Nowi ulubieńcy w pielęgnacji: płyn micelarny, łagodny żel do mycia twarzy i super serum z kwasem hialuronowym.




Nietrudno się domyślić, że my blogerki urodowe mimo iż mamy swoje ulubione kosmetyki bardzo często nie potrafimy być im wierne. Notorycznie zdradzamy ukochane produkty, bo testowanie nowości po prostu leży w naszej naturze. Moja pielęgnacja zmienia się bardzo często i praktycznie co miesiąc wprowadzam do niej coś nowego. Uwielbiam eksperymentować z różnymi konsystencjami oraz wystawiać na próbę składniki, które wydają mi się interesujące. Dzięki takiemu żonglowaniu kosmetykami dziś moja cera nie jest mi już obca, a ja lepiej rozumiem jej potrzeby i doskonale odczytuję pierwsze oznaki wołania o pomoc. Na dobre mi wyszło ograniczenie produktów z SLS lub wprowadzenie do pielęgnacji kwasu hialuronowego, który świetnie nawilża, skutecznie zwalczając suche skórki. Nie zawsze mam czas pisać osobną recenzje kosmetyków, które się u mnie sprawdziły więc dziś szybko postaram się opowiedzieć o moich ostatnich trzech odkryciach godnych polecenia. Akurat tak fajnie się złożyło, że po połączeniu ich wszystkich można stworzyć naprawdę porządną i skuteczną pielęgnację :)



AA Ultranawilżający Płyn Micelarny Formuła Biozgodności (16,99 zł)


Wiem, że już wspominałam o tym produkcie przy okazji przedstawiania nowości Rossmanna, ale nie mogłam poprzestać na kilku zdaniach, bo uważam, że zdecydowanie zasługuje on na obszerniejszą recenzję. Pewnie gdybym zobaczyła go na półce w drogerii to nie zwróciłby mojej uwagi i straciłabym szansę na poznanie tak fajnego produktu. Rzadko mam czas na sprawdzanie wszystkich składów i przeważnie zdążę jedynie spojrzeć na te umieszczone z tyłu kosmetyków przeznaczonych do cery trądzikowej. Ta jednak często traktowana wysuszającymi kremami również potrzebuje nawilżenia oraz ukojenia więc nie powinnam skreślać wszystkich produktów do skóry suchej i aż żałuję, że tak rzadko zwracam na nie uwagę. 


Skład: Aqua, Pentylene Glycol, Glycerin, Propylene Glycol, Sodium Hyaluronate, Sodium Cocoamphoacetate, Panthenol, Allantoin, Sodium Lactate, Malpighia Punicifolia Fruit Extract, Citric Acid, Fructose, Urea, Maltose, Sodium Chloride, Sodium PCA, Trehalose, Glucose, Tocopheryl Acetate, Polysorbate 20, Sodium Hydroxide, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin.

Płyny micelarne zawsze kojarzą mi się z dużą butlą i tym razem mamy tradycyjne opakowanie z minimalistyczną szatą graficzną. Prosto, miło dla oka oraz bez zbędnych udziwnień. Przezroczyste ścianki pozwalają na bieżąco kontrolować zużycie produktu, a usytuowane na szczycie butli wieczko bez problemu daje się podnieść i nie naraża na szwank moich paznokci. Otworki w tego typu produktach potrafią być złośliwe, jednak ten w płynie AA ma optymalną wielkość co zapobiega rozlewaniu oraz marnowaniu kosmetyku, a to znacznie zwiększa komfort stosowania. Jego działanie również mogłabym opisać w samych superlatywach, bo skutecznie zmywa nawet ten mocniejszy makijaż i co najważniejsze nie pozostawia po sobie tłustej, lepiącej się warstwy. Jednak to nie wszystko, bo muszę podkreślić, że faktycznie mam wrażenie iż płyn ten koi oraz obchodzi się bardzo delikatnie z moją cerą. Oczywiście nie zauważyłam by ją jakoś super nawilżał, ale też nie wysusza oraz nie ściąga, a to przecież bardzo istotne (zwłaszcza jak ma się suchą skórę). Chyba właśnie ta delikatność mnie od razu kupiła, bo nawet moje oczy nie ucierpiały podczas stosowania tego produktu i na pewno jest to jeden z najmniej inwazyjnych płynów micelarnych jakie miałam. Za taką cenę oraz taką wydajność nie mogłabym prosić o więcej. Na pewno będzie mi ciężko się rozstać z tą wspaniałą nowością AA, ale na szczęście jeszcze przez jakiś czas nie muszę się o to martwić :)

Bandi Ecoskin Care Kojący żel myjący (38 zł)



Poszukiwanie produktu myjącego bez SLS zaraz na początku składu to wcale nie taka łatwa sprawa. Zwłaszcza gdy wybieramy się na zakupy do popularnych drogerii. Będąc na urlopie w Polsce jednak postanowiłam się nie poddawać, a moje oczy w Hebe szybko zaciekawiła jeszcze mało mi znana marka Bandi i jej dopracowany asortyment. Nie musiałam długo przyglądać się ich kojącemu żelowi do mycia twarzy, bo zawiera on mój ukochany aloes, a dodatkowo zapakowano go w naprawdę ciekawą i przyciągającą wzrok butelkę.

No może na początku robiła na mnie wrażenie, bo w trakcie stosowania produktu szybko znudziło mi się dodatkowe zabezpieczenie, które tylko zniechęcało i marnowało mój cenny czas. Musiałam jednak spróbować, a dziś już wiem iż następnym razem będę się wystrzegać wyjątkowości wśród dozowników przy żelach do mycia twarzy. Konsystencja produktu przypomina mi trochę aloes, a nawet bardzo podobnie też pachnie. Daje fajne uczucie chłodu na skórze i chociaż nie pieni się prawie wcale super oczyszcza oraz dokładnie zmywa makijaż. 



Skład: Aqua/Water, Glycerin, Hydroxyethylcellulose, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Alpha-Glucan Oligosaccharide, Polymnia, Sonchifolia Root Juice, Maltodextrin, Lactobacillus, Glyceryl Laurate, Cocamidopropyl Betaine, Polysorbate 20, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Parfum/Fragrance, D-Limonene, Linalool, Citronellol, Citral, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde

Produkty z dzisiejszego posta spokojnie można umieścić pod etykietą: delikatność. W tym żelu również właśnie ona mnie najbardziej urzeka. Stosuję go każdego dnia, a moja skóra jeszcze ani razu nie zawołała o pomoc. Nie jest ściągnięta i sucha, a ja nie czuję dyskomfortu lub pieczenia. On nadaje jej tą wyjątkową miękkość, gładkość oraz poczucie czystości bez wyrzutów sumienia, że ucierpiała na tym bezbronna cera. Produkty zawierające SLS wysoko w składzie powodowały, że się ona szybciej przetłuszczała i wytwarzała większe ilości sebum. Mam wrażenie, że ten żel nieco ją ukoił i pozwolił odetchnąć z ulgą. Producent podpowiada iż doskonale współpracuje on ze skórą atopową, skłonną do alergii, choć myślę, że każdy się z nim dogada. Zdecydowanie jeden z najlepszych produktów myjących jakie miałam. Uwielbiam go!

Indeed Laboratorium Hydraluron (126 zł)


Wyżej już Wam wspominałam, że kwas hialuronowy naprawdę robi różnice i moja cera go kocha. Od kiedy tylko poznałam jego wspaniałe właściwości muszę mieć w łazience produkt, który zawiera ten konkretny składnik. Moim ulubieńcem w tej kategorii zdecydowanie jest ampułka od Mincer Pharma, ale jako że nie mogę jej dostać w miejscu gdzie obecnie mieszkam musiałam zacząć szukać zastępstwa. Padło więc na markę mało mi znaną, choć często chwaloną na zagranicznym jutubie. Mowa o Indeed Laboratories dostępną w angielskiej drogerii Boots. Ich Hydraluron zaciekawił mnie krótkim składem i minimalistycznym designem, choć przyznam, że kosztuje naprawdę sporo w porównaniu do wspomnianego wcześniej ulubionego serum.

Malutka, miękka tubka mieści w sobie zaledwie 30 ml produktu, ale na szczęście wystarczy odrobina by pokryć nim całą twarz. Kosmetyk posiada bezbarwną, żelową konsystencję, którą z dziecinną łatwością rozprowadza się na skórze. Początkowo pozostawia na niej lepiącą się warstwę, ale na szczęście dosłownie w kilka sekund znika ona bez śladu i nie powoduje żadnego dyskomfortu. 



Skład: Water/Aqua/Eau, Propanediol, Sodium Hyaluronate, Ahnfeltia Concinna Extract, Carbomer, Butylene Glycol, Disodium Edta, Sodium Hydroxide, Phenoxyethanol

Hydraluron
bez problemu aplikowałam pod makijaż, a gdy potrzebowałam mocniejszego nawilżenia na noc dodawałam kilka kropel olejku lub po prostu po jego wchłonięciu wklepywałam ulubiony krem. Produkt ten pozwala zauważyć różnicę już po UWAGA! … jednym użyciu. Moja cera go kocha i wystarczy malutka kropelka serum od Indeed by zamieniła się w super miękką i bardzo dobrze nawilżoną. Ten kosmetyk w mig rozprawia się z suchymi skórkami co znacznie wpływa na wygląd makijażu oraz oczywiście moje samopoczucie. Chyba spokojnie mogę określić Hydraluron jako magiczny, bo potrafi odczarować moją cerę nie do poznania. Aż ma się ochotę głaskać ją godzinami lub zerkać co chwila w lusterko by podziwiać jej blask, witalność oraz jędrność. Taka mała tubka, a jaką robi różnicę. Bez żadnych wątpliwości wpisuję ten produkt na listę odkryć roku i chociaż nie kosztuje mało, na pewno jeszcze się spotkamy :) 
                                                                                                  

Myślę, że przedstawione dziś przeze mnie produkty nie są jeszcze oklepane i nudne, a zdecydowanie warto zwrócić na nie uwagę. Mam również nadzieję, że znajdziecie wśród nich swoich ulubieńców, którzy odmienią Waszą pielęgnację na zawsze. Czujecie się skuszeni? :)



© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig