#luxuryday/NARS Soft Matte Complete Concealer + jak czyścić kosmetyki NARS?


Z ręką na sercu przyznaję się, że moja największa słabość to kosmetyczne nowości. Właśnie one winne są złamanych obietnic, zbyt wczesnego porzucania odwyku i bezlitosnego męczenia konta w banku. Posiadam kilka korektorów, ale zawsze przyda się nowy, bo może być lepszy, trwalszy i ładniejszy. A już na pewno nie odmówiłabym czarnym, minimalistycznym opakowaniom jednej z moich ulubionych marek. Wystarczyło jedno spojrzenia na najnowszy korektor NARS Soft Matte Complete Concealer by dać mi pewność, że musi być mój. Nie czekałam na pierwsze recenzje, testy i werdykty. Brałam w ciemno i byłam niemal pewna, że się nie zawiodę. Myślę, że od kiedy tylko zamieszkał w mojej toaletce, ciężko mu znaleźć przyjaciół i cała reszta patrzy na niego mało przychylnym wzrokiem. Dziś opowiem Wam skąd się ta niechęć wzięła i czy udało mu się dorównać działaniem swojemu starszemu bratu- korektorowi NARS Radiant Creamy Concealer.  



Na temat słoiczków już się wypowiadałam. Coraz częściej mi przeszkadzają, a już najgorsza ich forma to rozmiar mini. Tak jak pisałam wyżej kocham czerń i minimalizm NARSa, ale korektor bez aplikatora jest jeszcze gorszy niż podkład bez pompki. Ciężko wydobyć go tak by zawartość nie znalazła się pod paznokciami co jest zarówno niehigieniczne jak i mało ekonomiczne. Oczywiście możemy użyć do tego mini gąbeczki, ale nie każdy ją posiada, a zabranie produktu w podróż zmusza nas do wzięcia mu towarzystwa na co oczywiście rzadko jest miejsce. Ten malutki, zgrabny pojemniczek wygląda naprawdę ślicznie i nie zajmuje sporej powierzchni, ale niestety nie jest praktyczny i utrudnia życie. Jeśli kiedykolwiek miałyście styczność z kosmetykami NARS to wiecie, że ta piękna, elegancka czerń prezentuje się nienagannie tylko przez pierwsze kilka użyć. Często wykorzystywane opakowania brudzą się tak mocno iż po czasie nie mogę ich już doczyścić. Straszyły mnie więc przy każdym użyciu i odbierały całą radość z wykonywania makijażu. Po prostu nie dało się do tego przyzwyczaić. Na szczęście udało mi się temu zaradzić. By pozbyć się śladów po podkładzie czy korektorze właśnie wystarczy użyć… gumki do ścierania. Kilka przetarć i opakowanie wygląda jak nowe! Genialne, a zarazem banalne :)


Przed czyszczeniem
Po czyszczeniu
Po omówieniu niezbyt przyjemnego wydobywania produktu skupię się na pozytywach. Producent obiecuje, że korektor perfekcyjne zaciera, tuszuje i wygładza niedoskonałości. Oczywiście zgadzam się. Jest naprawdę świetnie napigmentowany i wystarczy odrobina by idealnie zakrył wszystko, a już na pewno piegi, wypryski i cienie pod oczami. Obejdzie się bez dokładania kolejnych warstw i kombinowania z kamuflażem. Na reklamach widziałam iż produkt prezentowany jest właśnie by zamaskować przebarwienia czy niechciane wypryski, a ja chciałam aplikować go pod oczy. Była więc szansa, że się w tym nie sprawdzi i zaczęłam nawet wątpić w słuszność zakupu. Nieco uspokoiła mnie kolejna zachęta producenta czyli zapewnienie o lekkiej formule i naturalnym efekcie drugiej skóry. Musiałybyście zobaczyć mnie podczas pierwszej aplikacji, gdy z otwartą buzią podziwiałam efekt jaki osiągnęłam dzięki Soft Matte Concealer. Produkt idealnie ukrył zasinienia i worki pod oczami, a mimo to wydawał mi się lekki jak piórko. Ja go wcale nie czuję na skórze i szybko zapominam, że właśnie przed chwilą aplikowałam korektor! Bez wysuszania czy obciążania cery. Bez zbierania się w załamaniach i zmarszczkach. Bez ścierania i migracji po całej twarzy. Bez tego wszystkiego o co ciągle oskarżamy inne tego typu produkty.  Idealna trwałość, działanie i pigmentacja. Jednym słowem: hit!
Odcień: Light1: Chantilly
Te z Was, które posiadają Radiant Creamy Concealer pewnie zastanawiają się czy Soft Matte jest lepszy od starszego brata. Według mnie bezapelacyjnie. Jedyne czego może mu pozazdrościć to wygodniejsze opakowanie. Poza tym jest lżejszy oraz bardziej trwały. Od kiedy mam go na swojej toaletce żaden inny nie może się mu równać. Oczywiście dalej uważam, że Radiant Creamy Concealer jest świetny, ale jak widać są lepsi (choć trudno w to uwierzyć).

Nie wiem czy jest sens pisać podsumowanie i kilka końcowych zdań, bo przecież znacie już werdykt. Post aż krzyczy, że jestem zakochana w NARS Soft Matte Concealer i nie będę tego ukrywać. Mój numer jeden, odkrycie życia i święty Graal. Po prostu miłość :)



"Błyszczeć powinnaś Ty, a nie Twoja skóra"/ Make Me Bio Featherlight i Almond Scrub




Wielkimi krokami zbliża się do nas długo oczekiwana przeze mnie wiosna. Słońce, śpiew ptaków o poranku, zielona trawa, spacery po łące w idealnie zaplecionym wianku i ta niewyobrażalna siła, która wstępuje w nas gdy tylko wszystko zaczyna budzić się do życia. To właśnie wiosną mam ochotę wszystko zmienić, zacząć od nowa i zacisnąć więzi z otaczającym mnie światem. Porzucić mieszkanie w mieście, zbudować szałas i nigdy nie dopuszczać do niego człowieka, który potrafi zainstalować Internet. Chciałabym wtedy być bliżej natury, odżywiać się zdrowo, wstawać wraz ze wschodem Słońca, a moje stylizacje dopełniać powinny jedynie płócienne torby. Zero konsumpcjonizmu jedynie slow life, pielęgnowanie weny i wolność. Na szczęście co roku jest to jedynie natchnienie, mała myśl i plan, który raczej nigdy nie zostanie zrealizowany. Uważam za bardzo mało prawdopodobne iż kiedykolwiek będę miała warunki lub odwagę by tak egzystować. Swego czasu zastanawiałam się również nad wprowadzeniem u siebie jedynie naturalnej pielęgnacji, ale dziś wiem iż moja skóra i włosy raczej by mi za to nie podziękowały. Nie oznacza to jednak, że jest mi obca i myślę, że nawet ostatnio rozczarowuje mnie znacznie rzadziej. Staram się jednak dobierać tego typu kosmetyki idealnie pod wymagania skóry, bo nie każdy olejek idealnie współgra z trądzikową cerą, a niektóre ekstrakty potrafią nieźle uczulić. Krem Make Me Bio Featherlight (ok. 69 zł) i peeling Almond Scrub (ok. 32 zł) nie sprawiły, że zaczęłam żyć w zgodzie z naturą, ale czy mogłyby być do tego świetnym wstępem?

Czy będę bić pianę?/ Ava Łagodząca Pianka Oczyszczająca z aloesem i witaminą B3.




Gęsta, mięciutka i delikatna piana może przywodzić różne skojarzenia. Mi chociażby od razu przed oczami staje piękna bogini miłości Afrodyta, która ponoć została z niej narodzona. Myśląc bardziej przyziemnie wspomniałabym o relaksie, wannie z ciepłą wodą i chwili tylko dla siebie. Na szarym końcu, gdzieś pomiędzy maszyną do pisania, a walkmanem znalazłaby się pianka do mycia twarzy. Nie pamiętałam o niej latami i przez chwilę nawet miałam wrażenie, że w tej kategorii nigdy nie znajdę produktu odpowiedniego dla siebie. Te, które pamiętam z dawnych lat niemożliwie wysuszały skórę i bezlitośnie ją podrażniały. Dopiero bardzo ciekawa marka Ava, która kusiła aloesem wysoko w składzie, była w stanie mnie przekonać do ponownego wprowadzenia pianki na salony. Produkt, o którym dziś opowiem pochodzi z nieznanej mi serii #young. Ta drobna sugestia raczej mi nie przeszkadza, chociaż dziwię się, że producenci znanych marek zapominają iż w dzisiejszych czasach trądzik dotyczy też dorosłych. Nie czuję się jednak dotknięta i zniechęcić się nie dałam dzięki czemu dziś możecie dowiedzieć się jak oceniam Łagodzącą piankę oczyszczającą z aloesem i witaminą B3 (ok. 24zł).
© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig