Kosmetyki, które zmieniły świat czyli 5 kultowych produktów urodowych.




Jako blogerka, która obraca się głównie w temacie urody miałam okazję poznać naprawdę masę produktów do pielęgnacji cery czy makijażu. Kobiety jednak nie od dziś interesują się upiększaniem swojego ciała oraz dbaniem o każdy jego zakamarek, a w ciągu tych setek lat powstało mnóstwo kosmetyków, które miały im w tym pomóc. Na pewno są wśród nich kultowe produkty znane nie tylko blogerkom urodowym i zainspirowana książką Sali Hughes “Pretty Iconic” postanowiłam stworzyć dla Was nową serię, w której opowiadać będę o ukochanych przez wielu kosmetycznych ikonach. Autorka uważa, że zmieniły one życie kobiet na całym świecie oraz co więcej całej branży beauty. Pewnie nie zdziwicie się gdy oznajmię, że w spisie znajdują się takie marki jak: Dior, Chanel czy Sisley, ale nas szczęście są też drogeryjne kosmetyki, które również uznaje się za kultowe. Moja pierwsza piątka to produkty znane większości, ale jestem ciekawa jakie są Wasze opinię na ich temat i czy faktycznie kochane są przez tyle osób na świecie. Liczę na to, że podzielicie się ze mną swoją opinią :)

Chanel No5/ Perfumy

 


Nie każda kobieta padła przed nimi na kolana, zawiodły setki osób, a co więcej niektórym przypominają starsze, mocno przypudrowane babcie. Jestem jednak pewna, że mało kto na świecie nie rozpozna tej pięknej, szklanej buteleczki z logiem Chanel i nazwą No5. Według mnie pachną tajemniczo, uwodzicielsko i unikatowo. Kiedyś kojarzyły mi się z bogatą, elegancką damą w dopasowanej sukience, wysokich szpilkach od Loubotina i futrzanym szalu. Koniecznie w kapeluszu oraz z najmodniejszym modelem torebki ze skóry. Dziś jednak wiem, że świetnie też dopasują się do dżinsów, białego t-shirtu i trampek czy idealnie wyprasowanego fartucha pielęgniarki. To po prostu zapach zadbanej i lubiącej piękno kobiety. W jego towarzystwie każda z nas może poczuć się bardziej pewna siebie, jakby w magiczny sposób dodawał siły oraz odwagi. Moja tajna broń, moje wsparcie, moja kropka nad "i". Tak jak autorce książki perfumy towarzyszą mi w najważniejszych chwilach mojego życia. Pachną nimi pierwsze urodziny synka, szpitalna wizyta u nowonarodzonego siostrzeńca, pogrzeb ukochanej cioci. Są ze mną na dobre i na złe. W zdrowiu i w chorobie. W Słońcu i niepogodzie. Kiedyś stosowałam je każdego dnia, ale dziś pragnę naznaczać nimi tylko wyjątkowe chwile by ta tajemnicza woń pozwalała mi do nich wracać za każdym razem gdy uniosę korek nad piękną, szklaną buteleczkę. Nigdy nie odważyłabym się namawiać kogoś do ich zakupu, bo każda z nas będzie interpretowała te perfumy w inny sposób. One potrzebują zrozumienia, poznania, a niektórzy uważają nawet, że do twarzy im z powagą i dorosłością. Nie jestem chyba w stanie opisać Wam mojego stosunku do tego zapachu tak by wszystko to miało sens i pozwalało w jasny sposób zrozumieć co mam na myśli. Może dlatego, że ja sama nie rozumiem tej tajemnicy, która jest między nami. Coś nas przyciąga do siebie, czujemy się wyjątkowo w swoim towarzystwie i nie możemy doczekać się kolejnego spotkania. To chyba nazywa się miłość...


Beauty Blender/ Gąbeczka do makijażu

 


Zdecydowanie jedna z najbardziej znanych gąbeczek na świecie! Bezustannie kopiowana i wzbudzająca zazdrość u konkurencji. Jestem jej wielką fanka od dawna, a obecnie nie wyobrażam sobie makijażu bez udziału ukochanego Beauty Blendera. Na moim blogu znajdziecie już recenzję tego różowego jajeczka (klik) i przyznam szczerze, że jest to jedna z tych najbardziej popularnych. Wiem, że na rynku dostępne są podobne gąbki i wiele z Was zapewnia, że są równie dobre oraz tańsze. Jednak przyznam szczerze, że na razie nie rezygnuję z monogamii i nie zdradzę BB z żadną inną. Przed nią miałam produkt od Real Technique o trochę innym kształcie oraz niby zbliżonych właściwościach, ale uważam, że ani trochę nie przypomina wyżej wspomnianej gąbeczki więc nawet nie ma co ich do siebie porównywać. Równie mocno lubię jej mini wersję przeznaczoną do blendowania korektora, która na początku nie wzbudzała mojego zaufania i chyba nawet uważałam ją za zbędny gadżet. A już na pewno fanaberią wydawał mi się zakup Blotterazzi czyli gąbeczki niby mającej skutecznie usuwać nadmiar sebum. Dostałam jednak ją gratis przy zakupie całego zestawu i na początku nie wykazywała się niczym specjalnym więc stawiałam ją na równi ze zwykłą chusteczką higieniczną. Po czasie jednak zaczęła jeździć ze mną do pracy, a stosowana codziennie miała okazję się wykazać oraz dowieść, że została pochopnie oceniona. Gąbeczka zbiera sebum bez śladów na podkładzie, nie wysusza cery i po wszystkim wystarczy tylko pamiętać by porządnie ją umyć. Nie zużywa się tak szybko jak paczka chusteczek czy bibułek. Uwielbiam całą rodzinkę Beauty Blendera i wcale się nie dziwię, że ta mała, różowa gąbeczka to dziś ikona, bo ułatwia życie kobietom na całym świecie.

Estee Lauder Double Wear Stay In Place Makeup/ Podkład



Podkład, który zaliczył tyle ślubów, że nikt na świecie nie jest w stanie go przebić. Kobiety wybierają go jako pewnik na ten najważniejszy dzień w swoim życiu, bo wiedzą, że potrafi utrzymać się na twarzy przez długie godziny bez świecenia oraz spływania. O nim też już Wam tu (klik) pisałam i nadal uważam, że to świetnej jakości kosmetyk wart każdej złotówki. Szkoda tylko, że jest tak ciężki iż nie nadaje się do stosowania każdego dnia. Czasami wręcz czuję jak zastyga na twarzy i daje o sobie znać przy każdym jej poruszeniu. Jednak pewnie w tym tkwi sekret jego długotrwałości, bo niestraszna mu impreza do białego rana, a co więcej pewnie nawet spacer w deszczu czy huragan. Miałam już kilka jego opakowań i wciąż nie znalazłam odcienia, który idealnie pasowałby do mojego naturalnego koloru cery. Poza tym przed każdą aplikacją podkładu polecam upewnić się, że Wasza skóra jest w dobrym stanie, bo w przeciwnym razie będzie po prostu wyglądał źle. Podkreśli suche skórki, wypryski i rozszerzone pory. Zdecydowanie jest to produkt z którym trzeba umieć się obejść, ale jego bezkonkurencyjna trwałość sprawia, że można mu wybaczyć dosłownie wszystko. 

Batiste/ Suchy szampon 

 


Też tak macie, że jak ktoś mówi suchy szampon to przed oczami od razu staje Wam ten od Batiste? Ja nie należę do rzeszy jego fanów, ale jest to jeden z pierwszych tego typu produktów jakie miałam okazję testować i zapomnieć się go nie da. Najbardziej przeszkadza mi w nim ten okropny, biały osad na włosach oraz zamienianie ich w kupę suchego siana, ale skuteczności mu odmówić nie mogę. Faktycznie potrafi bardzo tłuste włosy odświeżyć w kilka minut i pozbyć się problemu z głowy (dosłownie). Co więcej obecnie służy on też do stylizacji, bo sprytne panie szybko odkryły, że dodaje kosmykom objętości i pozwala nieco utrwalić fryzurę. Myślę, że marka nie może narzekać na brak klientów. Mimo to producent nie spoczął na laurach i co chwila podsuwa nam się te szampony w różnych szatach graficznych lub z nowymi ulepszeniami. Produkty te znajdują się w prawie każdym domu, który odwiedzam, a jego mini wersje wędrują w kosmetyczkach kobiet po całym świecie. Pewnie nie jednej  Was ratują życie i pozwalają czuć się swobodniej każdego dnia.  Ten szampon chyba nigdy się nie przeje, a co więcej codziennie przybywa mu fanek. Jestem prawie pewna, że wśród moich czytelników nie będzie osoby, która napisze iż go nie lubi prawda? :)


Johnson’s Baby Lotion/ Balsam do ciała

 


Pewnie znacie zapach tego balsamu? Słodki, jakby różany i przypominający malutkiego, zadbanego bobasa. Myślę, że nie trzeba być matką by wiedzieć o istnieniu tego produktu. Od wieków mieszka w naszych domach i służy nie tylko do pielęgnacji ciała dziecka. Ja swojego bobasa smarowałam nim w sumie chyba tylko kilka razy, bo dostaliśmy balsam w prezencie i byłam ciekawa jak działa, ale osobiście ten zapach nie jest moim ulubionym, a i skład ma bardzo podejrzany. Myślę, że produkt ten był najbardziej popularny w czasach gdy kobiety nie zwracały za bardzo uwagi na listę INCI i ślepo ufały reklamom, w których przekonywano je, że to najlepszy wybór dla ich małego brzdąca. Z tego co zaobserwowałam obecnie matki sięgają głównie po naturalne kosmetyki z przejrzystymi oraz prostymi składami, w których nie ma konserwantów. Nie mogę odmówić temu balsamowi sławy i rzeczywiście miał swoje chwile chwały więc nie dziwię się, że Sali uznała go za produkt kultowy. Jestem jednak pewna, że za jakiś czas nie będzie już tak popularny i uwielbiany, bo wyedukowane mamy nie wybaczą mu składu mało przyjaznego niemowlakowi. Co myślicie?

                                                                        


Pierwsza piątka pewnie wydała Wam się banalna i bardzo przewidywalna, ale obiecuję, że następnym razem postaram się Was czymś zaskoczyć. O ile można tak powiedzieć pisząc post o kultowych kosmetykach, które zna cały świat :) Jestem bardzo ciekawa który produkt z tej listy jest Waszym ulubionym i czy znacie każdy jeden bardzo dobrze :) Ile z nich macie pod swoim dachem?


© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig