Must Have skóry trądzikowej czyli 3 produkty bez których nie umiem już żyć/ La Roche Posay Effaclar Duo, Skinoren krem i Nacomi olejek z czarnuszki



Chyba nie powinnam już więcej wspominać, że sporo czasu zmagam się z trądzikiem, jak bardzo uprzykrzył mi życie i ile kosmetyków wypróbowałam gdy próbowałam się go pozbyć. Myślę, że na łamach bloga poruszałam ten temat wystarczająco często i pewnie dość już macie czytania w kółko tej samej historii. Jestem jednak pewna, że nigdy wcześniej nie wspominałam o głównym winowajcy całego tego zamieszania. Zupełnie przypadkiem przy zdiagnozowaniu nietolerancji laktozy, okazało się iż odstawiając nabiał problem zniknął jak ręką odjął. Wypryski zaczęły się goić z dnia na dzień, a ja nie mogłam uwierzyć iż przez te wszystkie lata wystarczyło jedynie wlewać do kawy innego rodzaju mleko lub odstawić uwielbiane przeze mnie naturalne jogurty. Mój problem powinien być zwalczany od wewnątrz, nic więc dziwnego iż poczułam się strasznie głupio patrząc na tonę kosmetyków, które miały na zawsze pozbyć się trądziku. Odurzona szczęściem zapomniałam o moim rytuale pielęgnacyjnym i chyba nawet miałam zamiar wypisać się z całego tego dbania o cerę i mozolnego wklepywania “odpowiednich” produktów każdego ranka i wieczora. Wystarczyło jednak kilka dni bym zatęskniła za tą gładką i miękką cerą, optymalnie nawilżoną oraz zadbaną. Szybko też odkryłam, że wciąż przy stosowaniu mocno oczyszczających produktów do mycia twarzy, moja skóra buntuje się i kaprysi. Wsparcie kosmetyków jednak też okazało się niezbędne. Dziś chciałabym Wam pokazać produkty, które mimo wielkiego odkrycia zostały ze mną i ratują moją cerę w przypadkach gdy zjem coś nieodpowiedniego lub nałożę kosmetyk zupełnie jej nie pasujący. Oto przedstawiam więc moich wybawicieli :

Barbara Kwiatkowska "Skóra Azjatycka pielęgnacja po polsku". Uczy czy rozczarowuje?


Napisanie tego posta było dla mnie małym wyzwaniem. Na moim blogu goszczą głównie recenzje kosmetyków lub gadżetów, które również należą do tego samego świata. Już mam swój utarty schemat, który zakłada by charakteryzować każdy produkt od deski do deski, starając się wspomnieć o nawet najmniejszym szczególe. A teraz przyszło mi zrelacjonować Wam książkę nie zdradzając za wiele szczegółów, ale przedstawiając wystarczająco wiadomości byście po przeczytaniu posta bez problemu mogli zdecydować czy warto ją kupić. Ufff… Mam jednak nadzieję, że dzisiejsza recenzja choć trochę nakreśli Wam czego spodziewać się po poradniku: “Skóra. Azjatycka pielęgnacja po polsku”. Chyba jak większość właścicieli tej pozycji spodziewałam się po niej mnóstwa informacji o pielęgnacyjnych rytuałach Azjatek, czyli sporej dawki wiedzy na temat maseczek w płachcie, esencji i stosowanych przez nie kosmetyków. Byłam zaskoczona, że w całej książce autorka jedynie w znikomej ilości wspomina tytułową pielęgnację. Czy to znaczy, że czuję się zawiedziona jej treścią? 

O spełnionych marzeniach czyli Tangle Teezer z rączką/ Tangle Teezer The Ultimate Professional Finishing Hairbrush



Istnieją na rynku marki których nikomu nie trzeba przedstawiać. Czasami stoi za tym droga reklama puszczana w przerwach znanego serialu, innym razem celebryta z idealnie białymi zębami przekonujący nas, że na pewno będziemy zadowoleni lub po prostu wypuszczenie takiego produktu, który pokochają wszyscy, bo modlili się o niego dniami i nocami. Myślę, że właśnie takim wybawicielem był dziś słynny Tangle Teezer. Dzięki niemu w końcu przestaliśmy obawiać się szczotkowania, które spędzało sen z powiek i wyciskało łzy. W bardzo krótkim czasie ten cudowny gadżet zakradł się do tysięcy domów, torebek i salonów fryzjerskich. Jestem też prawie pewna, że nie tylko ja któregoś dnia zapragnęłam by wyposażony został w wygodną rączkę. Mimo wszystkich swoich zalet szczotka często wyślizgiwała się z rąk i lądowała w różnych kątach mieszkania. Niestety trochę musiałam poczekać by moje pragnienie zostało spełnione, ale było warto. I dziś przekonacie się dlaczego :)


Opisując kosmetyk zawsze w tym miejscu zaczynam od opakowania, ale dziś nie będę się skupiać na plastikowej otoczce, w której mieszka Tangle Teezer Ultimate. Ona gra tu dziś pierwsze skrzypce, bo znacznie różni się od swoich starszych sióstr i zdecydowanie nie można jej odmówić wyjątkowości. Słodki, różowy kolor jakim ją obdarzono pewnie zachwyciłby mnie jeszcze kilka lat temu, ale dziś to czarna wersja stanowczo pasowałaby mi bardziej. Szczotkę jednak znalazłam w pudełku Rossmanna i nie będę narzekać, bo chociaż na ten odcień wydaję się trochę za stara, to jednak zmieniła ona moja życie w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu. Miłość przecież czasem bywa ślepa.




Kupując szczotkę sprawdzamy przede wszystkim jak będzie rozczesywać nasze włosy, ale w przypadku tej od Tangle Teezer większość pewnie skupiło się na długo wyczekiwanej rączce. Faktycznie sporo ona zmienia, bo wygodnie leży w dłoni nawet jeśli jest mokra. Co najważniejsze ani razu nie wyślizgnęła mi się z ręki i nie prowokowała do puszczenia wiązanki brzydkich słów pod nosem. Optymalna wielkość powierzchni szczotki pozwala nawet przypadku moich długich włosów by zaledwie po kilku ruchach wszystkie były perfekcyjnie rozczesane. Zarówno suche jak i mokre. Odpowiednia konfiguracja ząbków sprawia, że łapią każdy jeden kosmyk. Zaczynając od skóry głowy aż po same końce. A całość odbywa się bez szarpania, ciągnięcia, rwania i łamania. Po wszystkim włosy pozostają miękkie, lśniące i co najlepsze nie elektryzują się. 




Wersja Ultimate podoba mi się też bardziej ze względu na mniej skomplikowane czyszczenie. Umieszczony pośrodku “przedziałek” znacznie ułatwia wyciąganie utopionych w ząbkach, pojedynczych włosów. Na koniec spłukuję kurz oraz brud pod bieżącą wodą i już cieszę się perfekcyjnie czystą szczotką. Jedyne na co można narzekać to rozmiar produktu. Ciężko znaleźć mu odpowiednie miejsce w łazience, bo jego ząbki nie są chronione przez żadną nakładkę. Trzeba bardzo uważać by się nie odkształciły, bo mogą wtedy obniżyć swoją skuteczność. Ogromnie też ubolewam, że przez to nie mogę zabrać mojej ukochanej szczotki w podróż. Będąc dwa tygodnie poza domem tęskniłam za nią każdego dnia i nie mogłam doczekać się następnego spotkania.

Nie zdradziłam dziś żadnego sekretu, bo większość z Was już wie iż kocham tę szczotkę całym sercem. Jest to zdecydowanie najlepszy tego typu produkt jaki miałam. Nie zauważyłam by Tangle Teezer Ultimate (ok. 50 zł) łamał lub niszczył włosy, a nawet dzięki niemu znacznie częściej je szczotkuję przez co wyglądają o wiele zdrowiej i ładniej. Wersję kompaktową pokonała jakiś czas temu szczotka IKOO (klik), ale tym razem poprzeczka jest zawieszona jeszcze wyżej i nie wiem czy znajdę produkt, który będzie w stanie ją przeskoczyć. 



Znacie wersję The Ultimate? Też marzyliście by Tangle Teezer w końcu miała rączkę? :)






Mój sposób na walkę z odwodnioną skórą, czyli hialuronowy mikrochirurg od Mincer Pharma/ Mincer Pharma NeoHyaluron Serum Hydroliftingujące




Posiadaczki trądziku, z którym walczyć trzeba niemal każdego dnia, doskonale wiedzą czym jest sucha i odwodniona skóra. Większość preparatów walczących z wypryskami, sprawia iż szybciej się łuszczy i brak jej witalności. Aby cera wyglądało pięknie i zdrowo, prócz regularnego usuwania martwego naskórka, należy też zadbać o prawidłowe nawilżenie. Inaczej zacznie się buntować i produkować jeszcze większe ilości rujnującego makijaż sebum. Mam już kilka faworytów w tej kategorii, ale w marcowym pudełku Rossmanna znalazłam zupełną nowość, która pewnie stojąc na drogeryjnych półkach nigdy nie zwróciłaby mojej uwagi. Mowa o ampułce przeznaczonej dla posiadaczek dojrzałej już skóry, czyli Mincer Pharma NeoHyaluron serum hydroliftingujące. Już od pierwszego użycia weszło do grona moich faworytów, a dziś Wam opowiem jak udało mu się wkraść w moje łaski.
 

Najbardziej oczekiwany podkład roku 2017/ The Ordinary Coverage Foundation/ Podkład The Ordinary- pierwsze wrażenia.


Post nie bez powodu zaczyna się od słów: najbardziej wyczekiwany podkład roku, bo za każdym razem gdy ktoś o nim wspomina pada właśnie ten slogan. Tak jakby sam produkt bez niego nie istniał. Dobre hasło i (prawie) nienaganna reputacja marki stworzyły kolejkę długą na ponad 25 tysięcy osób, które nie mogą doczekać się aż dostaną ich nowość w swoje ręce. The Ordinary wypuszczając produkty do pielęgnacji zdobyła serca setek kobiet, dzięki niskim cenom i mało skomplikowanym składom. Pewnie dlatego tak łatwo daliśmy się przekonać, że ich nowe dziecko, czyli podkłady to produkty, o których śnimy po nocach. Sama wyczekiwałam dnia aż na własnej skórze sprawdzę ich moc i czekanie tygodni na dostawę było dla mnie niczym niekończące się tortury. Na wszelki wypadek zamówiłam dwa odcienie, bo wiedziałam, że zanim podkłady kolejny raz wpadną w moje ręce to znowu miną wieki. Dziś jestem już po pierwszych testach, emocje opadły, a ja na spokojnie i bez uprzedzenia postarałam się wstępnie ocenić działanie wersji kryjącej. Zapraszam więc na najbardziej wyczekiwanych post ostatnich miesięcy, w którym główną rolę gra podkład The Ordinary Coverage Foundation.

Nowości Rossmanna/ Maj 2017/ Faromona, Janda, O'Herbal i Lorgine.


I jest udało się! W tym miesiącu nowości Rossmanna pokazuję w czas i tak jak zaplanowałam. Nie spodziewajcie się jednak morza kosmetyków, którym dotychczas Was zalewałam, bo dziś przedstawię zaledwie kilka produktów. Majowe pudełko obfitowało w mocno mieszane nowości, ale całość wybrałam bardzo świadomie i zapoznając się z każdą jedną pozycją. I tak odświeżacz powietrza do samochodu testuje narzeczony, deserek z Hippa będzie degustował synek, a dla mnie maniaczki sprzątania zostanie odwapniacz do łazienki i perfumowane perełki do prania :) Taka różnorodność w tym miesiącu zadowoli każdego. A wracając do produktów bardziej związanych z tematyką bloga to muszę Wam zdradzić, że jeden z nich sprawił iż moje serce mocniej zabiło i z niecierpliwością czekałam na pierwsze testy. Nie będę już przedłużać wstępu i zapraszam na dalszy ciąg posta, gdzie dowiecie się co mi tak wpadło w oko :)

© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig