Moich 5 grzechów głównych czyli spowiedź blogerki po latach.




Oj lata świetlne nie było tu postów typowo pogadankowych, gdzie nie opisywałam percepcji odnośnie przetestowanych produktów, a opowiadałam co mi w głowie siedzi, w duszy gra i leży na sercu.  Kiedyś roiło się tu od wpisów odnośnie blogosfery, współprac i innych tematów związanych z prowadzeniem bloga, ale większość już usunęłam i mam nadzieję, że nigdy więcej nie pokuszę się o opublikowanie tu podobnego tematu. Dlaczego? Bo jestem starsza, bogatsza o pewne doświadczenia i mam większy szacunek do ludzi. Życie nauczyło mnie pokory oraz nakazało ustalić priorytety. Blog jest dla mnie ważny, ale poza nim jest codzienność i nie wpływa on już na moje samopoczucie gdy jestem offline. Poza tym krytykowanie, nakazywanie i wytykanie palcami to raczej nie są zachowania, które chciałabym by były naśladowane. Już nie raz przekonałam się, że to co wysyłam w świat za jakiś czas do mnie wróci dlatego wolałabym żeby ktoś nadał trochę pozytywnej energii czy miłości, bo mam wrażenie iż obecnie właśnie tego najbardziej brakuje naszemu otoczeniu. Zasady moralności zaczęły się zacierać, to co kiedyś było dziwne dziś jest normalne i aby się w tym wszystkim nie pogubić staram się oceniać tylko siebie. Dziś więc pod lupę wezmę moją osobę i wyznam Wam trochę grzechów.

Pycha


Te z Was, które znają mnie od dawna pewnie jako pierwsze pomyślały właśnie o tym. Przyznaję, że na początku prowadzenia bloga (jeszcze wciąż mi się to zdarza) wiele razy wymądrzałam się, krytykowałam i myślałam iż mam do tego prawo, bo wszystko wiem najlepiej. Chciałam być jak inne, popularne blogerki, do których przychodziły czytelniczki prosząc o pomoc i posiłkując się ich wiedzą. Niestety swoimi “mądrościami” zniechęcałam tylko wszystkich do siebie i sprawiłam, że nie mieli ochoty wchodzić na moją stronę, nawet kiedy publikowałam na niej naprawdę dopracowane posty. Dopiero po czasie zrozumiałam, że na szacunek i zaufanie trzeba sobie zasłużyć. Wymaga to czasu, dziesiątek postów i przede wszystkim ciężkiej pracy. Właśnie wtedy czytelnik zacznie wracać do mnie i prosić o rady. Autorki stron, którym zazdrościłam nie istniały od tygodnia, bo na swoich blogach miały opublikowane setki informacji okraszonych pięknymi zdjęciami i przede wszystkim wiedzą, którą zdobywały od lat. Dziś wiem bardzo dużo o kosmetykach, ale wciąż jeszcze długa droga przede mną i nie raz to co było bezdyskusyjne dziś, jutro ujrzane w innym świetle sprawiło iż zmieniłam zdanie. Obecnie jestem pewna tylko tego co sama metodą prób i błędów odkryłam po długich miesiącach eksperymentów z pielęgnacją I makijażem. Jeśli mam odmienne zdanie po prostu o nim wspominam lub daję znać co u mnie się sprawdziło lub nie. Oszczędzam innym terroryzowania i  pouczania.
Szkoda tylko, że nie miałam tego podejścia wcześniej, bo raz zepsute pierwsze wrażenie ciężko jest mi teraz naprawić :) Poza tym przekonałam się, że doradzanie czytelnikom to nie taka łatwa sprawa, a odpowiadanie na dziesiątki wiadomości może zająć nawet cały dzień. Pozostawię to więc dermatologom :)

Gniew i  chęć władzy


W większości właśnie tym przepełnione były moje posty. Spora część blogerek zachowywała się w sposób, w który mi nie odpowiadał lub nie był zgodny z moimi zasadami moralnymi. Swoimi wpisami próbowałam im uświadomić, że postępują źle, że tak się nie robi i już natychmiast niech się poprawią. Dziś wiem iż nie mam prawa nikomu mówić jak powinien postępować, nawet gdy nie jest to zgodne z tym co uważam za słuszne. Jeśli ktoś nie krzywdzi drugiego człowieka, mnie i mojej rodziny to nie powinnam się interesować jak kieruje swoim życiem, co kładzie na talerzu lub ile współprac przyjął w ostatnim tygodniu. Patrzę jak w blogosferze co chwila zostaje rozpętana jakaś burza i jedna blogerka drugiej wytyka jakieś zachowania. Obecnie rzadko zaglądam do tego typu postów i to nie dlatego, że oceniam je jako niepotrzebne. Po prostu wiem, że nie znajdę w nich informacji, które wniosłyby coś do mego życia lub nauczyłyby czegoś nowego i przydatnego. Przeważnie i tak te o których się pisze mają opinię reszty gdzieś, bo inaczej nie zachowywałyby się sposób, który według innych zasługuje na ukamienowanie. Wiem to z doświadczenia. Jeśli jednak innym tego typu posty dają to czego potrzebują nic mi do tego i po prostu trzymam się z daleka.  Jak (prawie) każda kobieta zdarza mi się słuchać plotek czy czasem rozmawiać na czyjś temat, ale nikomu już nie mówię co ma robić. Tak jak pisałam wyżej każdy ma swoje powody, które popychają go do konkretnych zachowań, a ja nie jestem Bogiem by rozliczać innych z popełnionych grzechów. 


Zazdrość


Myślę, że powyższe grzechy tak naprawdę zrodziły się z okropnej i niszczącej życie zazdrości. Oczywiście jako blogerzy nie jesteśmy w stanie całkowicie się pozbyć tego uczucia. Nie ma co próbować, bo wyeliminowanie go to misja niemożliwa. Większość z nas wkłada sporo pracy i czasu w swoje blogi, a jak to w życiu bywa karty nie są rozdawane po równo. Bardzo często dostrzegane są blogerki, które charakteryzują się cwaniactwem lub brakiem zasad moralnych. Nie mają skrupułów i regularnie kupują obserwatorów by dostawać lepsze współprace i zajmować topowe miejsca w rankingach. Osoby poświęcające wiele godzin i pieniędzy na utrzymanie poziomu swojej strony mogą wtedy czuć się oszukane i sfrustrowane, a co więcej często też mają ochotę przestać pisać na dobre. Wiele blogerek zarzeka się, że nie publikuje postów dla współprac, a robi to z czystej pasji i ja im wierzę, bo też właśnie dlatego tu jestem. Mimo wszystko każda z nas gdzieś tam w głębi duszy myśli sobie, że fajnie byłoby utrzymywać się tylko z dodawanych w blogosferze recenzji. Miło jest dostać za jeden wpis wysokopółkowe kosmetyki i dużą sumę pieniędzy na konto. Nie każdy jednak zamierza złamać wszelkie swoje zasady byle tylko to osiągnąć. Szkoda tylko, że nie ma optymalnej drogi, bo wtedy nikt nie musiałaby borykać się ze skrajnością. Nie będę też pisać iż nie zdarza mi się zazdrościć, bo byłoby to kłamstwem. Oczywiście patrzę z pożądaniem na gadżety i produkty, które mogłyby mi się faktycznie przydać, a obecnie nie mogę sobie na nie pozwolić. Teraz jednak robię to z taką różnicą, że nie czuję już złości na osobę, która pokazuje kolejną współpracę czy żalu do samej siebie, że jestem na to zbyt mało popularna. Z doświadczenia już wiem, że zakupy czy nawet najlepsze, darmowe fanty szczęścia nie dają, a nawet jeśli to tylko chwilowe. Mogę przecież spokojnie funkcjonować bez tych wszystkich Szanelów i Armanich więc łamanie własnych zasad oraz zazdroszczenie po kątach tak naprawdę nie ma sensu, bo do niczego pozytywnego nie prowadzi. Nie skupiam się już na tym kto co dostał i dlaczego, bo nie ma to żadnego wpływu na moje życie. Jeśli już zazdrość to tylko ta motywująca do działania, bo tylko jej następstwem może być coś naprawdę wartościowego. 



Chciwość


Tak jak wyżej wspomniałam nawet blogerzy, którzy piszą z pasji chętnie przyjmują oferty współpracy. I to nawet nie dla samych rzeczy, które często kosztują niewiele, ale czują się dzięki temu bardziej docenieni i szanowani. Kiedyś przecież zdarzało się to tylko najlepszym. Przyznam, że i mnie dopadła w końcu chciwość. Nie mam na myśli tu brania co popadnie, a bardziej przyjmowanie czegoś co tak naprawdę nie jest mi potrzebne. Pragnęłam mieć więcej niż mam i w końcu nabawiłam się konsumpcjonizmu. Nadmiar wszystkiego niezwykle tuczył moje oczy. Przestałam myśleć racjonalnie i skupiłam się tylko na tym by zdobyć kolejne fanty do kolekcji. Posiadanie ogromnej liczby podkładów dawało mi poczucie bezpieczeństwa, a nawet sprawiało iż czułam się lepsza od innych. Dawało mi swego rodzaju pewność siebie. W końcu jednak nadmiar rzeczy, produktów i gadżetów zaczął mnie przytłaczać, a ja zrozumiałam, że wszystkie te uczucia, które miewam wraz z ich pojawieniem się w domu są po prostu złudne oraz niestety bardzo ulotne. Wyczyściłam więc całe mieszkanie, sprzedałam wszystko to czego od dłuższego czasu nie używałam i w końcu odetchnęłam z ulgą. Skupiłam się głównie na sprawach, które dają niezapomniane wspomnienia i satysfakcję, jak spędzanie czasu z synkiem i narzeczonym, a zamiast przechadzać się po centrach handlowych zaczęłam namawiać rodzinkę na długie spacery lub zwiedzanie różnych, ciekawych miejsc. Teraz zanim coś kupię zadaję sobie kilka razy pytanie czy na pewno tego potrzebuję i możecie mi wierzyć lub nie, ale prawie zawsze odpowiadam: nie. Zaoszczędziłam dzięki temu sporo pieniędzy, a co najważniejsze czasu, który doliczył się do tego spędzanego w gronie najbliższych. Obecnie mocno filtruję też propozycje współprac i często daję sobie chwilę na ich przemyślenie. Nie poświęcam więc czasu na napisanie recenzji produktu, który tak naprawdę mi się nie przyda. Oczyszczenie domu i zredukowanie ilości posiadanych kosmetyków pozwoliło też nieco uporządkować sprawy w mojej głowie i zaoszczędziło wyrzutów sumienia gdy drogi oraz mało używany produkt musiał wylądować w koszu.

Lenistwo

Bardzo często zdarzało mi się zapominać o tym, że regularne prowadzenie bloga wymaga ciężkiej pracy i zaangażowania. Wystarczy spojrzeć na kilka miesięcy wstecz by sprawdzić jak mało postów się tu pojawiało oraz jak rzadko wpadałam do Was. Oczywiście zdarzały się wypadki losowe, które nie pozwalały mi publikować i pisać, ale często też zaglądało do mnie lenistwo. Nie bywałam tu, bo mi się po prostu nie chciało. Wolałam obejrzeć serial czy choćby iść wcześniej spać. Oczywiście nie ma w tym nic złego, bo każdy z nas potrzebuje odpoczynku, ale przyznam, że ja rościłam sobie do niego prawo zbyt często. O tym jak, kiedy i ile postów publikujemy w miesiącu każdy ustala sobie sam. Jednym przynosi satysfakcję dodawanie nowego wpisu każdego dnia, a innym wizyta w blogosferze raz na miesiąc w zupełności wystarczy. Ustalony przeze mnie wcześniej harmonogram był możliwy do zrealizowania przy moim trybie życie jednak często wygrywało z nim lenistwo i brak chęci. Im dłużej pozostawałam bierna, tym ciężej było mi tu wrócić. Wymyślałam tysiące wymówek oby tylko znowu odłożyć publikację na inny dzień. Obecnie staram się wszystko tak zaplanować by mieć wydzielony czas na pisanie oraz nie szukać pretekstów, że coś innego w tym momencie musi być zrobione. Wiem już również, że tylko ciężka praca przynosi owoce i nikt nie mówił, że będzie lekko, a mój blog nawet bez nowych postów przyniesie czytelników. Teraz pogodzenie wszystkich obowiązków wymaga ode mnie trochę poświęceń, ale satysfakcja jaką dzięki temu otrzymuję jest bezcenna i wiem wtedy, że  naprawdę było warto


                                                                 

Na koniec pragnę tylko wspomnieć, że post nie ma na celu nikogo pouczać, wyśmiewać czy szykanować. Pokazuję Wam co zmieniło się tu po tych kilku latach w blogosferze oraz jaki ma to wpływ na mnie oraz na bloga. Nie oceniam też osób, które postępują inaczej, bo nic mi do tego i wcale to nie znaczy, że jesteście lepsi lub gorsi ode mnie. Jeśli ktoś szukał sensacji czy ukrytych nazwisk to przykro mi, ale nigdy więcej nie ujrzycie tego typu postów na moim blogu. Myślę, że dość już krwi napsułam innym i nie jestem oraz nie chcę już być tą osobą. Jeśli kiedykolwiek czymś Was uraziłam to w tym momencie chciałabym przeprosić za moje niedojrzałe zachowanie i gwarantuję, że wcale się z tym nie czułam dobrze. Mam nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiała tego robić i ta długa lista wstydliwych grzechów jest ostatnią jaką tu publikuję... 




Shape-memory mask czyli innowacyjne, azjatyckie kosmetyki prosto z Rossmanna/ Hada Labo Tokyo 3D Liftng Mask


Kultowe koreańskie marki obecnie nie są już nowością w Polsce i dziś spokojnie można dostać je nawet stacjonarnie. Zazdrośni o ich sławę, europejscy producenci ostatnio prześcigają się w tworzeniu nowych serii, które dosyć mocno inspirowane są produktami ze wschodu.  Nie od dziś przecież nakłada nam się do głowy, że azjatyckie kosmetyki działają cuda, a mieszkanki tej części świata właśnie im zawdzięczają młody wygląd oraz nieskazitelnie gładką cerę. Myślę jednak, że nikt nie jest w stanie pobić Azjatów w konkurencji o najbardziej wymyślne i kolorowe formy kosmetyków. I tak dzięki Hada Labo Tokyo miałam okazję pierwszy raz w życiu testować maskę typu “shape-memory”, która zdecydowanie nie przypomina mi wcześniej stosowanych tego typu produktów. Normalnie też nie zwracam uwagi na sugerowany wiek umieszczony w opisie produktu i o ile jestem dobrze poinformowana nie znajdziecie też tego typu informacji na kosmetykach pochodzących właśnie ze wschodu. Dlaczego więc maska 40 sprawdziła się u mojej mamy, a u mnie nie?

Jak stosować kosmetyki The Ordinary? Których produktów nie można ze sobą łączyć? Przykładowy plan pielęgnacji dla każdego typu cery.

 
Źródło: Blog Caroline Hirons


Gdy pierwszy raz dodawałam tutaj post o kosmetykach The Ordinary byłam pewna, że zna je chyba każdy. Jak się później okazało marka ta wciąż nie jest tak popularna w Polsce, ale jak ktoś tylko raz o niej usłyszał to zaraz zaciera ręce i planuje zakupy. Wiem też, że sporo z Was wciąż zastanawia się, które kosmetyki będą odpowiednie dla potrzeb jego cery. Przecież asortyment marki jest ogromny i już zapoznając się z nim można dostać zawrotu głowy. Postanowiłam więc skorzystać ze strony The Ordinary oraz rad innych zagranicznych kosmetologów i blogerów by stworzyć dla Was mały poradnik po polsku, w którym znajdziecie odpowiedzi na pytania miedzy innymi: jak stosować produkty marki lub których kosmetyków nie wolno ze sobą łączyć? Dodatkowo podam też przykładowy plan pielęgnacji dla różnych typów cery. Myślę, że ułatwi Wam to wybór i pomoże zapobiec niepotrzebnym zakupom.

Jak stosować roztwory wodne i olejowe marki The Ordinary?

Producenci zalecają preparaty stworzone na bazie wody stosować przed tymi olejowymi. Czyli jeśli na przykład posiadamy olej arganowy to aplikujemy go jako ostatni krok naszej pielęgnacji. Pewnie większość z Was już o tym wie, ale wspominam tą zasadę w razie gdyby post czytał ktoś zaczynający swoją przygodę z pielęgnacją.

Jak stosować sera marki The Ordinary?

Należy pamiętać o tym by używać tylko 3 różnych roztworów serum na raz. Nie więcej.

Których produktów The Ordinary nie można ze sobą mieszać?

 
Są dwa produkty marki The Ordinary, których nie można ze sobą mieszać. Oznacza to, że jeśli chcecie je stosować, jeden z nich może być użyty tylko wieczorem a drugi tylko rano lub na odwrót, ale nie powinny być aplikowane w tym samym czasie. Mowa tu o:

Niacinamide 10% + Zinc 1%
Vitamin C Suspension 23% + HA Spheres 2%

Jak stosować produkty marki The Ordinary, które mają różne pH?

Najlepiej stosować produkty o różnym pH osobno. Dlaczego? Bo ich składniki są stabilne, użyteczne i aktywne tylko gdy są utrzymywane na podstawie ustalonych poziomów pH. Jeśli chodzi o asortyment marki The Ordinary najlepiej rozdzielić ze sobą lub chociaż poczekać jakiś czas między aplikowaniem poniżej podanych, dwóch grup produktów.

Produkty z niskim pH:

  • Salicylic Acid 2% Solution (pH 3.2-3.5)
  • AHA 30% + BHA 2% Peeling Solution (pH 3.5-3.7)
  • Glycolic Acid 7% Toning Solution (pH 3.5-3.7)
  • Lactic Acid 10% + HA 2% (pH 3.8)
  • Lactic Acid 5% + HA 2% (pH 3.8)

Produkty z wyższym pH:

  • Advanced Retinoid 2% (pH 5-6)
  • Niacinamide 10% + Zinc 1% (pH 5.5-6.5)
  • Ascorbyl Glucoside Solution 12% (pH 6-7)
  • Natural Moisturizing Factors + HA (pH 6.5-7)
  • Magnesium Ascorbyl Phosphate 10% (pH 6.5-7.5)
  • Hyaluronic Acid 2% + B5 (pH 6.5-7.5)

Jak stosować kosmetyki marki The Ordinary?





A oto przykładowa pielęgnacja dla poszczególnych typów cery:



Przykładowa pielęgnacja dla skóry z oznakami starzenia :



Rano: Buffet, Hyaluronic Acid 2% + B5

Wieczorem: Buffet, Advanced Retinoid 2%, 100% Organic Cold-Pressed Rose Hip Seed Oil 



Przykładowa pielęgnacja dla skóry z przebarwieniami:



Rano: Alpha Arbutin 2% + HA, Niacinamide 10% + Zinc 1%, Magnesium Ascorbyl Phosphate Solution 10%; 
Wieczorem: Alpha Arbutin 2% + HA, Azelaic Acid Suspension 10% lub Advanced Retinoid 2% 

Przykładowa pielęgnacja dla skóry odwodnionej:

Rano: Hyaluronic Acid 2% + B5, Natural Moisturizing Factors + HA;
Wieczorem: Hyaluronic Acid 2% + B5, 100% Plant-Derived Squalane 

Przykładowa pielęgnacja dla skóry trądzikowej:

Rano: The Ordinary Niacinamide 10% + Zinc 1%
Wieczorem: Hyaluronic Acid 2% +B5, Salicylic Acid 2% Solution, 100% Cold Pressed Rosehip Seed Oil

                                                                                               


Mam nadzieję, że ten krótki post chociaż trochę rozjaśnił Wam jak stosować produkty marki The Ordinary i co wybrać dla siebie. Na moim blogu możecie też znaleźć recenzje The Ordinary Azelaic Acid Suspension 10% (klik), podkładu The Ordinary Coverage Foundation (klik) i Niacinamide 10% + Zinc 1% i Hyaluronic Acid 2%+ B5 (klik). Dajcie znać czy już poczyniliście zakupy i jakie są Wasze wrażenia?




PS: Wybaczcie, że tabelce brak granic, ale próbowałam na różne sposoby ją tu wkleić i niestety mój szablon za każdym razem je usuwa, a mistrzem HTMLa to ja nie jestem. Trochę się nad nią napracowałam i zależało mi by tu była. Mam nadzieję, że mimo wszystko znajdziecie potrzebne Wam informacje :)




Post powstał na podstawie informacji znalezionych na stronie Deciem.com  i Honesty For Your Skin.







Angelika Gumkowska i jej "Damskie laboratorium Przepisy na domowe kosmetyki". Czego się dzięki niej nauczyłam?




Bloga prowadzę już parę ładnych lat i chociaż miałam już dłuższe czy krótsze przerwy zdobyłam dzięki niemu niemałe doświadczenie. Między innymi dowiedziałam się jakie składniki szkodzą mojej cerze i czego używać by wyglądała ładnie oraz  zdrowo. Na przestrzeni tych kilku lat zmieniałam zdanie nie raz i wypróbowałam kosmetyki o różnych właściwościach czy konsystencjach pochodzące z całego świata. Dziś wiem, że nie ma jednego, konkretnego rodzaju produktów, które by się u mnie sprawdzały na całym ciele. W mojej pielęgnacji znajdziecie kosmetyki azjatyckie, polskie, drogeryjne, wysokopółkowe czy naturalne. Co prawda te ostatnie coraz częściej pojawiają się w mojej łazience, ale na pewno nie wygryzą z niej pozostałych produktów. Myślę, że upodobanie sobie ich działania oraz regularne oglądanie Czarszki (klik) sprawiło, że zmieniłam zdanie i postanowiłam zobaczyć jak to jest ukręcić chociażby tonik od postaw. Jestem jednak zupełnie zielona w tym temacie, bo przecież nigdy wcześniej mnie on nie interesował, a mieszanie i odmierzanie jeszcze kilka miesięcy temu powodowało u mnie gęsią skórkę. Czytałam sporo artykułów w Internecie i oglądałam też różnego rodzaju filmiki instruktażowe, ale chyba najwięcej nauczyłam się z książki “Damskie laboratorium Przepisy na domowe kosmetyki”, którą wybrałam sobie w ramach współpracy z księgarnią BookMaster.pl(klik). Dziś opowiem Wam co możecie znaleźć na jej kartkach i czy warto wrzucić ją do swojego koszyka. 

Kat Von D w Polsce!/ Kat Von D Lock It Foundation Podkład kryjący/Kat von D Lock It Concealer Korektor do twarzy/Kat Von D Tattoo Liner Wodoodporny eyeliner w pisaku/Kat Von D Lock It Setting Powder Puder sypki




Panie i Panowie mam zaszczyt ogłosić iż jej wysokość królowa Kat Von D właśnie przybywa do Waszego miasta. Proszę przygotować portfele, odłożyć sobie na ten czas kilka godzin i w odświętnym ubraniu przybyć na spotkanie z naszą monarchini. Przewidujemy sporo atrakcji. Między innymi pokaz kolorowych kosmetyków, wspaniale zdobione opakowania, a dodatkowo obiecujemy jakość do pozazdroszczenia. Nasza królowa oferuje Państwu wegańskie kosmetyki o wspaniałej pigmentacji, które na pewno pokochają kobiety nie bojące się odważnego i nietuzinkowego makijażu. A tak na serio to jeszcze niedawno Anglia świętowała pojawienie się Kat Von D w Debenhams, a już od kilku tygodni Polska cieszy się, że jej kosmetyki będą w końcu na wyciągnięcie ręki. Ja znam się z nimi nie od dziś, a słynny podkład Lock It pierwszy raz kupiłam kilka lat temu. Mam jednak w zbiorach produkty, o których nigdy Wam nie pisałam i myślę, że dobrym pomysłem będzie pokazanie ich zanim pojawią się w Sephorze by choć trochę nakreślić jak się sprawują zanim ruszycie na zakupy. Bo na pewno ruszycie prawda? :)

#luxuryday/ Peter Thomas Roth Camu Camu Power Cx30 Vitamin C Brightening Cleansing Powder/ Czy czuję się jak po wizycie w luksusowym salonie kosmetycznym?



Peter Thomas Roth pewnie dla wielu z Was jest osobą mało znaną lub co gorsza właśnie dowiedzieliście się o jego istnieniu. A szkoda… Produktom sygnowanym jego imieniem daje się niebywałe komplementy. Określenie, że po ich użyciu czujemy się tak jakbyśmy właśnie opuścili luksusowy salon kosmetyczny to naprawdę imponujące pochlebstwo.  I jakie zachęcające prawda? Gość ma u mnie wielkiego plusa, bo zmagając się z trądzikiem nie spoczął na laurach i postanowił, że stworzy takie kosmetyki, które świetnie zwalczać będą strofujące nas problemy skórne. Inspiracją do skomponowania przez niego “kompletnej gamy pielęgnacji skóry” była rodzina Petera, która prowadziła w XIX wieku uzdrowisko na Węgrzech. Mogę Was zapewnić, że ten pan nie chodzi na skróty. Nieprzerwanie podróżuje po świecie szukając najlepszych składników do swoich produktów, a stawiając tylko na najnowsze technologie można rzec, że sukces ma murowany. Miałam okazję testować dwa produkty od Peter Thomas Roth i już na wstępie mogę Wam powiedzieć, że chcę jeszcze! Co prawda asortyment marki odstrasza trochę wysoką ceną i niestety małą dostępnością. Co więc mają w sobie takiego te produkty, że po pierwszym zasmakowaniu ma się tylko ochotę na więcej?

Nowości Rossmanna/ Czerwiec 2017/ Rimmel, Alterra, Barwa Siarkowa, Ginger Organic, Fa, Bourjois.



 Jest i lipiec! Początek miesiąca przynosi ze sobą najnowsze pudełko nowości Rossmanna. Czerwcowy box tak jak poprzedni wypełniony był nie tylko kosmetykami, ale i środkami czystości czy różnego rodzaju przekąskami. Kolejny raz nie mogę napisać, że czuję się zawiedziona. Nie jestem pewna tylko jednego produktu z całej dziesiątki i obawiam się, że nasze bliższe spotkanie może skończyć się tragicznie dla mojej skóry. Najbardziej ucieszył mnie fakt iż całość stanowi bardzo fajny zbiór kosmetyków, które podążają za trendami. Dzięki nim łatwo rozszyfrowałam iż dobrze nam znane marki nie chcą pozostać w tyle i mocno inspirują się aktualnie panującą modą w pielęgnacji czy też makijażu. Zabrakło mi jedynie produktów do włosów i chyba wtedy każda część ciała byłaby obdarowana. Zapraszam więc do zapoznania się z ciekawą mieszanką kolorówki, kosmetyków do ciała, twarzy oraz jednym produktem przeznaczonym do higieny intymnej. Zaczynamy!
 

Vianek Nawilżająca emulsja myjąca do twarzy i Nacomi Cleansing Oil Olejek do demakijażu/ Dobre bo polskie?



Wizyty w Polsce zawsze obfitują o nowe wrażenia, wspomnienia, znajomości i oczywiście kosmetyki. Na szczęście z roku na rok przywożę ich coraz mniej, ale za każdym razem staram się wybrać choć kilka takich, które wyprodukowane zostały w Polsce. Dziś chciałabym Wam przedstawić dwa produkty towarzyszące mi w jakże ważnym etapie codziennego oczyszczania. Dzięki niemu moja skóra zostaje porządnie oczyszczona, martwy naskórek usunięty, a nałożony rano makijaż znika bezpowrotnie w odpływie prysznica. Mimo iż staram się zdrowo odżywiać nie mam bzika na punkcie naturalnej pielęgnacji, ale lubię gdy żele do mycia twarzy i hydrolaty mają porządne składy. Myślę też, że spośród wszystkich kosmetyków najłatwiej też jest je skomponować. Zainspirowana azjatycką metodą oczyszczania twarzy już od jakiegoś czasu zaraz po płynie micelarnym stosuję olejek do demakijażu. Byłam ogromnie ciekawa jak spisze się u mnie ten z Nacomi czyli Nacomi Cleansing Oil. Jako, że zaraz po nim używam mocniej oczyszczającego żelu do mycia twarzy, który może wysuszać skórę od czasu do czasu chciałam zamieniać go na emulsję myjącą marki Vianek, która nie zawiera SLS i jest dużo łagodniejsza od przeważnie stosowanych przeze mnie produktów. Czy oba kosmetyki sprostały moim oczekiwaniom i czy jeszcze kiedyś po nie sięgnę? Zaraz Wam o tym opowiem.

Kuracja przeciwtrądzikowa kwasem azelainowym/ The Ordinary Azelaic Acid Suspension 10%


Produkty marki The Ordinary nie są już nowością na tym blogu i w mojej łazience też goszczą od dłuższego czasu. Nie da się jednak ukryć, że szał na nie ciągle trwa, a ich popularność nie słabnie ani na minutę. Posty z udziałem produktów marki wciąż są jednymi z najpopularniejszych spośród wszystkich tu opublikowanych. Ode mnie zdążyliście już usłyszeć, że oceniam je jako poprawne, a dziś dodam, że tylko kilka, dosłownie kilka (w granicach 4-6) to naprawdę super kosmetyki warte każdej złotówki. Kwas azelainowy czyli Azelaic Acid Suspension 10% zakupiłam z myślą o redukcji wyprysków i rozjaśnieniu przebarwień. Po przygodzie z poprzednimi kosmetykami The Ordinary nie spodziewałam się cudów i tym razem obyło się bez wielkich oczekiwań. Czy jednak produkt miło mnie zaskoczył? O tym zaraz chętnie Wam opowiem. 

Rozdanie z Anastasia Beverly Hills! Wygraj dowolną paletkę od ABH!



Mój blog bez rozdań nigdy nie jest taki sam i chyba weszły już one na stałe w wygląd szablonu. Poprawiłam się nawet z ogłaszaniem wyników i wygląda na to, że czas znowu przygotować kolejną porcję nagród. Ponownie chcę Wam dać szansę poznać kosmetyki marki, która jeszcze nie jest ogólnodostępna. Dziś padło na Anastasia Beverly Hills, bo prawie każda blogerka urodowa marzy o jej produktach. Mam nadzieję, że miło Was zaskoczyłam taką nagrodą :) Zanim jeszcze zaproszę wszystkich na wzięcie udziału opowiem Wam co zgarnia wylosowana osoba:

Must Have skóry trądzikowej czyli 3 produkty bez których nie umiem już żyć/ La Roche Posay Effaclar Duo, Skinoren krem i Nacomi olejek z czarnuszki



Chyba nie powinnam już więcej wspominać, że sporo czasu zmagam się z trądzikiem, jak bardzo uprzykrzył mi życie i ile kosmetyków wypróbowałam gdy próbowałam się go pozbyć. Myślę, że na łamach bloga poruszałam ten temat wystarczająco często i pewnie dość już macie czytania w kółko tej samej historii. Jestem jednak pewna, że nigdy wcześniej nie wspominałam o głównym winowajcy całego tego zamieszania. Zupełnie przypadkiem przy zdiagnozowaniu nietolerancji laktozy, okazało się iż odstawiając nabiał problem zniknął jak ręką odjął. Wypryski zaczęły się goić z dnia na dzień, a ja nie mogłam uwierzyć iż przez te wszystkie lata wystarczyło jedynie wlewać do kawy innego rodzaju mleko lub odstawić uwielbiane przeze mnie naturalne jogurty. Mój problem powinien być zwalczany od wewnątrz, nic więc dziwnego iż poczułam się strasznie głupio patrząc na tonę kosmetyków, które miały na zawsze pozbyć się trądziku. Odurzona szczęściem zapomniałam o moim rytuale pielęgnacyjnym i chyba nawet miałam zamiar wypisać się z całego tego dbania o cerę i mozolnego wklepywania “odpowiednich” produktów każdego ranka i wieczora. Wystarczyło jednak kilka dni bym zatęskniła za tą gładką i miękką cerą, optymalnie nawilżoną oraz zadbaną. Szybko też odkryłam, że wciąż przy stosowaniu mocno oczyszczających produktów do mycia twarzy, moja skóra buntuje się i kaprysi. Wsparcie kosmetyków jednak też okazało się niezbędne. Dziś chciałabym Wam pokazać produkty, które mimo wielkiego odkrycia zostały ze mną i ratują moją cerę w przypadkach gdy zjem coś nieodpowiedniego lub nałożę kosmetyk zupełnie jej nie pasujący. Oto przedstawiam więc moich wybawicieli :

Barbara Kwiatkowska "Skóra Azjatycka pielęgnacja po polsku". Uczy czy rozczarowuje?


Napisanie tego posta było dla mnie małym wyzwaniem. Na moim blogu goszczą głównie recenzje kosmetyków lub gadżetów, które również należą do tego samego świata. Już mam swój utarty schemat, który zakłada by charakteryzować każdy produkt od deski do deski, starając się wspomnieć o nawet najmniejszym szczególe. A teraz przyszło mi zrelacjonować Wam książkę nie zdradzając za wiele szczegółów, ale przedstawiając wystarczająco wiadomości byście po przeczytaniu posta bez problemu mogli zdecydować czy warto ją kupić. Ufff… Mam jednak nadzieję, że dzisiejsza recenzja choć trochę nakreśli Wam czego spodziewać się po poradniku: “Skóra. Azjatycka pielęgnacja po polsku”. Chyba jak większość właścicieli tej pozycji spodziewałam się po niej mnóstwa informacji o pielęgnacyjnych rytuałach Azjatek, czyli sporej dawki wiedzy na temat maseczek w płachcie, esencji i stosowanych przez nie kosmetyków. Byłam zaskoczona, że w całej książce autorka jedynie w znikomej ilości wspomina tytułową pielęgnację. Czy to znaczy, że czuję się zawiedziona jej treścią? 

O spełnionych marzeniach czyli Tangle Teezer z rączką/ Tangle Teezer The Ultimate Professional Finishing Hairbrush



Istnieją na rynku marki których nikomu nie trzeba przedstawiać. Czasami stoi za tym droga reklama puszczana w przerwach znanego serialu, innym razem celebryta z idealnie białymi zębami przekonujący nas, że na pewno będziemy zadowoleni lub po prostu wypuszczenie takiego produktu, który pokochają wszyscy, bo modlili się o niego dniami i nocami. Myślę, że właśnie takim wybawicielem był dziś słynny Tangle Teezer. Dzięki niemu w końcu przestaliśmy obawiać się szczotkowania, które spędzało sen z powiek i wyciskało łzy. W bardzo krótkim czasie ten cudowny gadżet zakradł się do tysięcy domów, torebek i salonów fryzjerskich. Jestem też prawie pewna, że nie tylko ja któregoś dnia zapragnęłam by wyposażony został w wygodną rączkę. Mimo wszystkich swoich zalet szczotka często wyślizgiwała się z rąk i lądowała w różnych kątach mieszkania. Niestety trochę musiałam poczekać by moje pragnienie zostało spełnione, ale było warto. I dziś przekonacie się dlaczego :)


Opisując kosmetyk zawsze w tym miejscu zaczynam od opakowania, ale dziś nie będę się skupiać na plastikowej otoczce, w której mieszka Tangle Teezer Ultimate. Ona gra tu dziś pierwsze skrzypce, bo znacznie różni się od swoich starszych sióstr i zdecydowanie nie można jej odmówić wyjątkowości. Słodki, różowy kolor jakim ją obdarzono pewnie zachwyciłby mnie jeszcze kilka lat temu, ale dziś to czarna wersja stanowczo pasowałaby mi bardziej. Szczotkę jednak znalazłam w pudełku Rossmanna i nie będę narzekać, bo chociaż na ten odcień wydaję się trochę za stara, to jednak zmieniła ona moja życie w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu. Miłość przecież czasem bywa ślepa.




Kupując szczotkę sprawdzamy przede wszystkim jak będzie rozczesywać nasze włosy, ale w przypadku tej od Tangle Teezer większość pewnie skupiło się na długo wyczekiwanej rączce. Faktycznie sporo ona zmienia, bo wygodnie leży w dłoni nawet jeśli jest mokra. Co najważniejsze ani razu nie wyślizgnęła mi się z ręki i nie prowokowała do puszczenia wiązanki brzydkich słów pod nosem. Optymalna wielkość powierzchni szczotki pozwala nawet przypadku moich długich włosów by zaledwie po kilku ruchach wszystkie były perfekcyjnie rozczesane. Zarówno suche jak i mokre. Odpowiednia konfiguracja ząbków sprawia, że łapią każdy jeden kosmyk. Zaczynając od skóry głowy aż po same końce. A całość odbywa się bez szarpania, ciągnięcia, rwania i łamania. Po wszystkim włosy pozostają miękkie, lśniące i co najlepsze nie elektryzują się. 




Wersja Ultimate podoba mi się też bardziej ze względu na mniej skomplikowane czyszczenie. Umieszczony pośrodku “przedziałek” znacznie ułatwia wyciąganie utopionych w ząbkach, pojedynczych włosów. Na koniec spłukuję kurz oraz brud pod bieżącą wodą i już cieszę się perfekcyjnie czystą szczotką. Jedyne na co można narzekać to rozmiar produktu. Ciężko znaleźć mu odpowiednie miejsce w łazience, bo jego ząbki nie są chronione przez żadną nakładkę. Trzeba bardzo uważać by się nie odkształciły, bo mogą wtedy obniżyć swoją skuteczność. Ogromnie też ubolewam, że przez to nie mogę zabrać mojej ukochanej szczotki w podróż. Będąc dwa tygodnie poza domem tęskniłam za nią każdego dnia i nie mogłam doczekać się następnego spotkania.

Nie zdradziłam dziś żadnego sekretu, bo większość z Was już wie iż kocham tę szczotkę całym sercem. Jest to zdecydowanie najlepszy tego typu produkt jaki miałam. Nie zauważyłam by Tangle Teezer Ultimate (ok. 50 zł) łamał lub niszczył włosy, a nawet dzięki niemu znacznie częściej je szczotkuję przez co wyglądają o wiele zdrowiej i ładniej. Wersję kompaktową pokonała jakiś czas temu szczotka IKOO (klik), ale tym razem poprzeczka jest zawieszona jeszcze wyżej i nie wiem czy znajdę produkt, który będzie w stanie ją przeskoczyć. 



Znacie wersję The Ultimate? Też marzyliście by Tangle Teezer w końcu miała rączkę? :)






Mój sposób na walkę z odwodnioną skórą, czyli hialuronowy mikrochirurg od Mincer Pharma/ Mincer Pharma NeoHyaluron Serum Hydroliftingujące




Posiadaczki trądziku, z którym walczyć trzeba niemal każdego dnia, doskonale wiedzą czym jest sucha i odwodniona skóra. Większość preparatów walczących z wypryskami, sprawia iż szybciej się łuszczy i brak jej witalności. Aby cera wyglądało pięknie i zdrowo, prócz regularnego usuwania martwego naskórka, należy też zadbać o prawidłowe nawilżenie. Inaczej zacznie się buntować i produkować jeszcze większe ilości rujnującego makijaż sebum. Mam już kilka faworytów w tej kategorii, ale w marcowym pudełku Rossmanna znalazłam zupełną nowość, która pewnie stojąc na drogeryjnych półkach nigdy nie zwróciłaby mojej uwagi. Mowa o ampułce przeznaczonej dla posiadaczek dojrzałej już skóry, czyli Mincer Pharma NeoHyaluron serum hydroliftingujące. Już od pierwszego użycia weszło do grona moich faworytów, a dziś Wam opowiem jak udało mu się wkraść w moje łaski.
 

Najbardziej oczekiwany podkład roku 2017/ The Ordinary Coverage Foundation/ Podkład The Ordinary- pierwsze wrażenia.


Post nie bez powodu zaczyna się od słów: najbardziej wyczekiwany podkład roku, bo za każdym razem gdy ktoś o nim wspomina pada właśnie ten slogan. Tak jakby sam produkt bez niego nie istniał. Dobre hasło i (prawie) nienaganna reputacja marki stworzyły kolejkę długą na ponad 25 tysięcy osób, które nie mogą doczekać się aż dostaną ich nowość w swoje ręce. The Ordinary wypuszczając produkty do pielęgnacji zdobyła serca setek kobiet, dzięki niskim cenom i mało skomplikowanym składom. Pewnie dlatego tak łatwo daliśmy się przekonać, że ich nowe dziecko, czyli podkłady to produkty, o których śnimy po nocach. Sama wyczekiwałam dnia aż na własnej skórze sprawdzę ich moc i czekanie tygodni na dostawę było dla mnie niczym niekończące się tortury. Na wszelki wypadek zamówiłam dwa odcienie, bo wiedziałam, że zanim podkłady kolejny raz wpadną w moje ręce to znowu miną wieki. Dziś jestem już po pierwszych testach, emocje opadły, a ja na spokojnie i bez uprzedzenia postarałam się wstępnie ocenić działanie wersji kryjącej. Zapraszam więc na najbardziej wyczekiwanych post ostatnich miesięcy, w którym główną rolę gra podkład The Ordinary Coverage Foundation.

Nowości Rossmanna/ Maj 2017/ Faromona, Janda, O'Herbal i Lorgine.


I jest udało się! W tym miesiącu nowości Rossmanna pokazuję w czas i tak jak zaplanowałam. Nie spodziewajcie się jednak morza kosmetyków, którym dotychczas Was zalewałam, bo dziś przedstawię zaledwie kilka produktów. Majowe pudełko obfitowało w mocno mieszane nowości, ale całość wybrałam bardzo świadomie i zapoznając się z każdą jedną pozycją. I tak odświeżacz powietrza do samochodu testuje narzeczony, deserek z Hippa będzie degustował synek, a dla mnie maniaczki sprzątania zostanie odwapniacz do łazienki i perfumowane perełki do prania :) Taka różnorodność w tym miesiącu zadowoli każdego. A wracając do produktów bardziej związanych z tematyką bloga to muszę Wam zdradzić, że jeden z nich sprawił iż moje serce mocniej zabiło i z niecierpliwością czekałam na pierwsze testy. Nie będę już przedłużać wstępu i zapraszam na dalszy ciąg posta, gdzie dowiecie się co mi tak wpadło w oko :)

Eliksir młodości, nawilżający sorbet i kojąca woda winogronowa. Caudalie Beauty Elixir, Grape Water i Moisturizing Sorbet.


Pewnie wielu z Was ma wrażenie, że żyje za szybko i zbyt intensywnie. Niejednokrotnie zwolnienie obrotów choć na chwilę nie jest możliwe, warto  więc wtedy wspomagać swój organizm chroniąc go przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi. I nie mam tu na myśli tylko zmiany nawyków żywieniowych, ale też zadbanie o skórę czy włosy. Nie od dziś wiadomo, że najlepsze w walce wolnymi rodnikami, które są główną przyczyną starzenia,  są cudowne antyoksydanty. Moim ulubionych ich źródłem jest zielona herbata, ale ostatnio dowiedziałam się, że super przeciwutleniaczami są też niedocenione przeze mnie pestki winogron. Dopiero francuska marka Caudalie pozwoliła mi poznać bliżej ich moc. Setki razy zastanawiałam się nad kupnem słynnego Beauty Elixiru, który ponoć inspirowany jest eliksirem młodości królowej Izabeli Węgerskiej. Marka zawsze kojarzyła mi się ze świeżością, witalnością, ale też z powiewem luksusu. Składy kosmetyków Caudalie bazują głównie na cudownym wyciągu z pestek winogron. Jeśli jesteście ciekawi czy dzięki temu świetnie działają, dziś mam zamiar odpowiedzieć na to pytanie :)
 

Nowości Rossmanna/ Kwiecień 2017/ Jantar, AA, Eveline, Long4lashes, Nivea, Wella itd.






Kolejny raz przychodzę podzielić się z Wami zawartością czerwonego pudełka pełnego nowości Rossmanna. Oprócz sporej ilości kosmetyków, wewnątrz znalazłam też prośby od producentów by nie oceniać jeszcze opakowań produktów. Czasami dostajemy je w wersji próbnej, jeszcze nie oszlifowanej, a w dniu premiery prezentują się nieco inaczej. Nigdy nie wspominałam Wam też, że na blogu pokazuję tylko kosmetyki, specjalnie pomijając produkty z innej kategorii. Często wewnątrz pudełka znajdujemy też jedzenie czy środki czystości, a nawet ręczniki. Po prostu wszystko to co można dostać wchodząc do drogerii Rossmann. Jestem jednak pewna, że większość wpada tu obejrzeć mazidła, kremy i balsamy. Dziś więc zapraszam na przegląd tej kosmetycznej części pudełka Rossmanna (znów późno w tym miesiącu, ale za to nie są to zapowiedzi, a bardziej ogólne opisy).  Do dzieła!

Nauka zdrowego odżywiania i życia według zasady slow life oraz kurs olewania w kilka tygodni, czyli o popularnych książkach słów kilka.


Mam wrażenie, że obecnie czytanie znowu stało się modne. I nie przeszkadza mi nawet to, że często stoją za tym współprace czy popularne ostatnio zdjęcia z filiżanką kawy, bukietem tulipanów i koniecznie w towarzystwie skandynawskiego koca z grubej wełny. Liczy się fakt, że inicjatywa wydawnictw popycha nas do sięgania po książki częściej i chętniej, a to zawsze fajna sprawa. Dużo ciekawiej posłuchać o nowo przeczytanej powieści czy pouczającym poradniku niż drogich butach sąsiadki, na które pewnie ją nie stać. Oczywiście potwierdzam, że w kółko powielające się tytuły na Instagramowych zdjęciach mogą w końcu zacząć irytować, zwłaszcza gdy przedstawiane są ciągle w tym samym kontekście. Jednak pewnie nikt nie zaprzeczy iż potrafią też zasiać ziarno ciekawości i zachęcić do przeczytania polecanych pozycji. Co ciekawe odkryłam również, że często fotografowane książki lubiane są przez większość czytelników, a nie tylko grono tych obdarowanych. Specjalnie dla Was praktycznie jednym tchem przeczytałam kilka popularnych pozycji i dziś podzielę się swoją opinią na ich temat. Jeden poradnik mnie bardzo pozytywnie zaskoczył, drugi sporo nauczył, a trzeci nieco rozczarował. Domyślacie się już kto będzie na podium?

Nowości Rossmanna/ Marzec 2017



Regularność przedstawiania Wam nowości Rossmanna zdecydowanie zaczęła kuleć, sypać się i błagać o jakieś uporządkowanie lub chociaż zmianę w sposobie demonstrowania. A wszystko powinno odbywać się szybko, krótko i cyklicznie. Od dziś będę przybliżać Wam zawartość pudełka zanim wyrobię sobie konkretną opinię o każdym produkcie, bo rozgrzebanie wszystkich kosmetyków i roznoszenie ich po domu zdecydowanie utrudnia późniejszą spójną recenzje. Najbardziej interesujące Was nowości postaram się po czasie opisać osobno lub chociaż podzielić na kilka postów. Myślę, że ta metoda pomoże w zachowaniu ciągłości i dzięki niej pokażę  faktycznie najnowsze produkty, które jeszcze nie zostały obgadane oraz nie zdążyły wpisać się na listę spamu. Chętnie odpowiem na każde pytanie,  rozwieję wątpliwości i podpowiem jaki kosmetyk najbardziej się opłaca wybrać. Najpierw jednak sprawdźcie co znajduje się w marcowym pudełku Nowości Rossmanna.

Mgiełka utrwalająca makijaż bez alkoholu. Czy to może się udać?/ Vipera Utrwalacz Makijażu/ Cera tłusta trądzikowa


Dla posiadaczek cery trądzikowej makijaż często jest koniecznością i  skrupulatnie wykonują go każdego ranka starając się ukryć szpetne blizny lub nowe zmiany skórne.  Nawet kiedy nie mają na to ochoty lub czasu. Jeśli w pakiecie dostają również tłustą skórę to oprócz zakrycia wyprysków, muszą jeszcze starać się wykonać trwały oraz nieszkodzący cerze makijaż. Myślicie pewnie, że wydaje się to skomplikowane i faktycznie tak jest. Znalezienie odpowiedniej pielęgnacji, podkładu i pudry to wcale nie prosta sprawa. Przynajmniej dla mnie. Bazy pod makijaż przeważnie zapychają, a mgiełki utrwalające zawierają szkodliwy alkohol, który przy codziennym stosowaniu podrażnia cerę. Marka Vipera to dla mnie totalna nowość, a ich seria do skóry trądzikowej zdecydowanie zasługuję na lepsze poznanie. Moją uwagę najbardziej przykuła mgiełka dedykowana problematycznej cerze, która jest beztłuszczowa i co najważniejsze bezalkoholowa. Czy w takim razie może być skuteczna? 

Najlepszy drogeryjny peeling prosto z Korei za mniej niż 25 zł! / I Want Deep Peeling Gel


Znalezienie sposobu na ujarzmienie trądzikowej cery to jedne z największych wyzwań w moim życiu. Testowałam całą masę produktów, wydałam naprawdę sporo pieniędzy i godzinami studiowałam składy. Na szczęście wszystko to nie poszło na marne i dziś już wiem jak wygląda przepis na piękną cerę. By była gładka, pozbawiona wyprysków i zaskórników potrzeba jej trzech etapów pielęgnacji: oczyszczania, złuszczania i nawilżania. Wystarczy, że w jednym z nich popełniam błąd, a wszystko wali się jak domek z kart. Przez dobre kilka tygodni muszę cieszyć się obecnością nieprzyjaciela, który nigdy nie chce odejść bez śladu. Zawsze po sobie coś pozostawia, a wtedy żegnajcie lekkie i mało kryjące podkłady. Ostatnio opowiadałam Wam o piance do mycia twarzy, a dziś pragnę przejść do kolejnego etapu czyli złuszczania. Oprócz kwasów, które są podstawą mojej wieczornej pielęgnacji, co dwa dni sięgam jeszcze po peelingi. Wiecie już, że lubię Almond Scrub od Make Me Bio, ale pod moim prysznicem mieszka ktoś znacznie ważniejszy. Tylko kilkanaście zdań dzieli Was od poznania mojego koreańskiego ulubieńca, którego nie mogę już dłużej trzymać w tajemnicy. Dziś prawda wyjdzie na jaw, a ja na początek przedstawiam I Want Deep Peeling Gel (24 zł) , który znajdziecie wyłącznie w drogeriach Hebe.

#luxuryday/NARS Soft Matte Complete Concealer + jak czyścić kosmetyki NARS?


Z ręką na sercu przyznaję się, że moja największa słabość to kosmetyczne nowości. Właśnie one winne są złamanych obietnic, zbyt wczesnego porzucania odwyku i bezlitosnego męczenia konta w banku. Posiadam kilka korektorów, ale zawsze przyda się nowy, bo może być lepszy, trwalszy i ładniejszy. A już na pewno nie odmówiłabym czarnym, minimalistycznym opakowaniom jednej z moich ulubionych marek. Wystarczyło jedno spojrzenia na najnowszy korektor NARS Soft Matte Complete Concealer by dać mi pewność, że musi być mój. Nie czekałam na pierwsze recenzje, testy i werdykty. Brałam w ciemno i byłam niemal pewna, że się nie zawiodę. Myślę, że od kiedy tylko zamieszkał w mojej toaletce, ciężko mu znaleźć przyjaciół i cała reszta patrzy na niego mało przychylnym wzrokiem. Dziś opowiem Wam skąd się ta niechęć wzięła i czy udało mu się dorównać działaniem swojemu starszemu bratu- korektorowi NARS Radiant Creamy Concealer.  



Na temat słoiczków już się wypowiadałam. Coraz częściej mi przeszkadzają, a już najgorsza ich forma to rozmiar mini. Tak jak pisałam wyżej kocham czerń i minimalizm NARSa, ale korektor bez aplikatora jest jeszcze gorszy niż podkład bez pompki. Ciężko wydobyć go tak by zawartość nie znalazła się pod paznokciami co jest zarówno niehigieniczne jak i mało ekonomiczne. Oczywiście możemy użyć do tego mini gąbeczki, ale nie każdy ją posiada, a zabranie produktu w podróż zmusza nas do wzięcia mu towarzystwa na co oczywiście rzadko jest miejsce. Ten malutki, zgrabny pojemniczek wygląda naprawdę ślicznie i nie zajmuje sporej powierzchni, ale niestety nie jest praktyczny i utrudnia życie. Jeśli kiedykolwiek miałyście styczność z kosmetykami NARS to wiecie, że ta piękna, elegancka czerń prezentuje się nienagannie tylko przez pierwsze kilka użyć. Często wykorzystywane opakowania brudzą się tak mocno iż po czasie nie mogę ich już doczyścić. Straszyły mnie więc przy każdym użyciu i odbierały całą radość z wykonywania makijażu. Po prostu nie dało się do tego przyzwyczaić. Na szczęście udało mi się temu zaradzić. By pozbyć się śladów po podkładzie czy korektorze właśnie wystarczy użyć… gumki do ścierania. Kilka przetarć i opakowanie wygląda jak nowe! Genialne, a zarazem banalne :)


Przed czyszczeniem
Po czyszczeniu
Po omówieniu niezbyt przyjemnego wydobywania produktu skupię się na pozytywach. Producent obiecuje, że korektor perfekcyjne zaciera, tuszuje i wygładza niedoskonałości. Oczywiście zgadzam się. Jest naprawdę świetnie napigmentowany i wystarczy odrobina by idealnie zakrył wszystko, a już na pewno piegi, wypryski i cienie pod oczami. Obejdzie się bez dokładania kolejnych warstw i kombinowania z kamuflażem. Na reklamach widziałam iż produkt prezentowany jest właśnie by zamaskować przebarwienia czy niechciane wypryski, a ja chciałam aplikować go pod oczy. Była więc szansa, że się w tym nie sprawdzi i zaczęłam nawet wątpić w słuszność zakupu. Nieco uspokoiła mnie kolejna zachęta producenta czyli zapewnienie o lekkiej formule i naturalnym efekcie drugiej skóry. Musiałybyście zobaczyć mnie podczas pierwszej aplikacji, gdy z otwartą buzią podziwiałam efekt jaki osiągnęłam dzięki Soft Matte Concealer. Produkt idealnie ukrył zasinienia i worki pod oczami, a mimo to wydawał mi się lekki jak piórko. Ja go wcale nie czuję na skórze i szybko zapominam, że właśnie przed chwilą aplikowałam korektor! Bez wysuszania czy obciążania cery. Bez zbierania się w załamaniach i zmarszczkach. Bez ścierania i migracji po całej twarzy. Bez tego wszystkiego o co ciągle oskarżamy inne tego typu produkty.  Idealna trwałość, działanie i pigmentacja. Jednym słowem: hit!
Odcień: Light1: Chantilly
Te z Was, które posiadają Radiant Creamy Concealer pewnie zastanawiają się czy Soft Matte jest lepszy od starszego brata. Według mnie bezapelacyjnie. Jedyne czego może mu pozazdrościć to wygodniejsze opakowanie. Poza tym jest lżejszy oraz bardziej trwały. Od kiedy mam go na swojej toaletce żaden inny nie może się mu równać. Oczywiście dalej uważam, że Radiant Creamy Concealer jest świetny, ale jak widać są lepsi (choć trudno w to uwierzyć).

Nie wiem czy jest sens pisać podsumowanie i kilka końcowych zdań, bo przecież znacie już werdykt. Post aż krzyczy, że jestem zakochana w NARS Soft Matte Concealer i nie będę tego ukrywać. Mój numer jeden, odkrycie życia i święty Graal. Po prostu miłość :)



"Błyszczeć powinnaś Ty, a nie Twoja skóra"/ Make Me Bio Featherlight i Almond Scrub




Wielkimi krokami zbliża się do nas długo oczekiwana przeze mnie wiosna. Słońce, śpiew ptaków o poranku, zielona trawa, spacery po łące w idealnie zaplecionym wianku i ta niewyobrażalna siła, która wstępuje w nas gdy tylko wszystko zaczyna budzić się do życia. To właśnie wiosną mam ochotę wszystko zmienić, zacząć od nowa i zacisnąć więzi z otaczającym mnie światem. Porzucić mieszkanie w mieście, zbudować szałas i nigdy nie dopuszczać do niego człowieka, który potrafi zainstalować Internet. Chciałabym wtedy być bliżej natury, odżywiać się zdrowo, wstawać wraz ze wschodem Słońca, a moje stylizacje dopełniać powinny jedynie płócienne torby. Zero konsumpcjonizmu jedynie slow life, pielęgnowanie weny i wolność. Na szczęście co roku jest to jedynie natchnienie, mała myśl i plan, który raczej nigdy nie zostanie zrealizowany. Uważam za bardzo mało prawdopodobne iż kiedykolwiek będę miała warunki lub odwagę by tak egzystować. Swego czasu zastanawiałam się również nad wprowadzeniem u siebie jedynie naturalnej pielęgnacji, ale dziś wiem iż moja skóra i włosy raczej by mi za to nie podziękowały. Nie oznacza to jednak, że jest mi obca i myślę, że nawet ostatnio rozczarowuje mnie znacznie rzadziej. Staram się jednak dobierać tego typu kosmetyki idealnie pod wymagania skóry, bo nie każdy olejek idealnie współgra z trądzikową cerą, a niektóre ekstrakty potrafią nieźle uczulić. Krem Make Me Bio Featherlight (ok. 69 zł) i peeling Almond Scrub (ok. 32 zł) nie sprawiły, że zaczęłam żyć w zgodzie z naturą, ale czy mogłyby być do tego świetnym wstępem?

Czy będę bić pianę?/ Ava Łagodząca Pianka Oczyszczająca z aloesem i witaminą B3.




Gęsta, mięciutka i delikatna piana może przywodzić różne skojarzenia. Mi chociażby od razu przed oczami staje piękna bogini miłości Afrodyta, która ponoć została z niej narodzona. Myśląc bardziej przyziemnie wspomniałabym o relaksie, wannie z ciepłą wodą i chwili tylko dla siebie. Na szarym końcu, gdzieś pomiędzy maszyną do pisania, a walkmanem znalazłaby się pianka do mycia twarzy. Nie pamiętałam o niej latami i przez chwilę nawet miałam wrażenie, że w tej kategorii nigdy nie znajdę produktu odpowiedniego dla siebie. Te, które pamiętam z dawnych lat niemożliwie wysuszały skórę i bezlitośnie ją podrażniały. Dopiero bardzo ciekawa marka Ava, która kusiła aloesem wysoko w składzie, była w stanie mnie przekonać do ponownego wprowadzenia pianki na salony. Produkt, o którym dziś opowiem pochodzi z nieznanej mi serii #young. Ta drobna sugestia raczej mi nie przeszkadza, chociaż dziwię się, że producenci znanych marek zapominają iż w dzisiejszych czasach trądzik dotyczy też dorosłych. Nie czuję się jednak dotknięta i zniechęcić się nie dałam dzięki czemu dziś możecie dowiedzieć się jak oceniam Łagodzącą piankę oczyszczającą z aloesem i witaminą B3 (ok. 24zł).

Na czym bazuję?/ NYX Pore Filler, Clarins Beauty Flash Balm, MAC Skin Base Visage, Algenist Pore Control Primer.



Każdy malarz wie, że obraz najlepiej wygląda na ładnym, nieskazitelnym płótnie. Bazy pod makijaż stały się dla mnie właśnie takim wstępem odgrywanym zanim sięgnę po pędzel. Wymagać można od nich wiele i tak na przykład ja sama pragnę by utrzymywały makijaż w idealnym stanie przez długie godziny, ułatwiały aplikację podkładu i nieco podnosiły jego atrakcyjność oraz niwelowały widoczność porów. Chociaż bardzo bym chciała to nie sięgam po nie każdego dnia, bo niestety większość by dać mi to czego pragnę, wypełniona jest substancjami, które z moją cerą zwyczajnie się nie dogadują. Poszukując bazy idealnej do codziennego stosowania powoli skłaniam się by spróbować czegoś z naturalnymi komponentami, ale zanim rozpocznę kolejne testy pokażę Wam co dotychczas maglowałam. Przygotujcie się więc na spotkanie z takimi markami jak MAC, Clarins, NYX i Algenist. Każda z nich dała swoje propozycje, a ja zadbam o to byście dowiedziały się wszystkiego czego potrzebujecie. Startujemy :)

Wyniki Rozdania z paletką Too Faced! Jest zwycięzca!



Kochane nie bijcie, wybaczcie i darujcie. Wiem, że wieki czekałyście na wyniki rozdania i z ręką na sercu obiecuję, że to ostatni raz i więcej nie mam zamiaru tego powtarzać. Nigdy wcześniej nie miałam tyle zgłoszeń, a do tego mnóstwo z nich niestety nie było zgodne z regulaminem. Nie trzeba zakładać bloga by mieć szansę na obserwowanie mojej strony i to, że go nie posiadacie nie zwalnia Was z tego warunku. Spora część osób jednak szukała mnóstwa wymówek by ominąć regulamin i dostać nagrodę pomimo ignorowania go. Zawsze moje czytelniczki traktuję z szacunkiem i doceniam to, że udostępniłyście post kilka razy na Instagramie, ale nie mogę w zamian za to pozwalać na ignorowanie zasad. To by było nie fair w stosunku do reszty. I nie możecie się ze mną w tym temacie nie zgodzić.

Szybko kończę te informacje początkowe, bo i tak za długo już czekacie. A oto co zgarnia dziś zwycięzca: 




Najważniejsza premiera w historii pielęgnacji i kosmetyki za grosze! The Ordinary Niacinamide 10% + Zinc 1% i Hyaluronic Acid 2% + B5.



Chwalą blogerki i jutuberki. Gwiazdy i wizażyści. Mało sławni oraz niezwykle popularni. Wspaniałe działanie, proste składy i uczciwość,  a to wszystko za grosze. Myśleliście, że właśnie opisuję produkty z moich snów? Te które widzę położywszy głowę na śnieżnobiałą, miękką poduszkę późnym wieczorem po odprężającej kąpieli? Najlepsze w całym tym wydawałoby się utopijnym wstępie jest to, że wspominam o kosmetykach, które istnieją i dostępne są do kupienia nawet dziś.  Produkty The Ordinary nigdy nie walały się zapomniane gdzieś po mało znanych blogach. Spadły na nas jak grom z jasnego nieba pokazując się od razu w rękach lubianych wizażystów i wzdycha do nich nie jeden guru z kolorowego świata makijażu. Wszędzie gdzie spojrzę widzę falę zachwytów i tyle komplementów, że żadna kosmetykoholiczka nie spocznie póki te produkty nie znajdą się pod jej dachem. Sama skusiłam się na razie na dwie niepozorne buteleczki i wciąż zastanawiam się nad kolejnymi. Czy to oznacza, że powielę nikogo nie dziwiące już zachwyty?

Odsyłam toniki do lamusa!/ Mokosh Hydrolat malina z aloesem.


Gdybym miała wymienić kosmetyki, które mają najkrótszy staż pod moim łazienkowym lusterkiem, to pewnie tonik znalazłby się na jednym z pierwszych miejsc. Zaraz po kremie pod oczy. Często zastanawiałam się po co one ludziom do szczęścia i czy faktycznie są niezbędne w mojej pielęgnacji? Przyszedł jednak kiedyś taki dzień, w którym i ja zdecydowałam się upchnąć tonik gdzieś pomiędzy żel do mycia twarzy, a serum. Szybko jednak zrozumiałam iż te przeznaczone do problematycznej cery bardzo często mają w swoim składzie alkohol, który zdecydowanie nie dogaduje się z moją cerą. Mimo wszystko ciągle nienasycona kosmetyczna ciekawość pchała mnie do poszukiwania czegoś delikatnego, naturalnego, nawilżającego i co najważniejsze bez żadnego wysuszania i podrażniania. Aplikując nawet najłagodniejsze żeli czy pianki do mycia twarzy, zaraz po ich użyciu wypadałoby uzupełnić to co zmyliśmy wraz z makijażem i nadmiarem sebum. Tonik powinien, a nawet musi wypełniony być po brzegi składnikami nawilżającymi oraz kojącymi, a już medal mu się należy jak jeszcze da radę pomieścić antyoksydanty. Wystarczy znaleźć idealny tego typu produktu, a na pewno nigdy więcej nie pominiecie tak ważnego kroku w swojej pielęgnacji. Hydrolat malinowy marki Mokosh tonikiem nie jest, ale czy może go zastąpić?


Nowości Rossmanna/Garnier, Biały Jeleń, Rimmel, Barwa Siarkowa, L'oreal, Sally Hansen.





Po długiej przerwie wracam z nowościami Rossmanna. Ostatnio dopisuje mi niezwykłe szczęście w wyborze zestawów i rzadko trafiam na produkty, które  by mnie zawiodły. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego jak marki się rozwijają, podążają za modą i co najważniejsze starają się spełniać potrzeby swoich klientów. Kosmetyki, które kiedyś pozostawały tylko w sferze marzeń, dziś są dostępne od ręki i za niewielką cenę. Bez względu na to jaką mamy cerę i potrzeby pielęgnacyjne. Moja wizyta w Rossmannie zawsze kończy się przynajmniej godzinnym dreptaniem, czytaniem składów i oglądaniem kosmetyków, które normalnie nie są dla mnie łatwo dostępne. Przeważnie interesują mnie produkty polecane przez Was, a wśród nich takie marki jak: Bielenda, Isana, Tołpa, Tami czy Nacomi. Nigdy nie wychodzę z pustym koszykiem :) Dziś też przygotowałam dla Was listę fajnych nowości i mam nadzieję, że po zapoznaniu się z nią również nie wyjdziecie z drogerii z pustymi rękoma. A co więcej wyniesiecie z niej produkt, który bardzo polubicie. 



#luxuryday Hourglass Veil Mineral Primer





Ulotki na bazach pod makijaż potrafią obiecać wiele. Wygładzenie zmarszczek, zmniejszenie widoczności porów, rozświetlenie czy efekt matowej cery przez cały dzień. Są jak złota rybka, która spełnia marzenia, chociaż czasem ponoć mogą sprostać więcej niż trzem życzeniom. Od lat na straży trwałości mojego makijażu stał podkład. To on miał być tym najważniejszym fundamentem, bez którego nie byłoby o niej mowy. Bazy na mojej toaletce goszczą od niedawna, gdy zakochana w rozświetlonym makijażu postanowiłam zerwać z matem. Szukając wymarzonego efektu porwałam się na azjatyckie kremy BB, które według mnie najlepiej potrafią odtworzyć ten look. Niestety ładnie w nim prezentują się tylko policzki, bo błyszcząca strefa T wygląda po prostu nieestetycznie. Wtedy to postanowiłam odnaleźć bazę, która zajęłaby się tylko tym miejscem na twarzy, ale przy okazji nie wpłynęłaby negatywnie na stan problematycznej cery. Sama nazwa Hourglass sprawia iż zadzieramy głowę w górę i szukamy jej na górnych półkach. Kojarzy mi się z luksusem i dbaniem o każdy najdrobniejszy szczegół. Nie wahałam się ani chwili, gdy zachwycone blogerki w kółko powtarzały, że ich baza Veil Mineral Primer jest najlepszym tego typu produktem do cery tłustej. Dodatkowo skusił mnie fakt iż jest to kosmetyk mineralny, więc nie podejrzewałam go o żadne szkodliwe dla mojej cery składniki. Czy droga baza gwarantuje nam skuteczność i satysfakcję?

Moje pierwsze spotkanie z pudrem ryżowym. Wibo Rice Powder Total Matt Effect






Od lat rozkochana w podkładach, które wśród całej kolorówki zajmują pierwsze miejsce w moim sercu, po macoszemu traktowałam pudry. A przecież stawiają kropkę nad i, również ponosząc odpowiedzialność za trwałość makijażu. Obdarzona tłustą, szybko błyszczącą się cerą, od lat sięgam po pudry matujące, ale rzadko zwracałam uwagę na umieszczoną z tyłu opakowania etykietę oraz skład. Nigdy nie podejrzewałam ich o pogorszenie stanu cery, chociaż wiedziałam iż nie wszystkie mają na nią zbawienny wpływ. Oczywiście pewnie nie zaskoczę Was pisząc, że korzenie pudru ryżowego sięgają Azji, bo właśnie tam był najczęściej stosowany do makijażu oraz oczyszczania cery. Świetnie absorbuje on sebum i zapobiega błyszczeniu się skóry. O tego typu kosmetykach słyszałam już dawno, jednak ich sypka forma nie do końca mi odpowiada. Zawsze kojarzą mi się z wystrojoną gejszą, która przed wyjściem obficie pudruje twarz, puszczając w powietrze kłęby białego proszku. Produkty prasowane znacznie łatwiej się przechowuje oraz aplikuje, bo mam przynajmniej pewność, że moja niezdarna osoba nie obdzieli nimi ubrań, a już usuwanie białego pyłu z czarnej toaletki to prawdziwy koszmar. Rice powder Total Matt Effect jest nowością marki Wibo, na którą czeka sporo z Was, dlatego dziś dowiecie się ode mnie nieco więcej na jego temat. Myślicie, że zmieni moje podejście do sypkiej formy pudrów? Odpowiedź znajdziecie poniżej :)
© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig