Vianek Nawilżająca emulsja myjąca do twarzy i Nacomi Cleansing Oil Olejek do demakijażu/ Dobre bo polskie?



Wizyty w Polsce zawsze obfitują o nowe wrażenia, wspomnienia, znajomości i oczywiście kosmetyki. Na szczęście z roku na rok przywożę ich coraz mniej, ale za każdym razem staram się wybrać choć kilka takich, które wyprodukowane zostały w Polsce. Dziś chciałabym Wam przedstawić dwa produkty towarzyszące mi w jakże ważnym etapie codziennego oczyszczania. Dzięki niemu moja skóra zostaje porządnie oczyszczona, martwy naskórek usunięty, a nałożony rano makijaż znika bezpowrotnie w odpływie prysznica. Mimo iż staram się zdrowo odżywiać nie mam bzika na punkcie naturalnej pielęgnacji, ale lubię gdy żele do mycia twarzy i hydrolaty mają porządne składy. Myślę też, że spośród wszystkich kosmetyków najłatwiej też jest je skomponować. Zainspirowana azjatycką metodą oczyszczania twarzy już od jakiegoś czasu zaraz po płynie micelarnym stosuję olejek do demakijażu. Byłam ogromnie ciekawa jak spisze się u mnie ten z Nacomi czyli Nacomi Cleansing Oil. Jako, że zaraz po nim używam mocniej oczyszczającego żelu do mycia twarzy, który może wysuszać skórę od czasu do czasu chciałam zamieniać go na emulsję myjącą marki Vianek, która nie zawiera SLS i jest dużo łagodniejsza od przeważnie stosowanych przeze mnie produktów. Czy oba kosmetyki sprostały moim oczekiwaniom i czy jeszcze kiedyś po nie sięgnę? Zaraz Wam o tym opowiem.

Nacomi Cleansing Oil/ Cera normalna i sucha


Jak zawsze zacznę od krótkiego opisu opakowania, które niestety nie zdało egzaminu. Myślę, że o wiele wygodniejszym rozwiązaniem byłaby pompka, bo tutaj mam wrażenie iż otworek nie jest wystarczająco chroniony i olejek często już zamknięty rozlewał się brudząc wszystko dookoła. Na pewno nie zabrałabym go ze sobą w podróż. Poza tym spędzając kilkanaście tygodni pod prysznicem i nasiąkając rozlewającym się po bokach produktem naklejka z tyłu opakowania zaczęła odchodzić tylko pogarszając wygląd buteleczki. Zapach olejku to bardzo przyjemna, delikatna woń, a konsystencji raczej nie muszę opisywać, bo logiczne, że jest tłusta i lepka.

Produkt aplikuję na suchą skórę, później chwilę ją masuję i zmywam całość ciepłą wodą. Już przy tej czynności zaczynają dziać się mało fajne rzeczy. Olejku niestety nie da się bez problemu zmyć, bo w kontakcie z wodą zaczyna się mazać i nawet oblewając twarz mocnym strumieniem mam problem by się go pozbyć. Oczywiście producent zaleca użycie do tego specjalnej ściereczki, ale ja zdecydowanie jestem przeciwniczką tego typu gadżetów. Faktycznie zmywanie produktu przy jej użyciu idzie mi dużo sprawniej, ale później każdorazowo szmatkę trzeba myć porządnie oraz prać co jakiś czas. Miałam już wcześniej do czynienia z olejkami do demakijażu i nigdy nie musiałam sięgać po coś dodatkowego by je usunąć. Oczywiście wiem, że pewnie za wszystkim stoi naturalny skład, ale w takim razie u mnie tego typu produkty nie będą mile widziane. Jeśli miałabym ocenić oczyszczanie to też nie poradził sobie z nim idealnie. Co prawda zmyje porządnie podkład czy puder, ale z tuszem już mu tak łatwo nie pójdzie. 

Skład: Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Vitis Vinifera Seed Oil, Ricinus Communis (Castor) Seed Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Sclerocarya Birrea (Marula) Seed Oil, Plukenetia Volubilis (Sacha Inchi) Seed Oil, Hippophae Rhamnoides (Sea Buckthorn) Fruit Oil, Argania Spinosa Kernel Oil, Parfum

Pewnie bardziej spostrzegawczy zauważyli, że posiadam wersję do skóry suchej i normalnej, a przecież na rynku dostępna jest też ta dla cery normalnej i mieszanej. Tutaj zgonić wszystko muszę na moją niezdarność. Olejek kupowałam przed samym zamknięciem drogerii i chwyciłam pierwszy lepszy pędząc co tchu do kasy. Wieczorem przed samym demakijażem zaskoczyłam się niezmiernie i od razu sprawdziłam jakich składników sobie poskąpiłam i co dostałam w zamian. No i zabijcie mnie, ale wszędzie gdzie porównuje oba produkty okazuje się, że składy są… identyczne. Czyli, że tylko naklejka jest inna? Jeśli posiadacie jakieś informacje na ten temat do dajcie znać, bo chętnie się dowiem co tu jest grane.

Na koniec przechodzę do najbardziej nieprzyjemnej części recenzji. Kosmetyk ma w składzie olejek ze słodkich migdałów przez który okropnie mnie wysypało... Miałam dosłownie podskórne gule, strasznie bolące i gojące się długie tygodnie. Niestety składnik ten może być komedogenny i jak widać moją cerę zwyczajnie zapycha. Po odstawieniu produktu problem zniknął jak ręką odjął i niestety nigdy więcej nie mogłam do niego wrócić...


Podsumowując nie polecam Wam tego olejku do demakijażu jeśli posiadacie skórę, która łatwo się zapycha i wypryski nie są jej obce. Mam wrażenie iż produkt ten został zrobiony na szybko bez jakiegokolwiek przemyślenia. Zarówno opakowanie jak i identyczne składy, uciążliwe zmywanie aż po olejek ze słodkich migdałów dla problematycznych cer, to jakiś żart lub niekompetencja osób, które stały za stworzeniem tego kosmetyku. Nie, nie i jeszcze raz nie.

Vianek Nawilżająca emulsja do mycia twarzy


Opakowania kosmetyków marki Vianek nie do końca przypadły mi do gustu. Kwieciste motywy zawsze kojarzą mi się z przesadą i zarówno materiały jak i produkty ozdobione nimi są dla mnie zbyt wzorzyste. Nie przeszkadza mi to oczywiście w stosowaniu emulsji, bo poza tym ma ona fajną i małą buteleczką z pompką, którą łatwo blokować i nie musimy martwić się o jej przypadkowe rozlanie. Zapach produktu to fajna, kwiatowa kompozycja z nutą słodyczy. Po prostu przyjemny i niedrażniący.

Mi wystarczy jedna pompka na każde mycie i ani grama więcej. Oczywiście emulsja się nie pieni, a po kontakcie z wodą zmienia się w przyjemne i lekkie mleczko. Po jej użyciu moja skóra jest miękka, gładka i co najważniejsze nie czuję nieprzyjemnego ściągnięcia. Mam wrażenie, że jednak trochę wpłynęła na lepsze nawilżenie cery, ale nie jestem w stanie potwierdzić tej właściwości na sto procent. Mimo codziennego stosowania produkt nie spowodował wysypu, nie zapchał mnie i nie sprawiał iż skóra świeciła się szybciej. Co więcej ma fajny, naturalny skład i myślę, że nada się do każdego typu cery.

Wiem, że powyższy opis może sprawiać wrażenie, że znalazłam produkt idealny i uwierzcie mi, że naprawdę chciałabym go takim mianować, ale niestety nie mogę... Ma on jedną, ale bardzo istotną wadę: nie oczyszcza. No może tak odrobinkę, dosłownie tyci, tyci. Nie poradzi sobie z usunięciem resztek makijażu czy jakichkolwiek innych zanieczyszczeń. Po użyciu emulsji mam wrażenie jakbym wcale nie myła twarzy i sięgam po kolejny żel co oczywiście nie ma sensu. I nie myślcie, że wymagam od niej oczyszczania jak od produktów przeznaczonych do tłustej cery, ale producent jednak na opakowaniu obiecuje chociaż pozbycie się zanieczyszczeń. Chociaż z drugiej strony ciekawe co według niego kryje się pod tym wyrazem?

Skład: Aqua, Vitis Vinifera Seed Oil, Glycerin, Cetyl Alcohol, Urea, Lauryl Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Tilia Platyphyllos Flower Extract, Panthenol, Triticum Vulgare Germ Oil, Glyceryl Oleate, Stearic Acid,Tocopheryl Acetate, Allantoin, Xanthan Gum, Cyamopsis Tetragonoloba Gum, Benzyl Alcohol, Parfum, Dehydroacetic Acid.
Przyznam, że na początku byłam trochę zła i zawiedziona, ale po nieco głębszych przemyśleniach stwierdziłam, że jednak miałam trochę zbyt wygórowane oczekiwania względem produktu. Znalazłam więc dla niego inne zastosowanie i obecnie emulsja służy mi do mycia twarzy rano. Nie potrzebuję wtedy mocnego oczyszczania, a jedynie lekkiego odświeżenia i czasami usunięcia cieniutkiej warstwy sebum. Dzięki temu, że nie męczę już skóry stosując dwa razy dziennie nieco silniej działających środków myjących, przestała się ona tak mocno przetłuszczać i wygląda po prostu zdrowiej.

Moje pierwsze chwile z emulsją sprawiły iż zawisł nad nią wyrok skazujący na wygnanie i porzucenie. Na szczęście udało mi się znaleźć dla niej idealne rozwiązanie i dziś zastanawiam się nawet czy nie dokupić kolejnego jej opakowania, bo niestety to już się kończy, a poza tym data przydatności produktu to jedynie 3 miesiące. 
                                                                                            

Tym razem przygoda z polskimi kosmetykami nie odbyła się tak bezproblemowo jak bym chciała i niestety olejek Nacomi muszę oddać siostrze, a co do kosmetyku Vianka to na szczęście znalazłam dla niego zastosowanie, które pozwoliło mi zachować emulsję tylko dla siebie. Do pokazania mam Wam jeszcze dwa produkty pochodzące z Polski i oba są tej samej marki, ale o tym następnym razem :)


Znacie może wyżej przedstawione przeze mnie produkty? I koniecznie dajcie znać o co chodzi z tymi składami olejków Nacomi?

 

 
© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig