#luxuryday Hourglass Veil Mineral Primer





Ulotki na bazach pod makijaż potrafią obiecać wiele. Wygładzenie zmarszczek, zmniejszenie widoczności porów, rozświetlenie czy efekt matowej cery przez cały dzień. Są jak złota rybka, która spełnia marzenia, chociaż czasem ponoć mogą sprostać więcej niż trzem życzeniom. Od lat na straży trwałości mojego makijażu stał podkład. To on miał być tym najważniejszym fundamentem, bez którego nie byłoby o niej mowy. Bazy na mojej toaletce goszczą od niedawna, gdy zakochana w rozświetlonym makijażu postanowiłam zerwać z matem. Szukając wymarzonego efektu porwałam się na azjatyckie kremy BB, które według mnie najlepiej potrafią odtworzyć ten look. Niestety ładnie w nim prezentują się tylko policzki, bo błyszcząca strefa T wygląda po prostu nieestetycznie. Wtedy to postanowiłam odnaleźć bazę, która zajęłaby się tylko tym miejscem na twarzy, ale przy okazji nie wpłynęłaby negatywnie na stan problematycznej cery. Sama nazwa Hourglass sprawia iż zadzieramy głowę w górę i szukamy jej na górnych półkach. Kojarzy mi się z luksusem i dbaniem o każdy najdrobniejszy szczegół. Nie wahałam się ani chwili, gdy zachwycone blogerki w kółko powtarzały, że ich baza Veil Mineral Primer jest najlepszym tego typu produktem do cery tłustej. Dodatkowo skusił mnie fakt iż jest to kosmetyk mineralny, więc nie podejrzewałam go o żadne szkodliwe dla mojej cery składniki. Czy droga baza gwarantuje nam skuteczność i satysfakcję?

Moje pierwsze spotkanie z pudrem ryżowym. Wibo Rice Powder Total Matt Effect






Od lat rozkochana w podkładach, które wśród całej kolorówki zajmują pierwsze miejsce w moim sercu, po macoszemu traktowałam pudry. A przecież stawiają kropkę nad i, również ponosząc odpowiedzialność za trwałość makijażu. Obdarzona tłustą, szybko błyszczącą się cerą, od lat sięgam po pudry matujące, ale rzadko zwracałam uwagę na umieszczoną z tyłu opakowania etykietę oraz skład. Nigdy nie podejrzewałam ich o pogorszenie stanu cery, chociaż wiedziałam iż nie wszystkie mają na nią zbawienny wpływ. Oczywiście pewnie nie zaskoczę Was pisząc, że korzenie pudru ryżowego sięgają Azji, bo właśnie tam był najczęściej stosowany do makijażu oraz oczyszczania cery. Świetnie absorbuje on sebum i zapobiega błyszczeniu się skóry. O tego typu kosmetykach słyszałam już dawno, jednak ich sypka forma nie do końca mi odpowiada. Zawsze kojarzą mi się z wystrojoną gejszą, która przed wyjściem obficie pudruje twarz, puszczając w powietrze kłęby białego proszku. Produkty prasowane znacznie łatwiej się przechowuje oraz aplikuje, bo mam przynajmniej pewność, że moja niezdarna osoba nie obdzieli nimi ubrań, a już usuwanie białego pyłu z czarnej toaletki to prawdziwy koszmar. Rice powder Total Matt Effect jest nowością marki Wibo, na którą czeka sporo z Was, dlatego dziś dowiecie się ode mnie nieco więcej na jego temat. Myślicie, że zmieni moje podejście do sypkiej formy pudrów? Odpowiedź znajdziecie poniżej :)

Klairs Gentle Black Deep Cleansing Oil i Foamers kostka węgiel bambusowy, czyli z wizytą w najlepszym koreańskim markecie.






Trendy w branży urodowej zmieniają się praktycznie co sezon. Przeważnie są to jedynie lekko odkurzone i nieco unowocześnienie pomysły z poprzednich epok. Mam jednak wrażenie, że “moda” na koreańską pielęgnację wcale nie słabnie, a wręcz przeciwnie- interesuje się nią coraz większa liczba osób. Jestem ogromnie ciekawa co Was w niej urzeka? Może skutecznym wabikiem jest piękna, nieskazitelna i zdawałoby się, że wiecznie młoda skóra Koreanek? Mnie na pewno przyciągają oryginalne opakowania i niebanalne składy. Co najważniejsze, czasami po użyciu niektórych koreańskich kosmetyków, aż ma się ochotę zakląć z aprobatą pod nosem i stwierdzić: to naprawdę działa! Nie mogę jednak przyrzekać, że ufam bezgranicznie każdemu produktowi pochodzącemu ze wschodu. Moja bardzo wymagająca cera zmusza mnie do analizowania każdego składu i skrupulatnego obserwowania cery po użyciu tego typu produktów. Niczym Sherlock studiuję wszystkie substancje i sprawdzam czy, aby na pewno nie zrobią mi krzywdy. W azjatyckiej pielęgnacji razi mnie ogromna ilość alkoholu i parafiny, które upychane są w masie kosmetyków. Nawet tych, które dedykowane są skórze trądzikowej. Mimo wszystko ich produkty potrafią działać u mnie cuda i często nie kosztują więcej niż nasze drogeryjne kosmetyki, które w większości mają jeszcze gorsze składy. Znudzona wciąż tymi samymi markami uwielbiam zagłębiać się w azjatyckie trendy i produkty, które są tak różnorodne i barwne, że przeglądając je można utknąć na długie godziny, gdy kawa już ostygnie, a nasz żołądek zacznie domagać się zainteresowania. Jeśli mnie czytacie to pewnie już wiecie, że nie zawsze nasza przygoda kończyła się happy endem. Jednak po małym detoksie postanowiłam dać im jeszcze jedną szansę. Z pomocą przyszedł mi sklep Rare Beauty Market i przyznam, że nie musiał mnie wcale długo namawiać na współpracę. Czy dziś mam im za co dziękować?


Jak przygotować się na wielkie wyjście? Plan pielęgnacji cery: kosmetyki drogie i ich zamienniki.




Ciężko żyje się w świecie, w którym tak wielu ludzi pragnie być głównie piękna, zgrabna i wysportowana. Każdego dnia telewizja oraz bilbordy pokazują nam idealne kobiety z porcelanową cerą i kształtnymi ustami, a najnowsze poradniki uczą jak schudnąć w tydzień, dorabiając się przy tym bujnej czupryny. Stosunkowo nowe słowo selfie zna już prawie każdy i nie ma wydarzenia na którym by go zabrakło. Drogeryjne półki  coraz częściej oferują nam podkłady czy inne kosmetyki kolorowe, których zadaniem jest sprawić byśmy prezentowały się na zdjęciach iście filmowo. Nic dziwnego więc, że zawsze przed wielkim wydarzeniem staramy się bardziej dbać o cerę, ciało i włosy. Osobiście nie jestem zwolenniczką obsesyjnej pielęgnacji na raty, bo uważam, że tylko systematyczność okraszona odpowiednimi dla naszej cery kosmetykami stoi za zdrową i zadbaną cerą. Zdaję sobie jednak sprawę, że dzisiejszy świat pędzi szybko, nie zatrzymuje się ani na minutę i chociaż bardzo bym chciała, to nie każda kobieta ma ochotę i czas na skrupulatne wklepywanie w swoją cerę kilku zbawiennych produktów. Szczególnie przed snem czy zanim wyjdzie do pracy. Dziś więc przygotowałam krótki poradnik jak troszkę podreperować skórę twarzy przed wielkim wyjściem by zawsze być gotowym na idealne selfie :) Specjalnie dla Was znalazłam też kilka zamienników dla mojego niezbędnika, w większości wyposażonego kosmetykami z wyższej półki. Będzie ciekawie!

Silikonowy aplikator SiliSponge. Czy będzie następcą Beauty Blendera?



Wszystkim znane blogerki czy youtuberki już jakiś czas temu wylądowały na celowniku marek, które próbują wykorzystać ich popularność do wypromowania swojego produktu. Niestety był to początek końca ery zawsze “czystej“ i obiektywnej oceny. Mam nawet wrażenie iż wspominanie o tym, że otrzymanie produktu w ramach współpracy nie jest jednoznaczne z pozytywną opinią, po prostu nie ma już sensu. Na pewno przez te wszystkie lata znacznie straciłyśmy na autentyczności, a na każdy opis produktu z barteru czytelnicy patrzą podejrzliwie i z niemałą rezerwą. Nawet wtedy, gdy jesteśmy czyste jak łzy. Są jednak “gwiazdy”, które potrafią sprzedać dosłownie wszystko. Wystarczy odpowiednia kwota i promocja, a zgodzą się powiedzieć co tylko producent zechce. Sama też łapię się na tym, że kupuję dany kosmetyk, bo poleca go znane guru kosmetyczne i jestem pewna, że nie może się mylić. Nie raz i nie dwa pewny hit okazał się w najlepszym przypadku  zwykłym śmiertelnikiem, który niestety cudów nie działał, mimo iż nam obiecywano. Kiedy tylko zobaczyłam w Internecie filmiki najnowszego “cud produktu” jakim nazywa się SiliSponge, byłam pewna, że to nie może się udać. Obietnice faktycznie kusiły do zakupu, ale prezentacja pozostawiała wiele do życzenia. Nie udało mi się jednak pokonać mojej ciekawskiej natury i postanowiłam na własnej skórze spróbować czy faktycznie “Beauty Blender został właśnie zdetronizowany”. Myślicie, że odszedł do lamusa?

Rozdanie z Land of Vanity! Too Faced Sweet Peach Eye Shadow Palette!




Ten dzień musiał w końcu nadejść :) Wieki nie było tu rozdania i czas w końcu wynagrodzić Wam czekanie na mnie :) Rozejrzałam się troszkę i chyba dobrze zauważyłam, że paletki marki Too Faced ostatnio przyśpieszają bicie serca. Wybrałam więc dla Was taką, którą sama bym chętnie przygarnęła. I chociaż opakowanie to nie moja bajka, cała reszta wygląda naprawdę zachęcająco. Mam nadzieję, że nagroda się spodoba i znajdą się chętne do jej odebrania :)


© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig