. Ja mam już kilka takich sprawdzonych kosmetyków pod makijaż, które nigdy mnie nie zawodzą i liczyłam na to, że nowy produkt marki AA czyli Hydro Sorbet dla skóry tłustej i mieszanej dołączy do ich grona. Wiem, że sporo z Was interesowało jak się u mnie sprawdził, a dziś przyszedł w końcu czas przedstawić moje spostrzeżenia po wcale nie krótkim czasie testowania.

Mgiełki do twarzy nie tylko na upały, czyli moje ulubione hydrolaty i mało znana woda termalna.



Mam wrażenie, że mgiełki do twarzy i hydrolaty ostatnio stały się trochę bardziej popularne, ale jeszcze jakiś czas temu nazwałabym je najmniej docenionymi kosmetykami jakie znam. Do dziś sporo osób zadaje sobie pytanie czy robią coś więcej niż zwykła woda, która przynosi jedynie odświeżenie i orzeźwienie w upalny dzień? Odpowiedź jest prosta: tak. Wciąż rozwijający się rynek kosmetyczny obecnie proponuje nam mgiełki, które nawilżają, złuszczają, redukują zmęczenie, matują i chyba tylko nie potrafią uczyć śpiewać. Każdy wizażysta ma zapas swoich ulubionych sprejów, bo pomagają one utrwalić makijaż oraz nadają skórze blasku. Ja dziś rzadko sięgam po toniki, a ich miejsce w mojej łazience zajęły właśnie hydrolaty. Kocham je za składy, które są naturalne oraz pozbawione alkoholu oraz oczywiście cudowne działanie. Wraz z popularnością mgiełek zdecydowanie wzrosła ich dostępność i obecnie praktycznie każda marka, która oferuje nam kosmetyki do pielęgnacji twarzy może się pochwalić tego typu produktami. Nie wszystkie jednak proponują substancje przyjazne naszej skórze, a spora ich ilość zawiera wysuszający alkohol. Ja dziś pragnę Wam przedstawić 5 moich ulubieńców, którzy zasługują na pochwały i uwielbienie :) 

Nowości Rossmanna Sierpień 2017/ Wibo Paletka Modern, Wibo Utrwalacz do makijażu Fixing Spray, Wibo Rozświetlacz Selfie Loose Shimmer, Eveline Liquid Control HD podkład i wiele innych.



Sierpień przyniósł nam paczki od drogerii Rossmann wypchane po same brzegi, a niektórzy klubowicze dostali nawet dwa pudełka, bo zawartość zestawu nie mieściła się w jednym. Oprócz kosmetyków w tym miesiącu testujemy też ręczniki, pędzle, kosmetyczki oraz jedzenie. Jestem prawie pewna, że dziś kilka produktów wpadnie Wam w oko i będziecie na nie czekać z niecierpliwością. Dla wielbicielek makijażu mam nowości marki Wibo i kopię paletki od Anastasia Beverly Hills, która już teraz budzi sporo emocji w sieci. Natomiast fanki pielęgnacji pewnie zaciekawi najnowsza seria Garnier czyli Botanical dla cery normalnej i mieszanej. Dawno nie miałam tak trafionego pudełka, które uzupełniło praktycznie wszystkie luki w moim kosmetycznym arsenale. Cieszy mnie też fakt, że dzięki Rossmannowi mam okazję poznawać polskie produkty bez ruszania się z domu. Ręczniki czy skarpetki, które testuję wykonane zostały przez producentów z naszego kraju i z przyjemnością przyjęłam je pod swój dach. Oj ogromnie jestem ciekawa Waszej oceny pudełka w tym miesiącu dlatego już bez zbędnego przedłużania przedstawiam jego zawartość :)

Lactacyd Precious Oil/ Delikatny olejek do higieny intymnej


Lactacyd to zdecydowanie moja ulubiona marka w kategorii produktów do higieny intymnej. Praktycznie za każdym razem jak jestem w Polsce przywożę kolejny żel z ich asortymentu. Tym razem zamiast niego dostajemy olejek, który bardzo fajnie się pieni i przyjemnie pachnie. Po pierwszych testach mogę jedynie powiedzieć, że tak jak obiecuje producent faktycznie dobrze nawilża oraz oczyszcza. Na pewno zużyję ten kosmetyk do końca bez żadnego problemu, a nawet nie wykluczam, że jeszcze kiedyś się spotkamy. Fajnie, że nie ma w składzie Sodium Lauryl Sulfate i chociaż znajdziemy w nim inne substancje pianotwórcze to jednak ogólnie nie jest najgorzej. Trzymam kciuki byśmy się na siebie nie obrazili, a Wam na pewno dam znać jak ostatecznie go oceniam. 


AA Formuła Biozgodności/ Ultranawilżający płyn micelarny cera sucha i wrażliwa


Opis na opakowaniu produktu precyzyjnie określa dla jakiego rodzaju cery go przeznaczono, ale ja wcale się tym nie przejmuję. Moja tłusta skóra również potrzebuje nawilżenia i bardzo mnie cieszy, że w tym produkcie na piątym miejscu znajduje się ukochany kwas hialuronowy. Co więcej już po pierwszych testach pozytywnie oceniam sposób w jaki płyn zmywa makijaż. Całkiem dobrze radzi sobie nawet z tym o większym kalibrze, który zazwyczaj towarzyszy mi podczas imprez. Producent obiecuje nam również nowatorską formułę zawierającą  "odtworzone składniki NMFu – naturalnego czynnika nawilżającego, bogatego w aminokwasy, minerały i sacharydy, które uzupełniają występujące w skórze substancje, zapobiegają przeznaskórkowej utracie wody i poprawiają funkcje barierowe oraz elastyczność skóry, chroniąc ją przed czynnikami zewnętrznymi." Przyznam, że po użyciu produktu moja cera była ukojona, bez uczucia ściągnięcia czy podrażnienia. Dodatkowo płyn znajduje się w dużej butelce z wygodnym dozownikiem i minimalistyczną szatą graficzną. Jak na razie jestem na tak i pewnie zdania nie zmienię :)

Eveline Cosmetics/ Liquid Control HD Podkład do twarzy/ 010 Light Beige

Nie moi drodzy to nie jest sławny i dobrze Wam znany podkład Catrice, ale wygląda prawie identycznie więc nie dziwię się, że tak pomyśleliście. Sama byłam w szoku pierwszy raz go widząc, ale obecnie dobra reklama potrafi zdziałać cuda więc pewnie to popchnęło markę Eveline do skopiowania pomysłu. Mimo wszystko po pierwszych użyciach śmiem przypuszczać, że ten produkt znacznie różni się od wspomnianego wyżej dziecka Catrice. Jest przede wszystkim lżejszy, bardziej lejący i ma mniejsze krycie. Bardzo podoba mi się jak wygląda na twarzy, choć może podkreślać suche skórki. Fajnie też, że ma satynowe wykończenie i nie daje efektu płaskiego matu. Całkiem dobrze też oceniam jego trwałość. Po kilku dobrych godzinach noszenia najbardziej chyba ucierpiała strefa T i zdecydowanie wymagała poprawy, ale poza tym naprawdę nie było źle jak na podkład drogeryjny. Niestety mam podejrzenia, że może ciemnieć, ale aplikowałam produkt tylko dwa razy więc jeszcze nie potwierdzam tej informacji. Oczywiście wyposażony został w wygodną pipetę, ale tak jak wcześniej wspomniałam ma on nieco wodnistą konsystencję i zdarza mu się kapać, zatem należy uważać przy aplikacji.  Muszę przyznać, że ten produkt pozytywnie mnie zaskoczył i lubię go zdecydowanie bardziej niż podkład Catrice, który moim skromnym zdaniem jest okropny. Jeśli będziecie chcieli osobną recenzję to dajcie znać, a chętnie Wam opowiem jak Eveline Liquid Control HD spisał się  po dłuższym okresie testowania. 

For Your Beauty Pędzel do konturowania


Gdy pierwszy raz wzięłam pędzel w ręce wywołał uśmiech na mojej twarzy i przyznam, że od razu zaszufladkowałam go jako bubel. Jednak po nieco lepszym poznaniu muszę okazać skruchę, a nawet wypadałoby przeprosić. Produkt jest bardzo mięciutki i nie wywołuje żadnego dyskomfortu podczas nakładania makijażu. Doskonale nada się nie tylko do konturowania, zatem spokojnie możemy zatrudnić go nawet przy aplikacji różu czy bronzera. Od jakiegoś czasu wychodząc gdzieś ze znajomymi staram się dodać do mojego looku coś nowego przemycając aktualnie panujące trendy, które nie do końca nadają się do noszenia na co dzień. Kilka razy ćwiczyłam już konturowanie nosa, ale tylko przy pomocy pędzli do makijażu oka i chyba nie do końca mi to wychodziło. Z produktem For Your Beauty zadanie to wydaje się nieco łatwiejsze, bo wyposażony on został w końcówkę przeznaczoną właśnie do wykonywania tego typu “ulepszeń”. Nie wiem tylko jeszcze jak będzie się prał i czy nie straci wtedy połowy włosia, ale jak na razie spokojnie mogłabym Wam go polecić. 


Wibo Paleta cieni do powiek/ Modern


Modern to nowość marki Wibo, która jest mocno zainspirowana słynną paletką od Anastasia Beverly Hills Modern Renaissance. Jej kolory świetnie wpasują się w nadchodzącą wielkimi krokami jesień i na pewno pozwolą skomponować niepowtarzalny i odważny look. “Paleta zawiera 12 matowych i 3 metaliczne cienie, od neutralnych barw, klasycznych beży, poprzez rudości w różnych tonacjach, aż po najmodniejsze odcienie jagodowe oraz brązy.” Sama na pewno w życiu bym jej nie kupiła, bo chociaż nie miałam okazji testować produktu wiele razy to jednak wstępnie słabo oceniam pigmentacje cieni.  Jedyne co mi się w niej podoba to opakowanie, bo jest małe oraz poręczne. Dodatkowo posiada lusterko przydatne zwłaszcza gdy zabierzemy paletkę w podróż. Posiadaczki sroczych dusz pewnie też zachwycą się brokatowym wykończeniem, które pięknie się mieni i połyskuje. Jeszcze nie chcę wydawać werdyktu, ale wstępnie napiszę: nic specjalnego Wibo. Stać Cię na więcej.


Wibo Utrwalacz do makijażu/ Fixing Spray


Markę Wibo chyba częściej krytykuję niż chwalę, ale przy tym produkcie będą ją komplementować. Fajnie, że wypuszczają swoją mgiełkę do utrwalenia makijażu, która nie jest kropka w kropkę kopią innego, znanego kosmetyku (przynajmniej mam taką nadzieję). Co więcej i tu uwaga, uwaga: nie zawiera ona alkoholu! No to jestem kupiona :) Bardzo podoba mi się małe, minimalistyczne opakowanie produktu. Zastrzeżenia mam trochę do atomizera, bo wypuszcza utrwalacz z taką siłą, że aż mi głowa odskakuje do tyłu. Zdecydowanie nie otula twarzy delikatną mgiełką. Jej zadaniem jest zabezpieczenie makijażu przed ścieraniem i rozmazywaniem. Nie będę Wam jeszcze pisać co sądzę o tym produkcie, bo szykuję jego osobną recenzję i z niej na pewno dowiecie się więcej :)


Wibo Selfie Loose Shimmer/ Rozświetlacz Pink


Rozświetlacz ten na stronie Rossmanna zdecydowanie wydaje się o wiele większy niż jest w rzeczywistości. Tak naprawdę otrzymujemy go w małym opakowaniu przypominającym mi te od pigmentów czy pyłków do paznokci. Pod wieczkiem jednak znajduje się blokada, która po przekręceniu zakrywa dziurki i dzięki temu produkt nie wysypie się na nas przy kolejnym jego podniesieniu. Wystarczy odrobina rozświetlacza by na naszej skórze rozbłysły miliony migoczących drobinek. Według mnie są one trochę za duże i dosyć mocno widoczne na twarzy. Raczej nie odważyłabym się użyć go do dziennego makijażu. Producent zapewnia nas, że kosmetyk nada się do podkreślenia kości policzkowych, grzbietu nosa czy łuku kupidyna oraz modnej ostatnio techniki strobingu. Według mnie jednak lepiej wypadnie na powiekach lub na ciele w okresie karnawału. Też będę pisać Wam osobną recenzję tego produktu za jakiś czas, gdy przetestuję go na wszystkie możliwe sposoby. Na razie nie wystawiam mu żadnej oceny. 


Garnier Botanical/ Tonik odświeżający z ekstraktem z winogron/ Żel odświeżający z ekstraktem z winogron i krem nawilżający z ekstraktem z winogron/ Cera normalna i mieszana


Seria ta zaciekawiła mnie już jakiś czas temu, bo widziałam ją u siebie w drogerii i od razu zwróciła moją uwagę. Ekscytacja oraz radość minęły jednak wraz ze sprawdzeniem składu produktów. Oczywiście nie są one najgorsze, a nawet oceniłabym je całkiem dobrze gdyby nie fakt iż zawierają alkohol. Nie wiem dlaczego większość producentów zakłada, że cerę tłustą lub mieszaną należy wysuszać. Co prawda na początku może się wydawać, że metoda ta naprawdę działa, ale po czasie skóra traktowana każdego dnia alkoholem zacznie wytwarzać jeszcze więcej sebum co może prowadzić do zapychania i powstawania wyprysków. Ten jeden składnik skreśla u mnie serię Botancial, a szkoda, bo kosmetyki naprawdę ślicznie i świeżo pachną. No i zawierają mój ukochany aloes oraz ekstrakt z winogron.  Nie wyobrażam sobie jednak by cała moja pielęgnacja składała się tylko z tych produktów. Żel do mycia twarzy zawiera SLS, tonik alkohol, a jakby Wam jeszcze było go mało to producent dorzucił też troszkę tego składnika do kremu. 



Nie chciałabym już dłużej drążyć w kółko tego samego tematu i mogłabym w tym momencie zakończyć opis najnowszej serii Garnier, ale na uwagę zasługuje jeszcze jedna sprawa. Mowa tu o tłumaczeniu składu, którą wspaniałomyślny producent serwuje nam na opakowaniu. Najpierw w widocznym miejscu i wytłuszczoną czcionką informuje, że kosmetyki które trzymamy w ręku posiadają aż 96 procent składników pochodzenia naturalnego, a później małym druczkiem dodaje iż mogą one pochodzić z różnych źródeł, a poniżej podane tłumaczenie to tylko przykłady. Czytając jego wersję uśmiałam się do rozpuku. Widać, że producent w chamski sposób próbuje każdej substancji znaleźć jakieś źródło w naturze.  I tak na przykład Dicaprylyl Ether, który jest składnikiem syntenyczym to według Garniera orzech kokosowy, z resztą tak samo jak  Caprylic Triglyceride, który faktycznie jest z niego otrzymywany, ale łączy się go też z olejem palmowym, a później poddaje procesowi estryfikacji z gilceryną, więc sporo zostaje przez producenta zatajone. Z resztą Sodium Lauryl Sulfate to też ponoć kokos. Nie zrozumcie mnie źle, bo może faktycznie składniki te mają coś wspólnego z substancjami podanymi na etykiecie, ale nie są nimi w czystej postaci. Dla mnie to celowe wprowadzanie w błąd nieświadomych konsumentów. Może troszkę za ostro reaguję, ale takie interpretowanie listy INCI jest bardzo podejrzane i jeszcze bardziej napawa mnie odrazą do tych produktów. Nie wiem czy po przetestowaniu wezmę pod uwagę ich oddanie, bo mam ochotę całą tą serię umieścić w koszu. 


Mundia Kosmetyczka make-up doktor i duża łódka/ Złoto


Mała oraz duża, złota kosmetyczka. Jako, że często podróżuję na pewno przydadzą mi się i będę z nich korzystać. W środku tej większej mamy dodatkowe przegródki by umieścić w nich małe przedmioty, które później zdecydowanie łatwiej będzie nam znaleźć. Nie rozpisuję się dużo na temat tych kosmetyczek, bo i tak pełną opinię będę mogła wyrazić dopiero po kilku dobrych miesiącach ich wożenia, pakowania i zużywania. Wygląd oceńcie sami według własnego gustu :)



SPLAT Professional/ Pasta do zębów Ultracomplex


Pastę umieszczono w tubce z ładną, minimalistyczną szatą graficzną. Jej zadaniem jest wybielanie i pielęgnacja zębów. Zwłaszcza wrażliwych. Podoba mi się, że nie zawiera fluoru, choć niestety na składach tego typu produktów nie znam się za dobrze i nie jestem w stanie stwierdzić czy cała reszta jest bez zarzutu. Jeszcze za krótko ją stosuję by wydać jakiś werdykt, ale pierwsze wrażenia oceniam jako bardzo pozytywne.

Miss Sporty Crazy Glitter!/ Lakier do paznokci nr 010


Według mnie to po prostu zwykły, bezbarwny lakier do paznokci z tandetnymi drobinkami złota. Na pochwałę zasługuje fajnie wyprofilowany pędzelek, który pozwala w łatwy i nie wymagający większych umiejętności sposób pokryć produktem każdy paznokieć. Dosyć szybko też schnie, ale jego trwałość niestety nie zaskakuje. Trzy dni do maksimum w moim przypadku. Myślę, że zdecydowanie lepiej będzie prezentował się na innych lakierach lub umieszczony tylko na wybranych paznokciach. Nic innowacyjnego czy zaskakującego, ale może komuś akurat wpadnie w oko :)
                                                                                         

Koniec. Tym razem nadchodzące miesiące przyniosą sporo ciekawych produktów do Rossmanna i jestem prawie pewna, że każdy znajdzie coś dla siebie. Koniecznie dajcie znać co dokładnie wzbudziło Waszą ciekawość oraz któremu produktowi chcielibyście przyjrzeć się bliżej, a na pewno postaram się wrócić tu z jego recenzją :)






Suplementy diety, które naprawdę działają! Jak zmieniły moje życie i z czym pomogły mi się uporać?



Wrzesień chyba postanowił pozbawić nas złudzeń, bo od razu cisnął deszczem i mam też wrażenie, że na dobre przegonił wysokie temperatury.  Pewnie pragnie wszystkim przypomnieć, że nadchodzi jesień, a wraz z nią przeszywający wiatr, słota i coraz krótsze dni. Według mnie nie ma lepszego czasu na przyjmowanie suplementów więc postanowiłam znowu wprowadzić je do swojej diety. Wiem jednak, że wybór tych odpowiednich dla naszego organizmu nie jest łatwy. Od razu w głowie rodzą się pytania: które produkty faktycznie działają? Lepszy będzie proszek czy kolorowe żelki? Jaką markę wybrać? Sporo osób też wcale nie wierzy w skuteczność suplementów. Przyznaję, że jeszcze do niedawna sama znajdowałam się w tej grupie, a do ich zakupu przekonała mnie jedna z moich ulubionych jutuberek. Po prostu postanowiłam jej zaufać i spróbować, bo nagrodą miała być zdrowa oraz ładna cera, a dla niej jestem w stanie wiele poświęcić. Jesteście ciekawi na co się skusiłam i czy faktycznie zauważyłam poprawę stanu skóry? Nie będę więc dłużej trzymać Was w niepewności i opowiem o dwóch suplementach, które na pewno będą powracać do mojej diety. 

5 produktów do włosów, których potrzebujesz by zwalczyć bad hair day/ Ewa Schmitt, L'biotica, CoLab, Rene Furterer i Schwarzkopf.


Ostatnio chyba staram się nadrobić wszystkie włosowe zaległości, które miały miejsce na tym blogu. Nie będę ukrywać, że winowajcą jest książką o której pisałam Wam ostatnio, bo sprawiła iż poczułam się w tym temacie bardziej pewna siebie. Oczywiście nie myślcie, że jeden poradnik zrobił ze mnie eksperta, bo wcale się nim nie czuję. Informacje, którymi będę się z Wami dzielić nadal oparte są na moich spostrzeżeniach po długich tygodniach testów, a nie regułkach wyczytanych w Internecie czy poradnikach. Czasami nawet nie trzeba być znawcą, bo wystarczy spojrzeć w lustro by widzieć, że produkt który stosujemy działa i ja właśnie takimi ulubieńcami pragnę się dziś z Wami podzielić. Całkowicie odmieniły moje włosy, dodały odwagi i sprawiły, że w końcu chętnie patrzę w lustro. Pozwoliły pożegnać się ze łzami podczas rozczesywania, a większość z nich kosztuje naprawdę niewiele. Mogłabym wręcz przyrzec, że ratują mi życie niemal każdego dnia. Są i jeszcze długo będą w mojej łazience, a dziś wpadną na chwilę na bloga by się przedstawić i nieskromnie pochwalić swoimi wspaniałymi właściwościami. Być może też pomogą Wam zwalczyć bad hair day?

Ewa Schmitt Detangling Ultra Lite szczotka I-Flow


Wpadacie tu regularnie? W takim razie ta szczotka to dla Was żadna nowość. Już wcześniej pisałam peany na jej cześć i po całym tym czasie nic się w tym temacie nie zmieniło. Wiem, że zaraziłam nią kilka osób i każda z nich dziękowała mi za polecenie tego wspaniałego gadżetu. Świetnie rozczesuje moje mokre włosy ( suche też całkiem nieźle), super radzi sobie z rozprowadzaniem odżywki oraz wystarczy kilka sekund by ją porządnie umyć. A co najlepsze kosztuje naprawdę niewiele. Jedyne co bym w niej zmieniła to kolory w których jest dostępna. Pomarańczowy oraz niebieski to zdecydowanie nie moje barwy i ja chętnie zamieniłabym je na czarną lub białą. Jest to jednak jedynie mała fanaberia i w żaden sposób nie wpływa na opinię o produkcie. Obecnie ciężko byłoby mi się obyć bez tej szczotki. Oczywiście dalej lubię tą Ikoo czy klasyczny Tangle Teezer, a jego najnowszą wersję z rączką czyli The Ultimate wręcz kocham. Jednak I Flow zdecydowanie najlepiej spisuje się przy mokrych włosach. Nie będę się rozpisywać na jej temat, bo jakiś czas temu już miała swoją chwilę chwały tutaj na blogu i dziś jedynie pragnę Wam przypomnieć o istnieniu tego fajnego gadżetu, bo zdecydowanie warto go mieć w swoim domu i salonie.  

L’biotica Biovax Intensywnie Regenerująca Maseczka Keratyna + Jedwab




Może troszkę przesadzam okrzykując hitem produkt, który tak naprawdę znam od niedawna, ale efekty jego stosowania widziałam dosyć szybko dlatego i z zachwytem nie mam zamiaru czekać :) Na maski Biovax czaiłam się od dawna, ale nie miałam pojęcia, która będzie odpowiednia do moich kosmyków. Dopiero po przeczytaniu poradnika Marty Klowan dowiedziałam się, że rodzaj włosów który ja posiadam (wysokoporowate) powinien być karmiony keratyną przynajmniej raz w tygodniu i tak problem z wybraniem właściwego kosmetyku rozwiązał się w kilka sekund.

Uwielbiam tą maskę za piękny zapach, gęstą konsystencję, fajny skład i cudowne działanie. Wystarczy jedna aplikacja, a moja kupka siana zmienia się w gładkie, sypkie włosy, które wyglądają na bardzo zdrowe oraz zadbane. Wyprostowane przed wyjściem potrafią w idealnym stanie utrzymać się do następnego mycia. Stosowana regularnie zdecydowanie poprawia stan kosmyków, nie obciąża ich oraz nie sprawia, że wyglądają jak tłuste strąki. Po jej użyciu mam ochotę dotykać moich włosów bez końca. Są takie lśniące i jedwabiste. Nie mogłabym sobie wtedy wymarzyć by wyglądały lepiej.

 
Jedyną jej wadą jest opakowanie. Naprawdę ciężko przechowuje się ten słoiczek pod prysznicem, a po użyciu produktu trzeba mocno dociskać wieczko by je szczelnie zamknąć. Dodatkowo ma on sporo zakamarków, w których łatwo osadzają się resztki produktu, a wilgotnych warunkach nietrudno wtedy o rozwój bakterii.  Muszę jednak pochwalić producenta za prezenty, które znajdziemy w kartoniku z maską. Mowa tu o próbce serum i czepku ułatwiającym stosowanie kosmetyku. Widać, że dla marki bardzo ważne jest zadowolenie klienta i dbałość o szczegóły. Co więcej maskę często można kupić na przecenie za naprawdę niewiele. Chociaż według mnie jest warta każdej złotówki :)

CoLab Suchy szampon


Przyznaję, że kiedyś byłam uzależniona od suchych szamponów. Sięgałam po nie kilka razy w tygodniu i zdecydowanie nadużywałam ich dobroci. Obecnie sporadycznie lądują na mojej głowie, ale w domu zawsze muszę mieć jedną buteleczkę w razie co. Zaszczytne miejsce pierwsze w tej kategorii zajmują szampony od CoLab. Nie wszystkie działają tak jak lubię, ale ta marka rzadko mnie zawodzi. Dlaczego ten a nie inny? Bo nie wysusza włosów, nie odbiera im blasku i nie pozostawia na nich okropnych, białych śladów. Dodatkowo ślicznie pachnie oraz wystarczy odrobina by nasze kosmyki wyglądały na świeże i zadbane. Rozprowadzony palcami nieco zwiększa ich objętość i lekko odbija od nasady. 


Jeszcze jakiś czas temu produkty te nie były dostępne w Polsce, ale obecnie możecie dostać je w Hebe. Spotkałam się już więc z kilkoma recenzjami po polsku szamponów od CoLab i często zdarza się iż panie narzekają na jego działanie. Warto jednak wiedzieć, że ten kosmetyk działa też nieco inaczej niż dobrze Wam znany Batiste. Najlepiej spisuje się aplikowany na dopiero co umyte i wysuszone włosy. To właśnie wtedy znacznie wydłuża ich świeży wygląd. Oczywiście sprzedawany jest w różnych wersjach i niektóre z nich potrafią też odczarować nawet tłuste już kosmyki. Jednak jeśli u Was produkt nie zdaje egzaminu stosowany w tradycyjny sposób polecam więc aplikować go zaraz po umyciu. Według mnie nie ma lepszych i ładniejszych suchych szamponów niż te od CoLab. Polecam gorąco!

Rene Furterer Lumicia Płukanka nabłyszczająca


Obecnie czuję się już sporo douczona w temacie włosów i ostatnio wprowadziłam ogromne zmiany w mojej pielęgnacji, ale płukanki to dla mnie zupełna nowość. Nigdy jakoś mnie do nich nie ciągnęło. Nie pamiętam też bym kiedykolwiek szukała jakiejś lub czytała recenzje na temat tego typu produktów. Pewnie gdybym nie dostała prezentu od marki Rene Furterer Paris to jeszcze do dziś nie wiedziałabym nic o płukankach i ich działaniu. Producent zapewnia nas, że kosmetyk neutralizuje efekt twardej wody oraz wygładza łuski włosa, dzięki czemu uzyskamy upragniony przez każdą kobietę “lustrzany połysk”.

W przypadku tego produktu jestem chyba w stanie podpisać się pod każdą obietnicą. A co więcej dodać jeszcze muszę, że znacznie ułatwia rozczesywanie niesfornych kosmyków. Po użyciu płukanki moje włosy wyglądają tak jakbym dopiero co wyszła z salonu fryzjerskiego. Faktycznie pięknie błyszczą i są niesamowicie gładkie. Niczym u modleki z reklam szamponów. Kosmetyk nie zawiera żadnych świecących drobinek czy tłustych olejków, a cały ten blask uzyskamy dzięki regularnemu stosowaniu w naturalny sposób. Nazwałabym nawet ten produkt magicznym, ale ponoć winowajcy tego cudownego efektu znajdują się w składzie. Mowa tu o wyciągu z aceroli czy tajemniczo brzmiącym Alkoholanie Fioravanti. 


Tak jak już wspominałam kilka razy pielęgnacja włosów to nie jest mój ulubiony temat. Dlatego kosmetyki do nich przeznaczone muszą mieć fajne, ułatwiające stosowanie opakowanie. Płukanka Lumicia zdecydowanie takie posiada. Buteleczka jest zgrabna oraz poręczna, a dodatkowo wyposażono ją w wygodny atomizer. Nie mam żadnego problemu z aplikacją kosmetyku i chociaż chwilę po jego rozpyleniu da się wyczuć zapach octu to jednak po kilku sekundach znika on bezpowrotnie. Chyba jedyne na co mogłabym narzekać to mała wydajność płukanki. Dosyć szybko się zużywa i dlatego nie stosuję jej tak często jakbym chciała. Poza tym już wpisała się na listę ulubieńców i jak tylko ujrzy dno to na pewno w mig zamówię kolejne jej opakowanie.

Schwarzkopf Oil Nutritive Ekspresowa odżywka regeneracyjna do włosów ze skłonnością do rozdwajania


Najlepsza! Może nie jestem specjalistką od płukanek czy toników do włosów, ale na odżywkach w sprayu trochę się znam. Miałam ich naprawdę mnóstwo, bo tak jak wspominałam rozczesywanie moich włosów zaraz po umyciu jeszcze kiedyś spędzało mi sen z powiek. Po ten produkt sięgnęłam przypadkiem, bez czytania recenzji czy opisów. Po prostu zaciekawił mnie jego skład więc postanowiłam spróbować. Zakochałam się w tej odżywce już po pierwszym użyciu! Naprawdę cudownie pachnie, a kosmyki pod jej wpływem w końcu odpuszczają i przestają toczyć nierówną walkę ze szczotką. 


Produkt stosowany kilka razy w tygodniu faktycznie poprawia stan włosów, a nawet mam wrażenie iż zapobiega też rozdwajaniu końcówek. I chociaż w składzie znajdziemy aż 7 olejków nigdy nie zauważyłam by spray obciążał kosmyki lub sprawiał by przetłuszczały się szybciej. Można go stosować zarówno na sucho jak i na mokro. Zawsze niezawodny i satysfakcjonujący. Dodatkowo tak jak mój hit wyżej znajduje się w wygodnym opakowaniu z atomizerem, który się nie zacina oraz działa sprawnie przez cały czas stosowania produktu. Jestem też zdumiona, że kosmetyk z naprawdę ciekawą listą INCI kosztuje tak mało i aż żałuję iż nie jest dostępny w Uk. Wcześniej stosowałam już podobne odżywki od Schwarzkopf i lubiłam prawie każdą, ale Oil Nutritive jest zdecydowanie moich numerem jeden. Chyba nawet jestem w stanie wyznać, że ta marka ma najlepsze produkty do włosów ze wszystkich dostępnych na rynku, które miałam okazję stosować. Po prostu super!
                                                                               

Mam nadzieję, że  wśród mojej złotej piątki znajdują się produkty, które pomogą Wam zwalczyć problemy z włosami. Zadowolone z nich będą na pewno posiadaczki tych wysokoporowatych. Ja już Wam pisałam, że jeszcze kilka miesięcy temu nie wierzyłam, że moje kosmyki mogą wyglądać dobrze i zastanawiałam się nad ich obcięciem. Dziś w końcu mogę być z nich dumna. Oczywiście za tak ogromną poprawą stoi odpowiednia pielęgnacja, ale nie istniałaby ona bez porządnych produktów potrzebnych do jej zdefiniowania. Dziś poznaliście mój włosowy niezbędnik, a ja jestem ciekawa co jest na Waszej liście hitów. Zdradzicie mi swoich ulubieńców? :)







© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig