Moich 5 grzechów głównych czyli spowiedź blogerki po latach.




Oj lata świetlne nie było tu postów typowo pogadankowych, gdzie nie opisywałam percepcji odnośnie przetestowanych produktów, a opowiadałam co mi w głowie siedzi, w duszy gra i leży na sercu.  Kiedyś roiło się tu od wpisów odnośnie blogosfery, współprac i innych tematów związanych z prowadzeniem bloga, ale większość już usunęłam i mam nadzieję, że nigdy więcej nie pokuszę się o opublikowanie tu podobnego tematu. Dlaczego? Bo jestem starsza, bogatsza o pewne doświadczenia i mam większy szacunek do ludzi. Życie nauczyło mnie pokory oraz nakazało ustalić priorytety. Blog jest dla mnie ważny, ale poza nim jest codzienność i nie wpływa on już na moje samopoczucie gdy jestem offline. Poza tym krytykowanie, nakazywanie i wytykanie palcami to raczej nie są zachowania, które chciałabym by były naśladowane. Już nie raz przekonałam się, że to co wysyłam w świat za jakiś czas do mnie wróci dlatego wolałabym żeby ktoś nadał trochę pozytywnej energii czy miłości, bo mam wrażenie iż obecnie właśnie tego najbardziej brakuje naszemu otoczeniu. Zasady moralności zaczęły się zacierać, to co kiedyś było dziwne dziś jest normalne i aby się w tym wszystkim nie pogubić staram się oceniać tylko siebie. Dziś więc pod lupę wezmę moją osobę i wyznam Wam trochę grzechów.

Pycha


Te z Was, które znają mnie od dawna pewnie jako pierwsze pomyślały właśnie o tym. Przyznaję, że na początku prowadzenia bloga (jeszcze wciąż mi się to zdarza) wiele razy wymądrzałam się, krytykowałam i myślałam iż mam do tego prawo, bo wszystko wiem najlepiej. Chciałam być jak inne, popularne blogerki, do których przychodziły czytelniczki prosząc o pomoc i posiłkując się ich wiedzą. Niestety swoimi “mądrościami” zniechęcałam tylko wszystkich do siebie i sprawiłam, że nie mieli ochoty wchodzić na moją stronę, nawet kiedy publikowałam na niej naprawdę dopracowane posty. Dopiero po czasie zrozumiałam, że na szacunek i zaufanie trzeba sobie zasłużyć. Wymaga to czasu, dziesiątek postów i przede wszystkim ciężkiej pracy. Właśnie wtedy czytelnik zacznie wracać do mnie i prosić o rady. Autorki stron, którym zazdrościłam nie istniały od tygodnia, bo na swoich blogach miały opublikowane setki informacji okraszonych pięknymi zdjęciami i przede wszystkim wiedzą, którą zdobywały od lat. Dziś wiem bardzo dużo o kosmetykach, ale wciąż jeszcze długa droga przede mną i nie raz to co było bezdyskusyjne dziś, jutro ujrzane w innym świetle sprawiło iż zmieniłam zdanie. Obecnie jestem pewna tylko tego co sama metodą prób i błędów odkryłam po długich miesiącach eksperymentów z pielęgnacją I makijażem. Jeśli mam odmienne zdanie po prostu o nim wspominam lub daję znać co u mnie się sprawdziło lub nie. Oszczędzam innym terroryzowania i  pouczania.
Szkoda tylko, że nie miałam tego podejścia wcześniej, bo raz zepsute pierwsze wrażenie ciężko jest mi teraz naprawić :) Poza tym przekonałam się, że doradzanie czytelnikom to nie taka łatwa sprawa, a odpowiadanie na dziesiątki wiadomości może zająć nawet cały dzień. Pozostawię to więc dermatologom :)

Gniew i  chęć władzy


W większości właśnie tym przepełnione były moje posty. Spora część blogerek zachowywała się w sposób, w który mi nie odpowiadał lub nie był zgodny z moimi zasadami moralnymi. Swoimi wpisami próbowałam im uświadomić, że postępują źle, że tak się nie robi i już natychmiast niech się poprawią. Dziś wiem iż nie mam prawa nikomu mówić jak powinien postępować, nawet gdy nie jest to zgodne z tym co uważam za słuszne. Jeśli ktoś nie krzywdzi drugiego człowieka, mnie i mojej rodziny to nie powinnam się interesować jak kieruje swoim życiem, co kładzie na talerzu lub ile współprac przyjął w ostatnim tygodniu. Patrzę jak w blogosferze co chwila zostaje rozpętana jakaś burza i jedna blogerka drugiej wytyka jakieś zachowania. Obecnie rzadko zaglądam do tego typu postów i to nie dlatego, że oceniam je jako niepotrzebne. Po prostu wiem, że nie znajdę w nich informacji, które wniosłyby coś do mego życia lub nauczyłyby czegoś nowego i przydatnego. Przeważnie i tak te o których się pisze mają opinię reszty gdzieś, bo inaczej nie zachowywałyby się sposób, który według innych zasługuje na ukamienowanie. Wiem to z doświadczenia. Jeśli jednak innym tego typu posty dają to czego potrzebują nic mi do tego i po prostu trzymam się z daleka.  Jak (prawie) każda kobieta zdarza mi się słuchać plotek czy czasem rozmawiać na czyjś temat, ale nikomu już nie mówię co ma robić. Tak jak pisałam wyżej każdy ma swoje powody, które popychają go do konkretnych zachowań, a ja nie jestem Bogiem by rozliczać innych z popełnionych grzechów. 


Zazdrość


Myślę, że powyższe grzechy tak naprawdę zrodziły się z okropnej i niszczącej życie zazdrości. Oczywiście jako blogerzy nie jesteśmy w stanie całkowicie się pozbyć tego uczucia. Nie ma co próbować, bo wyeliminowanie go to misja niemożliwa. Większość z nas wkłada sporo pracy i czasu w swoje blogi, a jak to w życiu bywa karty nie są rozdawane po równo. Bardzo często dostrzegane są blogerki, które charakteryzują się cwaniactwem lub brakiem zasad moralnych. Nie mają skrupułów i regularnie kupują obserwatorów by dostawać lepsze współprace i zajmować topowe miejsca w rankingach. Osoby poświęcające wiele godzin i pieniędzy na utrzymanie poziomu swojej strony mogą wtedy czuć się oszukane i sfrustrowane, a co więcej często też mają ochotę przestać pisać na dobre. Wiele blogerek zarzeka się, że nie publikuje postów dla współprac, a robi to z czystej pasji i ja im wierzę, bo też właśnie dlatego tu jestem. Mimo wszystko każda z nas gdzieś tam w głębi duszy myśli sobie, że fajnie byłoby utrzymywać się tylko z dodawanych w blogosferze recenzji. Miło jest dostać za jeden wpis wysokopółkowe kosmetyki i dużą sumę pieniędzy na konto. Nie każdy jednak zamierza złamać wszelkie swoje zasady byle tylko to osiągnąć. Szkoda tylko, że nie ma optymalnej drogi, bo wtedy nikt nie musiałaby borykać się ze skrajnością. Nie będę też pisać iż nie zdarza mi się zazdrościć, bo byłoby to kłamstwem. Oczywiście patrzę z pożądaniem na gadżety i produkty, które mogłyby mi się faktycznie przydać, a obecnie nie mogę sobie na nie pozwolić. Teraz jednak robię to z taką różnicą, że nie czuję już złości na osobę, która pokazuje kolejną współpracę czy żalu do samej siebie, że jestem na to zbyt mało popularna. Z doświadczenia już wiem, że zakupy czy nawet najlepsze, darmowe fanty szczęścia nie dają, a nawet jeśli to tylko chwilowe. Mogę przecież spokojnie funkcjonować bez tych wszystkich Szanelów i Armanich więc łamanie własnych zasad oraz zazdroszczenie po kątach tak naprawdę nie ma sensu, bo do niczego pozytywnego nie prowadzi. Nie skupiam się już na tym kto co dostał i dlaczego, bo nie ma to żadnego wpływu na moje życie. Jeśli już zazdrość to tylko ta motywująca do działania, bo tylko jej następstwem może być coś naprawdę wartościowego. 



Chciwość


Tak jak wyżej wspomniałam nawet blogerzy, którzy piszą z pasji chętnie przyjmują oferty współpracy. I to nawet nie dla samych rzeczy, które często kosztują niewiele, ale czują się dzięki temu bardziej docenieni i szanowani. Kiedyś przecież zdarzało się to tylko najlepszym. Przyznam, że i mnie dopadła w końcu chciwość. Nie mam na myśli tu brania co popadnie, a bardziej przyjmowanie czegoś co tak naprawdę nie jest mi potrzebne. Pragnęłam mieć więcej niż mam i w końcu nabawiłam się konsumpcjonizmu. Nadmiar wszystkiego niezwykle tuczył moje oczy. Przestałam myśleć racjonalnie i skupiłam się tylko na tym by zdobyć kolejne fanty do kolekcji. Posiadanie ogromnej liczby podkładów dawało mi poczucie bezpieczeństwa, a nawet sprawiało iż czułam się lepsza od innych. Dawało mi swego rodzaju pewność siebie. W końcu jednak nadmiar rzeczy, produktów i gadżetów zaczął mnie przytłaczać, a ja zrozumiałam, że wszystkie te uczucia, które miewam wraz z ich pojawieniem się w domu są po prostu złudne oraz niestety bardzo ulotne. Wyczyściłam więc całe mieszkanie, sprzedałam wszystko to czego od dłuższego czasu nie używałam i w końcu odetchnęłam z ulgą. Skupiłam się głównie na sprawach, które dają niezapomniane wspomnienia i satysfakcję, jak spędzanie czasu z synkiem i narzeczonym, a zamiast przechadzać się po centrach handlowych zaczęłam namawiać rodzinkę na długie spacery lub zwiedzanie różnych, ciekawych miejsc. Teraz zanim coś kupię zadaję sobie kilka razy pytanie czy na pewno tego potrzebuję i możecie mi wierzyć lub nie, ale prawie zawsze odpowiadam: nie. Zaoszczędziłam dzięki temu sporo pieniędzy, a co najważniejsze czasu, który doliczył się do tego spędzanego w gronie najbliższych. Obecnie mocno filtruję też propozycje współprac i często daję sobie chwilę na ich przemyślenie. Nie poświęcam więc czasu na napisanie recenzji produktu, który tak naprawdę mi się nie przyda. Oczyszczenie domu i zredukowanie ilości posiadanych kosmetyków pozwoliło też nieco uporządkować sprawy w mojej głowie i zaoszczędziło wyrzutów sumienia gdy drogi oraz mało używany produkt musiał wylądować w koszu.

Lenistwo

Bardzo często zdarzało mi się zapominać o tym, że regularne prowadzenie bloga wymaga ciężkiej pracy i zaangażowania. Wystarczy spojrzeć na kilka miesięcy wstecz by sprawdzić jak mało postów się tu pojawiało oraz jak rzadko wpadałam do Was. Oczywiście zdarzały się wypadki losowe, które nie pozwalały mi publikować i pisać, ale często też zaglądało do mnie lenistwo. Nie bywałam tu, bo mi się po prostu nie chciało. Wolałam obejrzeć serial czy choćby iść wcześniej spać. Oczywiście nie ma w tym nic złego, bo każdy z nas potrzebuje odpoczynku, ale przyznam, że ja rościłam sobie do niego prawo zbyt często. O tym jak, kiedy i ile postów publikujemy w miesiącu każdy ustala sobie sam. Jednym przynosi satysfakcję dodawanie nowego wpisu każdego dnia, a innym wizyta w blogosferze raz na miesiąc w zupełności wystarczy. Ustalony przeze mnie wcześniej harmonogram był możliwy do zrealizowania przy moim trybie życie jednak często wygrywało z nim lenistwo i brak chęci. Im dłużej pozostawałam bierna, tym ciężej było mi tu wrócić. Wymyślałam tysiące wymówek oby tylko znowu odłożyć publikację na inny dzień. Obecnie staram się wszystko tak zaplanować by mieć wydzielony czas na pisanie oraz nie szukać pretekstów, że coś innego w tym momencie musi być zrobione. Wiem już również, że tylko ciężka praca przynosi owoce i nikt nie mówił, że będzie lekko, a mój blog nawet bez nowych postów przyniesie czytelników. Teraz pogodzenie wszystkich obowiązków wymaga ode mnie trochę poświęceń, ale satysfakcja jaką dzięki temu otrzymuję jest bezcenna i wiem wtedy, że  naprawdę było warto


                                                                 

Na koniec pragnę tylko wspomnieć, że post nie ma na celu nikogo pouczać, wyśmiewać czy szykanować. Pokazuję Wam co zmieniło się tu po tych kilku latach w blogosferze oraz jaki ma to wpływ na mnie oraz na bloga. Nie oceniam też osób, które postępują inaczej, bo nic mi do tego i wcale to nie znaczy, że jesteście lepsi lub gorsi ode mnie. Jeśli ktoś szukał sensacji czy ukrytych nazwisk to przykro mi, ale nigdy więcej nie ujrzycie tego typu postów na moim blogu. Myślę, że dość już krwi napsułam innym i nie jestem oraz nie chcę już być tą osobą. Jeśli kiedykolwiek czymś Was uraziłam to w tym momencie chciałabym przeprosić za moje niedojrzałe zachowanie i gwarantuję, że wcale się z tym nie czułam dobrze. Mam nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiała tego robić i ta długa lista wstydliwych grzechów jest ostatnią jaką tu publikuję... 




Shape-memory mask czyli innowacyjne, azjatyckie kosmetyki prosto z Rossmanna/ Hada Labo Tokyo 3D Liftng Mask


Kultowe koreańskie marki obecnie nie są już nowością w Polsce i dziś spokojnie można dostać je nawet stacjonarnie. Zazdrośni o ich sławę, europejscy producenci ostatnio prześcigają się w tworzeniu nowych serii, które dosyć mocno inspirowane są produktami ze wschodu.  Nie od dziś przecież nakłada nam się do głowy, że azjatyckie kosmetyki działają cuda, a mieszkanki tej części świata właśnie im zawdzięczają młody wygląd oraz nieskazitelnie gładką cerę. Myślę jednak, że nikt nie jest w stanie pobić Azjatów w konkurencji o najbardziej wymyślne i kolorowe formy kosmetyków. I tak dzięki Hada Labo Tokyo miałam okazję pierwszy raz w życiu testować maskę typu “shape-memory”, która zdecydowanie nie przypomina mi wcześniej stosowanych tego typu produktów. Normalnie też nie zwracam uwagi na sugerowany wiek umieszczony w opisie produktu i o ile jestem dobrze poinformowana nie znajdziecie też tego typu informacji na kosmetykach pochodzących właśnie ze wschodu. Dlaczego więc maska 40 sprawdziła się u mojej mamy, a u mnie nie?

Jak stosować kosmetyki The Ordinary? Których produktów nie można ze sobą łączyć? Przykładowy plan pielęgnacji dla każdego typu cery.

 
Źródło: Blog Caroline Hirons


Gdy pierwszy raz dodawałam tutaj post o kosmetykach The Ordinary byłam pewna, że zna je chyba każdy. Jak się później okazało marka ta wciąż nie jest tak popularna w Polsce, ale jak ktoś tylko raz o niej usłyszał to zaraz zaciera ręce i planuje zakupy. Wiem też, że sporo z Was wciąż zastanawia się, które kosmetyki będą odpowiednie dla potrzeb jego cery. Przecież asortyment marki jest ogromny i już zapoznając się z nim można dostać zawrotu głowy. Postanowiłam więc skorzystać ze strony The Ordinary oraz rad innych zagranicznych kosmetologów i blogerów by stworzyć dla Was mały poradnik po polsku, w którym znajdziecie odpowiedzi na pytania miedzy innymi: jak stosować produkty marki lub których kosmetyków nie wolno ze sobą łączyć? Dodatkowo podam też przykładowy plan pielęgnacji dla różnych typów cery. Myślę, że ułatwi Wam to wybór i pomoże zapobiec niepotrzebnym zakupom.

Jak stosować roztwory wodne i olejowe marki The Ordinary?

Producenci zalecają preparaty stworzone na bazie wody stosować przed tymi olejowymi. Czyli jeśli na przykład posiadamy olej arganowy to aplikujemy go jako ostatni krok naszej pielęgnacji. Pewnie większość z Was już o tym wie, ale wspominam tą zasadę w razie gdyby post czytał ktoś zaczynający swoją przygodę z pielęgnacją.

Jak stosować sera marki The Ordinary?

Należy pamiętać o tym by używać tylko 3 różnych roztworów serum na raz. Nie więcej.

Których produktów The Ordinary nie można ze sobą mieszać?

 
Są dwa produkty marki The Ordinary, których nie można ze sobą mieszać. Oznacza to, że jeśli chcecie je stosować, jeden z nich może być użyty tylko wieczorem a drugi tylko rano lub na odwrót, ale nie powinny być aplikowane w tym samym czasie. Mowa tu o:

Niacinamide 10% + Zinc 1%
Vitamin C Suspension 23% + HA Spheres 2%

Jak stosować produkty marki The Ordinary, które mają różne pH?

Najlepiej stosować produkty o różnym pH osobno. Dlaczego? Bo ich składniki są stabilne, użyteczne i aktywne tylko gdy są utrzymywane na podstawie ustalonych poziomów pH. Jeśli chodzi o asortyment marki The Ordinary najlepiej rozdzielić ze sobą lub chociaż poczekać jakiś czas między aplikowaniem poniżej podanych, dwóch grup produktów.

Produkty z niskim pH:

  • Salicylic Acid 2% Solution (pH 3.2-3.5)
  • AHA 30% + BHA 2% Peeling Solution (pH 3.5-3.7)
  • Glycolic Acid 7% Toning Solution (pH 3.5-3.7)
  • Lactic Acid 10% + HA 2% (pH 3.8)
  • Lactic Acid 5% + HA 2% (pH 3.8)

Produkty z wyższym pH:

  • Advanced Retinoid 2% (pH 5-6)
  • Niacinamide 10% + Zinc 1% (pH 5.5-6.5)
  • Ascorbyl Glucoside Solution 12% (pH 6-7)
  • Natural Moisturizing Factors + HA (pH 6.5-7)
  • Magnesium Ascorbyl Phosphate 10% (pH 6.5-7.5)
  • Hyaluronic Acid 2% + B5 (pH 6.5-7.5)

Jak stosować kosmetyki marki The Ordinary?





A oto przykładowa pielęgnacja dla poszczególnych typów cery:



Przykładowa pielęgnacja dla skóry z oznakami starzenia :



Rano: Buffet, Hyaluronic Acid 2% + B5

Wieczorem: Buffet, Advanced Retinoid 2%, 100% Organic Cold-Pressed Rose Hip Seed Oil 



Przykładowa pielęgnacja dla skóry z przebarwieniami:



Rano: Alpha Arbutin 2% + HA, Niacinamide 10% + Zinc 1%, Magnesium Ascorbyl Phosphate Solution 10%; 
Wieczorem: Alpha Arbutin 2% + HA, Azelaic Acid Suspension 10% lub Advanced Retinoid 2% 

Przykładowa pielęgnacja dla skóry odwodnionej:

Rano: Hyaluronic Acid 2% + B5, Natural Moisturizing Factors + HA;
Wieczorem: Hyaluronic Acid 2% + B5, 100% Plant-Derived Squalane 

Przykładowa pielęgnacja dla skóry trądzikowej:

Rano: The Ordinary Niacinamide 10% + Zinc 1%
Wieczorem: Hyaluronic Acid 2% +B5, Salicylic Acid 2% Solution, 100% Cold Pressed Rosehip Seed Oil

                                                                                               


Mam nadzieję, że ten krótki post chociaż trochę rozjaśnił Wam jak stosować produkty marki The Ordinary i co wybrać dla siebie. Na moim blogu możecie też znaleźć recenzje The Ordinary Azelaic Acid Suspension 10% (klik), podkładu The Ordinary Coverage Foundation (klik) i Niacinamide 10% + Zinc 1% i Hyaluronic Acid 2%+ B5 (klik). Dajcie znać czy już poczyniliście zakupy i jakie są Wasze wrażenia?




PS: Wybaczcie, że tabelce brak granic, ale próbowałam na różne sposoby ją tu wkleić i niestety mój szablon za każdym razem je usuwa, a mistrzem HTMLa to ja nie jestem. Trochę się nad nią napracowałam i zależało mi by tu była. Mam nadzieję, że mimo wszystko znajdziecie potrzebne Wam informacje :)




Post powstał na podstawie informacji znalezionych na stronie Deciem.com  i Honesty For Your Skin.







Angelika Gumkowska i jej "Damskie laboratorium Przepisy na domowe kosmetyki". Czego się dzięki niej nauczyłam?




Bloga prowadzę już parę ładnych lat i chociaż miałam już dłuższe czy krótsze przerwy zdobyłam dzięki niemu niemałe doświadczenie. Między innymi dowiedziałam się jakie składniki szkodzą mojej cerze i czego używać by wyglądała ładnie oraz  zdrowo. Na przestrzeni tych kilku lat zmieniałam zdanie nie raz i wypróbowałam kosmetyki o różnych właściwościach czy konsystencjach pochodzące z całego świata. Dziś wiem, że nie ma jednego, konkretnego rodzaju produktów, które by się u mnie sprawdzały na całym ciele. W mojej pielęgnacji znajdziecie kosmetyki azjatyckie, polskie, drogeryjne, wysokopółkowe czy naturalne. Co prawda te ostatnie coraz częściej pojawiają się w mojej łazience, ale na pewno nie wygryzą z niej pozostałych produktów. Myślę, że upodobanie sobie ich działania oraz regularne oglądanie Czarszki (klik) sprawiło, że zmieniłam zdanie i postanowiłam zobaczyć jak to jest ukręcić chociażby tonik od postaw. Jestem jednak zupełnie zielona w tym temacie, bo przecież nigdy wcześniej mnie on nie interesował, a mieszanie i odmierzanie jeszcze kilka miesięcy temu powodowało u mnie gęsią skórkę. Czytałam sporo artykułów w Internecie i oglądałam też różnego rodzaju filmiki instruktażowe, ale chyba najwięcej nauczyłam się z książki “Damskie laboratorium Przepisy na domowe kosmetyki”, którą wybrałam sobie w ramach współpracy z księgarnią BookMaster.pl(klik). Dziś opowiem Wam co możecie znaleźć na jej kartkach i czy warto wrzucić ją do swojego koszyka. 

Kat Von D w Polsce!/ Kat Von D Lock It Foundation Podkład kryjący/Kat von D Lock It Concealer Korektor do twarzy/Kat Von D Tattoo Liner Wodoodporny eyeliner w pisaku/Kat Von D Lock It Setting Powder Puder sypki




Panie i Panowie mam zaszczyt ogłosić iż jej wysokość królowa Kat Von D właśnie przybywa do Waszego miasta. Proszę przygotować portfele, odłożyć sobie na ten czas kilka godzin i w odświętnym ubraniu przybyć na spotkanie z naszą monarchini. Przewidujemy sporo atrakcji. Między innymi pokaz kolorowych kosmetyków, wspaniale zdobione opakowania, a dodatkowo obiecujemy jakość do pozazdroszczenia. Nasza królowa oferuje Państwu wegańskie kosmetyki o wspaniałej pigmentacji, które na pewno pokochają kobiety nie bojące się odważnego i nietuzinkowego makijażu. A tak na serio to jeszcze niedawno Anglia świętowała pojawienie się Kat Von D w Debenhams, a już od kilku tygodni Polska cieszy się, że jej kosmetyki będą w końcu na wyciągnięcie ręki. Ja znam się z nimi nie od dziś, a słynny podkład Lock It pierwszy raz kupiłam kilka lat temu. Mam jednak w zbiorach produkty, o których nigdy Wam nie pisałam i myślę, że dobrym pomysłem będzie pokazanie ich zanim pojawią się w Sephorze by choć trochę nakreślić jak się sprawują zanim ruszycie na zakupy. Bo na pewno ruszycie prawda? :)

#luxuryday/ Peter Thomas Roth Camu Camu Power Cx30 Vitamin C Brightening Cleansing Powder/ Czy czuję się jak po wizycie w luksusowym salonie kosmetycznym?



Peter Thomas Roth pewnie dla wielu z Was jest osobą mało znaną lub co gorsza właśnie dowiedzieliście się o jego istnieniu. A szkoda… Produktom sygnowanym jego imieniem daje się niebywałe komplementy. Określenie, że po ich użyciu czujemy się tak jakbyśmy właśnie opuścili luksusowy salon kosmetyczny to naprawdę imponujące pochlebstwo.  I jakie zachęcające prawda? Gość ma u mnie wielkiego plusa, bo zmagając się z trądzikiem nie spoczął na laurach i postanowił, że stworzy takie kosmetyki, które świetnie zwalczać będą strofujące nas problemy skórne. Inspiracją do skomponowania przez niego “kompletnej gamy pielęgnacji skóry” była rodzina Petera, która prowadziła w XIX wieku uzdrowisko na Węgrzech. Mogę Was zapewnić, że ten pan nie chodzi na skróty. Nieprzerwanie podróżuje po świecie szukając najlepszych składników do swoich produktów, a stawiając tylko na najnowsze technologie można rzec, że sukces ma murowany. Miałam okazję testować dwa produkty od Peter Thomas Roth i już na wstępie mogę Wam powiedzieć, że chcę jeszcze! Co prawda asortyment marki odstrasza trochę wysoką ceną i niestety małą dostępnością. Co więc mają w sobie takiego te produkty, że po pierwszym zasmakowaniu ma się tylko ochotę na więcej?

Nowości Rossmanna/ Czerwiec 2017/ Rimmel, Alterra, Barwa Siarkowa, Ginger Organic, Fa, Bourjois.



 Jest i lipiec! Początek miesiąca przynosi ze sobą najnowsze pudełko nowości Rossmanna. Czerwcowy box tak jak poprzedni wypełniony był nie tylko kosmetykami, ale i środkami czystości czy różnego rodzaju przekąskami. Kolejny raz nie mogę napisać, że czuję się zawiedziona. Nie jestem pewna tylko jednego produktu z całej dziesiątki i obawiam się, że nasze bliższe spotkanie może skończyć się tragicznie dla mojej skóry. Najbardziej ucieszył mnie fakt iż całość stanowi bardzo fajny zbiór kosmetyków, które podążają za trendami. Dzięki nim łatwo rozszyfrowałam iż dobrze nam znane marki nie chcą pozostać w tyle i mocno inspirują się aktualnie panującą modą w pielęgnacji czy też makijażu. Zabrakło mi jedynie produktów do włosów i chyba wtedy każda część ciała byłaby obdarowana. Zapraszam więc do zapoznania się z ciekawą mieszanką kolorówki, kosmetyków do ciała, twarzy oraz jednym produktem przeznaczonym do higieny intymnej. Zaczynamy!
 

Vianek Nawilżająca emulsja myjąca do twarzy i Nacomi Cleansing Oil Olejek do demakijażu/ Dobre bo polskie?



Wizyty w Polsce zawsze obfitują o nowe wrażenia, wspomnienia, znajomości i oczywiście kosmetyki. Na szczęście z roku na rok przywożę ich coraz mniej, ale za każdym razem staram się wybrać choć kilka takich, które wyprodukowane zostały w Polsce. Dziś chciałabym Wam przedstawić dwa produkty towarzyszące mi w jakże ważnym etapie codziennego oczyszczania. Dzięki niemu moja skóra zostaje porządnie oczyszczona, martwy naskórek usunięty, a nałożony rano makijaż znika bezpowrotnie w odpływie prysznica. Mimo iż staram się zdrowo odżywiać nie mam bzika na punkcie naturalnej pielęgnacji, ale lubię gdy żele do mycia twarzy i hydrolaty mają porządne składy. Myślę też, że spośród wszystkich kosmetyków najłatwiej też jest je skomponować. Zainspirowana azjatycką metodą oczyszczania twarzy już od jakiegoś czasu zaraz po płynie micelarnym stosuję olejek do demakijażu. Byłam ogromnie ciekawa jak spisze się u mnie ten z Nacomi czyli Nacomi Cleansing Oil. Jako, że zaraz po nim używam mocniej oczyszczającego żelu do mycia twarzy, który może wysuszać skórę od czasu do czasu chciałam zamieniać go na emulsję myjącą marki Vianek, która nie zawiera SLS i jest dużo łagodniejsza od przeważnie stosowanych przeze mnie produktów. Czy oba kosmetyki sprostały moim oczekiwaniom i czy jeszcze kiedyś po nie sięgnę? Zaraz Wam o tym opowiem.
© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig