Foreo Luna 2 w pytaniach i odpowiedziach. Ponowne rozczarowanie czy tym razem zachwyt?


Oczyszczanie to jeden z najważniejszych kroków w mojej pielęgnacji i gdybym tylko zaczęła wykonywać je niepoprawnie cera od razu dałaby mi o tym znać. Już dwa lata temu wspominałam Wam o myjce do twarzy zwanej Foreo (o tutaj), w której pokładałam duże nadzieje i oczekiwałam, że usprawni tę czynność oraz odmieni mój wieczorny oraz poranny rytuał na zawsze. Wtedy nie miałam żadnych zarzutów co do działania urządzenia, jednak znalazłam w nim kilka wydawałoby się niuansów, które jednak zniechęciły mnie do sięgania po Foreo i wręcz uznałam, że niepotrzebnie wydałam na nie swoje pieniądze. Od tamtej pory przestałam się nią interesować i ominęła mnie wieść, że została wydana druga wersja myjki z pewnymi ulepszeniami, na które wpłynęły opinie oraz uwagi klientów. Marka więc chcąc załagodzić moje rozczarowanie postanowiła sprezentować mi najnowszą, standardową wersję Luny wraz z jej młodszą siostrą czyli Foreo Luna Play. Byłam ogromnie ciekawa jaką tym razem wystawię jej opinię, a co najważniejsze czy uzależni mnie od siebie i w końcu będę sięgać po nią każdego dnia z wielką przyjemnością. Minęły prawie dwa miesiące od kiedy zaczęłam testy obu urządzeń i w końcu czuję się gotowa szczerze o nich porozmawiać. Myślę, że post w formie pytań i odpowiedzi najlepiej sprawdza się przy recenzji tego typu gadżetów, bo mam wrażenie iż są wtedy opisane bardziej dokładnie, a co za tym idzie lepiej pomagają dokonać decyzji o zakupie. 

"Brudzące" serum Bielendy czyli Carbo Detox Serum węglowe. Hit dla skóry tłustej i trądzikowej?


Każda cera ma swoje ulubione składniki, które pomagają jej wyglądać nieskazitelnie oraz zdrowo. Moja uwielbia kwas salicylowy i hialuronowy, aloes czy witaminę C. Ostatnio jednak dzięki najnowszej serii Bielendy Carbo Detox do łask wrócił węgiel, który również jest świetnym kompanem skóry trądzikowej. Działa antybakteryjnie, oczyszcza, rozjaśnia, koi, złuszcza oraz pomaga pozbyć się zaskórników. Jak widać listę zasług ma sporą, a wszystko to bez skutków ubocznych w postaci suchych skórek, podrażnienia czy naruszania bariery ochronnej cery. Na wprowadzenie tego składnika do mojej pielęgnacji miało wpływ pudełko Rossmanna, które przyniosło najnowszy produkt Bielendy z wyżej wspomnianej serii czyli Serum węglowe (27,99zł) na dzień i na noc. Gdyby nie fakt, że inne produkty z tej samej rodziny widziałam setki razy aż do znudzenia to może czułabym jakąś ekscytację przed jego użyciem, a tak jakoś nie wierzyłam, że może mnie pozytywnie zaskoczyć. Dziś w końcu opowiem Wam czy kosmetyk ten wart jest zakupu no i kto wie, może nawet będę musiała przyznać, że źle go oceniłam? 


Brak kartonika trochę mnie zaskoczył, bo z tego co pamiętam kosmetyki Bielendy przeważnie w nim mieszkają. Często jednak otrzymujemy produkt w formie testowej więc dajcie znać czy finalnie doczekał się on swojego mieszkanka. Jednak dosyć ciekawie prezentuje się ta szklana buteleczka pełna czarnych kuleczek. Pod małą nakrętką kryje się pompka, którą również można zablokować poprzez przekręcenie. Jest wygodna w użyciu, dozuje optymalną ilość produktu i działa bez zarzutu. Wystarczy lekkie jej dociśnięcie i już moim oczom ukazuje się czarna, żelowa konsystencja o słodkim, melonowym zapachu. Niestety przy aplikacji serum pozostawia czarne smugi, które marzą się i są mocno widoczne na skórze. Potrzeba naprawdę dobrze je wmasować by zniknęły bez śladu. Początkowo trochę ciężko przywyknąć do twarzy w barwach wojennych, ale po czasie koloryzujący produkt pielęgnacyjny już nie robi takiego wrażenia i zupełnie zapomina się, że jest w tym coś niecodziennego. Poza tym serum wchłania się dosłownie w kilkanaście sekund nie pozostawiając po sobie tłustej i lepkiej warstwy. 




No dobrze w końcu przyszedł czas bym przyznała się do całkowicie błędnego ocenienia serum węglowego. Praktycznie wcale nie wierzyłam, że się u mnie sprawdzi, a już na pewno przez myśl mi nie przeszło, że aż tak się polubimy. Bo się polubiliśmy! Byłam pod ogromnym wrażeniem jak dobrze moja cera się z nim dogadała. Chcąc sprawdzić działanie produktu solo czyli bez dodatkowej pomocy w nawilżaniu, aplikowałam go na skórę jedynie uprzednio potraktowaną hydrolatem. Rano budziłam się z super gładką, miękką i ukojoną cerą. Dodatkowo mniejsze wypryski praktycznie zniknęły, a wszystko to bez wysuszenia oraz podrażnienia. Pory rzeczywiście miałam fajnie oczyszczone i łatwiej było je zatuszować, a skóra była optymalnie nawilżona. Nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń do tego produktu (brudzenie już mi nie przeszkadza) i obecnie jest to jedno z lepszych serum do cery tłustej-trądzikowej jakie miałam okazję stosować. Nie aplikowałam go tylko pod makijaż, bo ostatnio wolę do tego stosować mieszankę kwasu hialuronowego oraz olejku, ale na noc sprawdza się u mnie wspaniale. Ciężko mi powiedzieć czy zauważyłam zmniejszenie wydzielania sebum, bo chociaż obecnie jest trochę lepiej, to używam zbyt wiele kosmetyków by akurat temu przypisywać wszystkie zasługi. Oczywiście nie spodziewajcie się po nim naturalnego składu, ale dosyć wysoko znajdziecie trehalozę (działa nawilżająco), a gwiazda wieczoru czyli węgiel to ósme miejsce na liście. Poza tym cieszę się, że ma w sobie również Niacynamide, bo substancja ta świetnie dogaduje się z moją cerą oraz cudownie na nią wpływa. 


Skład: Aqua (Water), Glycerin, Trehalose, Cyclopentasiloxane, Dimethicone/ Vinyl Dimethicone Crosspolymer, Panthenol, Biosaccharide Gum-4, Charcoal Powder, Niacinamide, Tocopheryl Acetate, Sodium Ascorbyl Phosphate, Pyridoxine Hcl, Calcium Pantothenate, Propylene Glycol, Mica, Calcium Alginate, Hydroxyethylcellulose, Xanthan Gum, Carbomer, 1,2-Hexanediol, Sodium Starch Octenylsuccinate, Silica, Agar, Maltodextrin, Deceth-7, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, PPG-26-Buteth-26, Potassium Hydroxide, Ethylhexylglycerin, Phenoxyethanol, DMDM Hydantoin, Parfum (Fragrance), CI 77981.





Będę więc polecać to serum węglowe, bo spisało się u mnie naprawdę bardzo fajnie i jestem pewna, że zużyję je do ostatniej kropli. Nie wspominałam jeszcze (ale chyba nawet nie muszę), że nie spowodowało ono u mnie wysypu niedoskonałości czy podskórnych gul. Myślę, że będę musiała rozejrzeć się za  innymi, dostępnymi na rynku produktami, w których główną rolę gra węgiel, bo coś czuję, że mogą sporo zmienić w mojej pielęgnacji. Wy koniecznie dajcie znać co sądzicie o innych kosmetykach z serii Carbo Detox i czy również udało Wam się znaleźć wśród nich perełkę :)



Labiola.pl? Naturalnie, że tak!/ Bioline olej Monoi i hydrolat z róży damasceńskiej oraz Make Ma Bio Krem Receptura 171.



Popularność naturalnych kosmetyków nie spada i bardzo często spotykam kobiety, które tylko im bezgranicznie ufają. Wierzą, że rośliny mają wielką moc więc chcą by wyłącznie one dbały o nawilżenie ich skóry, blask włosów oraz rozświetlenie cery. Starają się jeść zdrowo, żyć wolniej, stresować mniej i za każdym razem upewniają się by produkty po które sięgają nie były testowane na zwierzętach. I ja wiele razy myślałam by przejść na zieloną stronę mocy, ale przez moją kapryśną cerę zwłaszcza jeśli mowa o makijażu bardzo ciężko jest mi znaleźć kosmetyki w tej kategorii, które mogłabym nad wyraz polubić. Mimo wszystko zawsze chętniej sięgam po produkty z bardziej naturalnym składem i nie wykluczam, że kiedyś tylko nimi będę się otaczać. Nie mogę jednak dłużej czekać i muszę Wam pokazać jeden z najpiękniejszych oraz najlepiej dopracowanych sklepów, którego internetowe półki uginają się od naturalnych mazideł, psikadeł, suplementów diety, superfood oraz ekologicznych środków przeznaczonych do dbania o dom oraz mieszkanie. Co więcej przemiłe dziewczyny: Magda i Monika oprócz tej masy dobroci, oferują również bloga pełnego ciekawych informacji na temat zdrowego stylu życia oraz wszystkiego co się wokół niego kręci. Ja dziś mam przyjemność pokazać Wam tylko kawałek świata Labiola.pl i chętnie opowiem jak oceniam trzy produkty do pielęgnacji skóry oraz włosów, które dostałam do recenzji i chyba nawet zbyt długo czekały na swoje pięć minut. Będzie się działo!

Ale to już było?/ Eveline Liquid Control HD/ Podkład do twarzy Light Beige 010


Jeśli jesteście szczęśliwymi (przeklętymi!) posiadaczkami cery tłustej, a na domiar złego trądzikowej to pewnie wiecie już, że znalezienie odpowiedniego dla niej podkładu może stanowić nie lada problem. Obecnie wielu producentów chwali się wielofunkcyjnymi kosmetykami, ale wyprodukowanie takiego, który będzie trzymał mat (ale nie za mocny), nie zapcha porów, da optymalne krycie oraz nie zetrze się w ciągu dnia to prawie jak misja niemożliwa. Takie mam właśnie wrażenie testując od lat przeróżne formuły i marki, a w ostateczności do dziś nie odnalazłam produktu, który dałby sobie radę z wszystkimi, wyżej wymienionymi problemami. Chwalone przez większość podkłady sprawdzają się w mniejszym lub większym stopniu, ale żaden nie jest w stanie zagrzać sobie u mnie miejsca na dłużej, tak bym z przyjemnością sięgała po niego każdego dnia. Pewnie większość z Was słyszała już o słynnym produkcie Catrice czyli HD Liquid Coverage Foundation, który chyba spokojnie mogę nazwać jednym z najbardziej znanych podkładów w Polsce. Gdy tylko wszedł na rynek znikał w zaskakującym tempie i aż dziwne, że obyło się bez zapisów. Ja skusiłam się na niego kiedy szał już ucichł, ale niestety okazał się jednym z najgorszych tego typu produktów jakie miałam okazję testować. Okropne odcienie, dusząca cerę konsystencja, niska trwałość i efekt maski, który straszył za każdym razem gdy spojrzałam w lusterko. Marka Eveline pewnie skuszona sławą wyżej wspomnianego podkładu postanowiła wyprodukować kosmetyk na jego podobieństwo (Eveline Liquid Control HD) tak by budził ciekawość i sensacje, a co za tym idzie wysoką sprzedaż oraz popularność. Po porównaniu wyglądu opakowań oraz składów obu produktów ma się wrażenie iż podkłady niczym się od siebie nie różnią. Czy faktycznie tak jest?


Smuklejsza oraz zgrabniejsza buteleczka podkładu Eveline bardziej przypadła mi do gustu. Stworzono ją z grubego szkła i uwieńczono wydawałoby się wygodną pipetką. Dlaczego napisałam wydawałoby się? Ponieważ produkt ma bardzo wodnistą, rzadką konsystencję i przy każdym wydobyciu kroplomierza z jego wnętrza należy uważać by nie kapnąć sobie na ubranie lub meble. Uwierzcie mi, że podczas testowania podkładu zdążyłam już zniszczyć kilka podkoszulek, z których niestety nie udało usunąć opornego kosmetyku. W opakowaniu znalazłam jeszcze jedna wadę, ale być może dotyczy ona tylko mojego egzemplarza. Dolna część pipety często zsuwa się aż do umieszczonej nad nią gumki i za każdym razem przed użyciem podkładu muszę wyciskać ją by móc prawidłowo nabrać produkt. Mam nadzieję, że dobrze się wyraziłam i rozumiecie co mam na myśli :) 



Poza tym kosmetyk łatwo się rozprowadza przy pomocy gąbeczki, nie tworzy smug i pozostawia po sobie satynowe oraz "zdrowe" wykończenie. Jedna warstwa u mnie zakrywa wystarczająco, choć lekko przebijają przez nią piegi czy większe zmiany skórne. Na szczęście krycie można budować i po dołożeniu kolejnej dawki rezultat powinien zadowolić nawet fanki mocniejszego kamuflażu. Jednak nawet wtedy nie musicie się obawiać efektu maski, bo podkład na twarzy prezentuje się bardzo naturalnie i ładnie stapia się z cerą. Należy również pamiętać, że przed każdą aplikacją należy go bardzo dobrze wstrząsnąć, bo po długim odstaniu wytrąca się pomarańczowy osad, który znika po dokładnym wymieszaniu produktu. 


Jeśli się dobrze przyjrzycie widać nieznaczną różnicę w kolorach (po prawej podkład aplikowany kilka minut przed zrobieniem zdjęcia, a po lewej kilka sekund przed jego wykonaniem)
Odcień Light Beige będzie za ciemny dla bladziochów, ale za jasny dla posiadaczek oliwkowej skóry. Warto też wspomnieć, że początkowo jest neutralny, ale po czasie lekko oksyduje ciemniejąc i wpadając w różowe tony (patrz zdjęcie powyżej). Różnica nie jest ogromna i mi akurat nie przeszkadza, bo moja cera nie należy do tych typowo żółtych więc mimo wszystko produkt wygląda na niej bardzo dobrze. Może on podkreślać suche skórki, ale problem ten niweluje dobry krem lub baza i dlatego nie zdarza mi się aplikować go solo. Porządnie przypudrowany podkład trzyma się na mojej twarzy całkiem dobrze, ale oczywiście bezlitosna strefa T wymaga poprawek już po kilku godzinach od aplikacji. Mimo wszystko jak na drogeryjny kosmetyk radzi sobie świetnie z tłustą skórą i obecnie nakładam go każdego dnia do pracy. Nie zauważyłam by się ścierał lub migrował, choć oczywiście po kilkunastu godzinach łatwo ulega płynowi micelarnemu. Jeśli tak jak ja posiadacie trądzikową cerę to pewnie zastanawiacie się czy produkt wpłynął negatywnie na jej stan. Już wspominałam, że sięgam po niego niemal codziennie od prawie dwóch miesięcy i nie zauważyłam wysypu podskórnych gul czy znacznego pogorszenia stanu skóry.  

Efekt przed, po i pełen makijaż-  Eveline Liquid Control HD:

W podsumowaniu na pewno muszę napisać, że Eveline Liquid Control HD (36,49 zł) to jeden z lepszych drogeryjnych podkładów jakie znam, choć oczywiście ideałem go nazwać nie mogę. Według mnie spisuje się lepiej niż bliźniaczo podobny Catrice, ale pewnie wiele osób się ze mną nie zgodzi. Wszystko oczywiście zależy od Waszych oczekiwań oraz stanu i rodzaju cery. Ja przyznam szczerze, że będę za nim tęsknić gdy się skończy, chociaż składu nie ma najlepszego i na pewno nie chciałabym go aplikować na moją skórę każdego dnia przez długie miesiące. Głównie lubimy się za to, że jest lekki, nie tworzy efektu maski, ładnie stapia się z cerą i całkiem dobrze współpracuje z moją tłustą skórą. Jestem bardzo ciekawa jak wiele z Was chce sprawdzić jego działanie i porównać go do wyżej wspomnianego HD Liquid Coverage Foundation. Czujecie się skuszeni? :)






Nowości Rossmanna/ Wrzesień 2017/ Nowa marka makijażowa, brokatowy Tangle Teezer i serum Bielendy, które "brudzi" skórę.


Pora na jeden z Waszych ulubionych postów, czyli przedstawienie nowości, które niedługo zamieszkają na półkach Rossmanna. W tym miesiącu pudełko było mocno makijażowe i na początku nie mogłam się zdecydować czy to dobrze, ale na szczęście miałam okazję sprawdzić produkty marki, która jeszcze nie jest dobrze znana więc nie nudziłam się podczas testów. Od serii Carbo Detox marki Bielenda starałam się trzymać z daleka i choć początkowo mnie kusiła, to później bardzo często pokazywana jakoś przestała wzbudzać zainteresowanie. Przyznam jednak, że gdy zobaczyłam najnowsze Serum węglowe to serce zabiło mocniej, a ja nie mogłam doczekać się aż wpadnie w moje ręce. Z dodatków niekosmetycznych tym razem mieliśmy okazję testować posiłki dla niemowląt od BoboVita, parasolki Ideenwelt i różnego rodzaju zdrowe przekąski. Po tym bardzo ogólnym oraz mocno okrojonym wstępie zapraszam na to co najlepsze czyli bardziej szczegółowe przedstawienie zawartości boxa :)

Nowości Wibo, czyli makijaż rozświetlony z 24 godzinną trwałością/ Utrwalacz makijażu Fixing Spray i Selfie Loose Shimmer Rose


Nie pamiętam kiedy pierwszy raz słyszałam o mgiełkach utrwalających makijaż, ale jestem pewna, że od razu opis ich działania wydawał mi się mocno przesadzony. Wystarczy za pomocą aplikatora rozpylić produkt na twarz by dosłownie po kilku sekundach cieszyć się nienagannym lookiem bez świecenia, ścierania, pudrowego efektu oraz rozmazywania. Zbyt piękne by było prawdziwe, a ja dodatkowo wymagam jeszcze braku alkoholu w składzie co tylko utrudnia sprawę. Głównie dlatego nowy Fixing Spray marki Wibo przyprawił mnie o szybsze bicie serca i pokładałam w nim wielkie nadzieję wierząc iż w końcu spełni utopijne marzenia o mgiełce, która utrzyma w ryzach błyszczącą strefę T. Niestety tak to już w życiu niesprawiedliwie bywa, że jedną część twarzy pudrujemy by się nie świeciła, a na drugą musimy nakładać rozświetlacz aby dodać jej blasku oraz młodzieńczej świeżości. Dwie nowości marki Wibo, czyli wspomniany wyżej spray oraz Selfie Loose Shimmer mają pomóc nam w obu tych czynnościach dodając pewności siebie i sprawiając, że nasza skóra będzie wyglądać pięknie oraz zdrowo. Dziś dowiecie się co o nich sądzę i czy dały radę skraść moje serce. Zapraszam!

Jesienne kwaszenie z COSRX AHA 7 Whitehead Power Liquid Serum zwalczającym zaskórniki/ Antidotum dla cer problematycznych?



Teraz już bez obaw mogę napisać: lato oficjalnie zostało zakończone. Sezon na dnie spędzone pod kocem, grube swetry, seriale na Netflixie oraz dyniowe latte uznaję za otwarty. Jesienią nie tylko nasza garderoba wymaga zmian i polecam też przemyśleć dotychczas stosowaną pielęgnację, bo pewnie również przyda jej się aktualizacja. U mnie zawsze o tej porze roku na pierwszy plan wysuwają się kwasy. Staram się tego typu produkty stosować cały rok, ale latem aplikuję jedynie ich minimalną ilość. Moim ulubionym jest salicylowy oraz migdałowy, jednak ostatnio bardzo chciałam sprawdzić działanie wody jabłkowej w połączeniu z kwasem glikolowym więc sięgnęłam po produkt marki COSRX AHA Whitehead Power Liquid. Zachwycił mnie jego krótki i konkretny skład, a także mnóstwo pozytywnych recenzji. Porywając się kolejny raz na azjatyckie kosmetyki sporo ryzykowałam, bo bardzo często mnie one rozczarowują pozostawiając po sobie jedynie zmaltretowaną cerę pełną wyprysków. Dziś dowiecie się czy ta gra w ciemno mi się opłaciła i szczerze przyznam, że nie mogę się już doczekać by opowiedzieć Wam jak wyglądało moje spotkanie z preparatem od COSRX, bo dopiero po prawie roku czasu jestem gotowa na jego ocenę i dokładną recenzję. Zapraszam!
© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig