Najważniejsza premiera w historii pielęgnacji i kosmetyki za grosze! The Ordinary Niacinamide 10% + Zinc 1% i Hyaluronic Acid 2% + B5.



Chwalą blogerki i jutuberki. Gwiazdy i wizażyści. Mało sławni oraz niezwykle popularni. Wspaniałe działanie, proste składy i uczciwość,  a to wszystko za grosze. Myśleliście, że właśnie opisuję produkty z moich snów? Te które widzę położywszy głowę na śnieżnobiałą, miękką poduszkę późnym wieczorem po odprężającej kąpieli? Najlepsze w całym tym wydawałoby się utopijnym wstępie jest to, że wspominam o kosmetykach, które istnieją i dostępne są do kupienia nawet dziś.  Produkty The Ordinary nigdy nie walały się zapomniane gdzieś po mało znanych blogach. Spadły na nas jak grom z jasnego nieba pokazując się od razu w rękach lubianych wizażystów i wzdycha do nich nie jeden guru z kolorowego świata makijażu. Wszędzie gdzie spojrzę widzę falę zachwytów i tyle komplementów, że żadna kosmetykoholiczka nie spocznie póki te produkty nie znajdą się pod jej dachem. Sama skusiłam się na razie na dwie niepozorne buteleczki i wciąż zastanawiam się nad kolejnymi. Czy to oznacza, że powielę nikogo nie dziwiące już zachwyty?


Niacinamide 10% + Zinc 1% skład: Aqua (Water), Niacinamide, Pentylene Glycol, Zinc PCA, Tamarindus Indica Seed Gum, Carrageenan, Acacia Senegal Gum, Xanthan Gum, Cocoyl Proline, Ethoxydiglycol, Phenoxyethanol, Chlorphenesin.

Ponoć The Ordinary nie skupia się na wymyślnych i drogich opakowaniach, fikuśnych flakonikach oraz składnikach, które oglądają mało znane zwierzęta, gdzieś w wysokich górach na końcu świata. Oni chcą dać nam narzędzia do osiągnięcia zdrowej cery, ale bez kłamstw i obietnic nie do spełnienia. Sprzedają kosmetyki z takimi składnikami jak witamina C, retinoidy czy witamina PP, a wszystko to za mniej niż 50 zł. Niektórzy wejście tych produktów na rynek nazywają wręcz rewolucją w świecie pielęgnacji! Faktem jest, że wyżej wymienione komponenty nie są nowością i ich istnienie nikogo nie dziwi, ale najważniejsze, że działają naprawdę wspaniale i nie kosztują milionów.

Jako fanka minimalizmu absolutnie nie mam nic do tego, że produkty The Ordinary mieszczą się w białych kartonikach z delikatną domieszką srebra. Szklane buteleczki ubrane w równie piękne etykietki wspaniale prezentują się na łazienkowej półce. Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że pipety ostatnio są wciskane dosłownie wszędzie, a nie zawsze uważam je za świetne rozwiązanie (o dziwo!). Na szczęście zarówno Niacinamide 10% + Zinc 1% i Hyaluronic Acid 2%+ B5 mają optymalną gęstość i nie ciekną gdy tylko uniosę kroplomierz. Oba produkty świetnie rozprowadzają się na twarzy i w kilka chwil wysychają nie pozostawiając po sobie tłustej warstwy. Pierwszy z wymienionych preparatów niestety nie znika bez śladu, bo po wyschnięciu zostawia po sobie biały nalot (tylko nakładany punktowo), który po jakimś czasie widoczny jest także na szyjce butelki, w której mieszka. Poza tym nie mam się do czego przyczepić. Żaden z produktów nie posiada jakiegoś mocno wyczuwalnego zapachu. Określiłabym je raczej jako bardzo delikatne, lekko kwaskowate. Ich zużycie widać bardzo szybko i chociaż nie są to mało wydajne kosmetyki, to jednak znikają prędzej niż inne sera czy kremy, które mam w swoich zbiorach. 



Niacinamide 10% + Zinc 1% (ok. 25 zł)


Produkt z witaminą B3 nie bez powodu znalazł się w mojej łazience. Składnik ten ma szeroki wachlarz wspaniałych właściwości. Ja zapragnęłam go posiadać głównie dlatego, że pomaga w gojeniu i regeneracji skóry oraz wykazuje działania antytrądzikowe. Dodatkowo zmniejsza wydzielanie sebum i potrafi redukować rozszerzone pory. Gdyby wszystkie te obietnice zostały spełnione moja cera w końcu przestałaby nazywać się problematyczną. Jakby mało Wam było rozpieszczania  producent dorzuca jeszcze domieszkę cynku. Każda posiadaczka nieszczęsnej skóry z wypryskami powinna znać ten składnik. Tak jak wyżej wymieniony wspólnik pomaga leczyć trądzik, przywraca skórze naturalne pH, działa antyoksydacyjnie i oczyszcza skórę z nadmiaru łoju. A to oczywiście tylko kilka z jego wspaniałych zasług.

Ta mała, niepozorna, szklana buteleczka miały być lekiem na całe zło. Już pierwsze użycia przyniosły naprawdę pozytywne rezultaty. Cera była gładka, a wypryski goiły się znacznie szybciej. W końcu widziałam jak skóra z każdym dniem pięknieje, a moje palce podczas jej mycia przestały wyczuwać wszelkie nierówności. Niestety po kilku tygodniach podkład się na mnie obraził, a makijaż wyglądał okropnie. Cera była przesuszona i miała masę odstających, nieestetycznych skórek. Nawilżałam ją tak jak zawsze rano oraz wieczorem, ale wszystkie moje kosmetyki przegrywały walkę z serum i nie potrafiły załagodzić jego działania. Znalazłam i na to rozwiązanie! Zaczęłam po prostu stosować je punktowo na wypryski. Kiedy tylko widzę, że zaczyna się rodzić nowy nieprzyjaciel, sięgam po moją tajną broń- The Ordinary i zaczynam z nim walczyć. Przyznam szczerze, że sam produkt nieco mnie rozczarował, bo po takich recenzjach spodziewałam się zbawiciela, a niestety muszę przyznać, że Mario Badescu Drying Lotion spisuje się o niebo lepiej w punktowej aplikacji. Co prawda ma inny skład i bardziej wysusza niż goi, ale jego efekty zauważalne są znacznie szybciej. Mam zamiar w przyszłości jeszcze raz spróbować nakładać produkt na całą twarz, ale zwiększę wtedy złuszczanie i nawilżanie. Obecnie moja cera wygląda bardzo dobrze i nie chcę znowu borykać się z jakimiś problemami.

Nie byłabym sobą gdybym nie spojrzała na produkt niczym fachowy detektyw. Moją uwagę głównie zwrócił skład, o którym tak dobrze się pisze. Co prawda serum ma na drugim miejscu obiecaną witaminę B3, a później cynk, ale są tam też komponenty, które nie budzą mojego zaufania. Mam na myśli chociażby ekstrakt z alg, który jest bardzo komedogenny. U mnie jednak  żaden wysyp nie wystąpił, a co więcej produkt na pewno wpłynął pozytywnie nie gojenie się wyprysków. Są też pozycje, o których nie potrafiłam znaleźć żadnych konkretnych informacji. Czy oby na pewno skład zawsze jest taki banalny i bez zarzutu?

Hyaluronic Acic + B% skład: Aqua (Water), Sodium Hyaluronate, Sodium Hyaluronate Crosspolymer, Panthenol, Ahnfeltia Concinna Extract, Glycerin, Pentylene Glycol, Propanediol, Polyacrylate Crosspolymer-6, PPG-26-Buteth-26, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Trisodium Ethylenediamine Disuccinate, Citric Acid, Ethoxydiglycol, Caprylyl Glycol, Hexylene Glycol, Ethylhexylglycerin, Phenoxyethanol, Chlorphenesin.

Hyaluronic Acid 2%+ B5 (ok. 30 zł)


Cera trądzikowa by uzyskać swoją równowagę potrzebuje nie tylko porządnego oczyszczania i złuszczania. Kolejnym bardzo ważnym etapem w jej pielęgnacji jest nawilżanie. Nie od dziś wiadomo, że kwas hialuronowy to jeden z najlepszych jego źródeł. Pochwalić się on może naprawdę wspaniałymi właściwościami, a przez specjalistów nazywany jest nawet eliksirem młodości. Wyróżniona w nazwie witamina B5 może tylko sprawić, że serum to wręcz opływać będzie w składniki nawilżające, regenerujące i przeciwzapalne. Czy można prosić o więcej?

Byłam zachwycona gdy okazało się, że serum wchłania się dosłownie w kilka sekund i nie pozostawia po sobie tłustej warstwy. By wzmocnić działanie produktu należy natychmiast zaaplikować na niego nasz ulubiony krem. W ciągu kilku dni zauważyłam jak suche skórki dosłownie błagają o litość! Niestety nikt jej dla nich nie miał. Cera była cudownie nawilżona i niesamowicie gładka. Każdy podkład pięknie się na niej układał i wyglądał niezwykle świeżo i zdrowo. Radość jednak nie mogła trwać wiecznie… Po około tygodniu stosowania serum na twarzy pojawiły się wypryski. Ja winiłam za nie wszystkie produkty prócz tego, jednak stopniowe odstawianie wszystkiego pozwoliło uzyskać odpowiedź kto jest winowajcą. Jeszcze raz przestudiowałam skład od deski do deski i dosyć wysoko znowu znalazłam algi, które ponoć działają świetnie, ale ich komedogenność ocenia się na 4 w skali od 1 do 5. Dlaczego tym razem nastąpił wysyp? Oczywiście wiem, że to nie są te same składniki, ale ich prawdopodobieństwo zapychania jest takie samo. Ponoć czasami od komponentów ważniejsza jest konsystencja i formuła. Tym razem chyba właśnie zyskałam tego potwierdzenie...

                                                                         

Jeśli dałyście radę przeczytać post od początku do końca to chyba nie zdziwicie się, że moja ocena nie pokrywa się z innymi, dotychczas spotykanymi (jak zwykle). Oba produkty nie uważam za złe i wierzę, że u kogoś naprawdę działają. Moja cera jest niezwykle wrażliwa i jak ciągle Wam piszę sporo składników powoduje u mnie wysyp. Myślę jednak, że peany na cześć tych kosmetyków są nieco przesadzone. Wiem, że za taką cenę nie ma co wymagać cudów, ale po co w takim razie dawać iluzję, że naprawdę mają miejsce? Nie stawiam jednak przy kosmetykach The Ordinary kropki i będę testować dalej. Na oku mam już ich bazę pod makijaż i kwasy. Na razie jednak mój zapał został ostudzony, a ja potrzebuję przerwy...


PS: Wyniki rozdania pojawią się w weekend, a z nimi ogłoszenie kolejnego. Do zgarnięcia będzie kilka bardzo fajnych nagród. Wybaczcie!


© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig