The Ordinary vs cera tłusta i trądzikowa. Czy znalazłam coś dla siebie? The Ordinary Peeling z 7% kwasem glikolowym, The Ordinary Olejek z witaminą C i F, The Ordinary Serum pod oczy z kofeiną i zieloną herbatą, The Ordinary Peeling kwasowy AHA 30% + BHA 2%, The Ordinary Olejek z nasion ogórecznika i The Ordinary Peeling z kwasem mlekowym i hialuronowym 10%.



Z nieukrywaną radością przyznam się Wam, że post instruujący jak stosować kosmetyki marki The Ordinary jest hitem na moim blogu i ostatnio coraz więcej osób do niego zagląda. To tylko udowadnia, że marka ta tak jak przewidywałam cieszy się dużym zainteresowaniem w naszym kraju. Już dawno nikomu nie udało się zrobić takiego szumu na rynku kosmetycznym i chociaż właściciel budził kontrowersje oraz często zachowywał się wręcz skandalicznie sporo z nas i tak kocha jego produkty, a ja długo nie mogłam się pogodzić z tym, że już go nie ma wśród nas... Podczas mojej nieobecności miałam okazję przetestować kilka kosmetyków marki, które najbardziej mnie ciekawiły i byłam pewna, że mogą pomóc mojej skórze uzyskać upragniony stan. Dziś przychodzę z podsumowaniem i z przyjemnością opowiem Wam o takich produktach jak: The Ordinary Glycolic Acid 7% Toning Solution, The Ordinary Ascorbyl Tetraisopalmitate Solution 20% in Vitamin FThe Ordinary AHA 30 + BHA 2 Peeling Solution, The Ordinary Caffeine Solution 5%+ EGCG, The Ordinary Lactic Acid 10% + HA oraz w końcu The Ordinary 100% Organic Cold-pressed Borage Seed OilW związku z tym, że jak na jeden post trochę tych buteleczek się uzbierało podaruję sobie dziś dygresję, z której jestem dobrze znana i od razu przejdę do recenzji.

The Ordinary Glycolic Acid 7% Toning Solution| Peeling z 7% kwasem glikolowym (38 zł/6.80 GBP)


Nie wytrzymam i już na początku zaznaczę, że ten produkt naprawdę działa! Przyznam, że nie spodziewałam się tego po nim, bo moja cera nie przepada za kwasem glikolowym, ale z tym tonikiem jakoś się dogadała. Umieszczony został w butelce z miękkiego plastiku zakończonej fajnym i wygodnym dozownikiem, który zdecydowanie zapobiega rozlewaniu produktu. Tonik jest bardzo rzadki i wystarczy odrobinę wylać na wacik by dokładnie przetrzeć nim całą twarz. Na początku stosowania czułam lekkie pieczenie i moja cera była zaczerwieniona, ale szybko przyzwyczaiła się do tych efektów ubocznych. Produkt zdecydowanie pozostawia po sobie lekko wyczuwalną warstwę, ale na szczęście nie tą z gatunku lepiących się i uprzykrzających życie. Kosmetyk lubię za to, że naprawdę szybko zauważyłam efekty jego działania! Dzięki niemu moja skóra stała się bardziej gładka, oczyszczona, przyśpieszył też gojenie się wyprysków oraz pomógł złuszczyć martwy naskórek. Przy stosowaniu tego produktu należy pamiętać by każdego ranka aplikować krem z filtrem. Eksperci narzekają na wodę różaną wysoko w składzie, która niestety może podrażniać, ale ja akurat uwielbiam ten składnik. Glycolic Acid 7% Toning Solution to zdecydowanie jeden najlepszych produktów marki, a do tego starcza na wieki i kosztuje niewiele.


Skład: Aqua (Water), Glycolic Acid, Rosa damascena flower water, Centaurea cyanus flower water, Aloe Barbadensis Leaf Water, Propanediol, Glycerin, Triethanolamine, Aminomethyl Propanol, Panax Ginseng Root Extract, Tasmannia Lanceolata Fruit/Leaf Extract, Aspartic Acid, Alanine, Glycine, Serine, Valine, Isoleucine, Proline, Threonine, Histidine, Phenylalanine, Glutamic Acid, Arginine, PCA, Sodium PCA, Sodium Lactate, Fructose, Glucose, Sucrose, Urea, Hexyl Nicotinate, Dextrin, Citric Acid, Polysorbate 20, Gellan Gum, Trisodium Ethylenediamine Disuccinate, Sodium Chloride, Hexylene Glycol, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, 1,2-Hexanediol, Caprylyl Glycol.

The Ordinary Ascorbyl Tetraisopalmitate Solution 20% in Vitamin F| Olejek z witaminą C i F (76 zł/14.90 GBP)


Jeśli jesteście ze mną od dawna to pewnie wiecie, że mam już swoje ulubione serum w tej kategorii, ale tym razem postanowiłam spróbować czegoś innego. Witamina C to od dawna stały bywalec mojej pielęgnacji. Jest ona skutecznym przeciwutleniaczem, rozjaśnia koloryt skóry i zmniejsza oznaki starzenia. Ascorbyl Tetraisopalmitate to rozpuszczalna w oleju pochodna witaminy C, która może być stosowana w wyższych stężeniach bez wad. Niestety będąc pochodną, jej siła działania nie będzie bezpośrednio porównywalna z czystym kwasem L-askorbinowym, dlatego też myślę, że często nie docenia się działania tego produktu. Występuje w postaci oleju, a co więcej w tym serum wzbogacona została także o witaminę F, znaną również jako niezbędne nienasycone kwasy tłuszczowe. Oprócz ogólnych korzyści płynących z czystej witaminy C wykazano, że tetereopaliemian askorbylu zapewnia określone korzyści w zakresie rozjaśniania skóry. 

To tyle w teorii, a w praktyce dostajemy szklaną buteleczkę z pipetą, w której wnętrzu znajdziemy przezroczystą, lepką, lekko oleistą ciecz. Wystarczy kilka kropel by pokryć nią całą twarz. Produkt ten nazwałabym bardziej suchym olejkiem niż ciężkim, treściwym oraz gęstym olejem. Wchłania się bardzo szybko i już po chwili możecie aplikować na niego ulubiony krem lub co lepsze filtr przeciwsłoneczny. Na pewno zauważyłam iż przedłuża trwałość makijażu dzięki swoim właściwościom nawilżającym oraz niweluje suche skórki. Do kolejnych zalet zaliczyłabym ukojenie cery, jej lekkie rozjaśnienie, wygładzenie oraz dodanie skórze blasku oraz jędrności. Niestety mam wrażenie, że przy dłuższym stosowaniu zapycha mnie i powoduje wysyp podskórnych niedoskonałości. Obecnie sięgam po ten produkt sporadycznie oby go wykończyć, ale na pewno już więcej do niego nie wrócę. Poleciłabym ten olejek raczej posiadaczkom cer suchych.


Skład: Coconut Alkanes, Tetrahexyldecyl Ascorbate, Ethyl Linoleate, Coco-Caprylate/Caprate, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Solanum Lycopersicum (Tomato) Fruit Extract, Squalane.

The Ordinary Caffeine Solution 5% + EGCG| Serum pod oczy z kofeiną i zieloną herbatą (29 zł/5.80 GBP)


Na serum pod oczy od The Ordinary zdecydowałam się tylko dlatego, że czytałam mnóstwo pozytywnych opinii pod jego adresem, a co najlepsze kosztuje tak niewiele. Produkt ten zawiera aż 5% kofeiny znanej z wspaniałych właściwości antyoksydacyjnych (pomaga zwalczać wolne rodniki odpowiedzialne za przyspieszenie procesów starzenia się skóry). Produkt umieszczono w charakterystycznej dla marki szklanej buteleczce z pipetą. Konsystencja serum jest bardzo wodnista oraz leciutka dzięki czemu wystarczą dosłownie trzy krople by pokryć delikatną skórę pod oczami. Chwilę po aplikacji odczuwam efekt chłodzenia i lekkiego napięcia, który o poranku przynosi mi niesamowitą ulgę. Wchłania się tak szybko, że już po chwili mogę aplikować kolejne produkty wchodzące w skład rutyny pielęgnacyjnej. Serum na pewno lekko nawilża, przynosi ulgę oraz wygładza, ale mam wrażenie iż wiele z nas oczekiwało od  niego czegoś więcej. Ja mimo wszystko bardzo lubię ten produkt, bo tak jak wyżej wspomniałam jest fajnym kompanem o poranku, świetnie nadaje się pod makijaż i jest niesamowicie lekki, ale też potrafi nawilżać. Polecam chociaż spróbować :)


Skład: Aqua (Water), Caffeine, Maltodextrin, Glycerin, Propanediol, Epigallocatechin Gallatyl Glucoside, Gallyl Glucoside, Hyaluronic Acid, Oxidized Glutathione, Melanin, Glycine Soja (Soybean) Seed Extract, Urea, Pentylene Glycol, Hydroxyethylcellulose, Polyacrylate Crosspolymer-6, Xanthan gum, Lactic Acid, Dehydroacetic Acid, Trisodium Ethylenediamine Disuccinate, Propyl Gallate, Dimethyl Isosorbide, Benzyl Alcohol, 1,2-Hexanediol, Ethylhexylglycerin, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol.

The Ordinary AHA 30% + BHA 2% Peeling Solution| Peeling Kwasowy AHA 30% + BHA 2% (31 zł/ 6.30 GBP)


Peeling kwasowy od The Ordinary to wspaniały produkt pozwalający nam wykonać w domowym zaciszu "zabieg" złuszczający, na który dotychczas decydowaliśmy się tylko u wykwalifikowanej, zaufanej kosmetyczki. Mimo iż dostępny jest od ręki oraz dla każdego polecałabym osobom z bardzo wrażliwą skórą uważać na niego i nawet jeśli od dawna stosujecie tego typu produkty w swojej pielęgnacji raczej nie rekomenduję stosować go więcej niż dwa razy w tygodniu lub trzymać na twarzy dłużej niż zaleca to producent (10 min). Wtedy już może przynieść więcej szkody niż pożytku, a tego raczej nikt nie chce robić swojej skórze.

Produkt otrzymujemy standardowo w szklanej buteleczce z pipetą, a najciekawsza w nim jest konsystencja! Mowa o czerwonej, lepkiej cieczy, która chwilę po aplikacji na twarz zastyga. Fajnie, że nie pozostawia mnie z nieprzyjemnym uczuciem ściągnięcia, ale zdecydowanie potrafi powodować całkiem dokuczliwe szczypanie, które na szczęście szybko mija. Mogę ręczyć, że dyskomfort ten da się wytrzymać, a już na pewno warto, bo peeling przynosi naprawdę wspaniałe efekty! Sama zawdzięczam mu wygładzenie, rozświetlenie, porządne oczyszczenie, zwężenie porów i podejrzewam też, że potrafi nawet pomóc w redukcji niedoskonałości. Ważne jednak by sięgać po niego regularnie, a na pewno szybko zauważycie jak pozytywnie wpływa na cerę. Na koniec dodam tylko by pamiętać, że stosowanie peelingu musi iść w parze z aplikacją filtrów przeciwsłonecznych, dlatego koniecznie aplikujcie je następnego dnia użyciu produktu. To co? Kolejny hit!


Skład: Glycolic Acid, Aqua (Water), Arginine, Propanediol, Cocamidopropyl Dimethylamine, Triethanolamine, Salicylic Acid, Aminomethyl Propanol, Lactic Acid, Tartaric Acid, Citric Acid, Panthenol, Sodium Hyaluronate Crosspolymer, Tasmannia Lanceolata Fruit/Leaf Extract, Daucus Carota Sativa Extract, Glycerin, Pentylene Glycol, Polysorbate 20, Trisodium Ethylenediamine Disuccinate, Ethylhexylglycerin, 1,2-Hexanediol, Caprylyl Glycol.

The Ordinary 100% Organic Cold-pressed Borage Seed Oil| 100% Olejek z nasion ogórecznika (19 zł/4.20 GBP za 30 ml)


Jako posiadaczce cery tłustej chyba najciężej było mi się zaprzyjaźnić z olejami. Przede wszystkim bałam się tej tłustości (jakby mało mi jej było na co dzień), ciężkości i co najgorsze zapchania porów. Wiem jednak z doświadczenia, że dobrze nawilżona tłusta cera produkuje mniej sebum, a co za tym idzie mniej wyprysków. Gdy kremy i sera przestały dawać radę odżywiać podrażnioną przez kwasy skórę twarzy postanowiłam w końcu spróbować się z olejami. Ten od The Ordinary zachwyci na pewno wielbicieli naturalnej pielęgnacji, a i lista jego właściwości potrafi skusić do zakupu niejednego sceptyka. Mnie najbardziej zaciekawiła zawartość GLA czyli kwasu gamma-linolenowego, którego deficyt prowadzi do przyspieszenia procesu starzenia się skóry. Składnik ten poprawia mikrokrążenie krwi, zapewnia jej lepsze odżywienie i dotlenienie oraz usuwa toksyny będące przyczyną niezbyt fajnych zmian skórnych. Czy to już nie bardzo dużo?

Oczywiście jeśli chodzi o opakowanie jest to jak zwykle buteleczka, choć tym razem z ciemnego szkła chroniąca produkt przed promieniami Słońca, wyposażona w pipetę ułatwiającą aplikację. Teraz przechodzimy do najgorszej cechy olejku czyli zapachu. Jest naprawdę bardzo mocny, nieprzyjemny i niestety ciężko było mi się do niego przyzwyczaić, a co więcej utrzymywał się na twarzy naprawdę długi czas. Mimo to produkt zużyłam do ostatniej kropli i myślę, że z przyjemnością jeszcze kiedyś po niego sięgnę. Powodem tej decyzji jest naprawdę świetne działanie. Co prawda olejek pozostawia tłustą warstwę na twarzy, ale nie jest ciężki i nie daje wrażenia oblepionej, brudnej oraz okropnie zanieczyszczonej skóry. Używany regularnie nigdy mnie nie zapchał, nie spowodował wysypu zaskórników, a co najważniejsze rzeczywiście nawilżył, wyciszył i ukoił moją cerę. Aplikowany na noc sprawiał iż rano budziłam się z promienną, zdrowo wyglądającą i jędrną skórą jak za starych dobrych lat. Naprawdę nie mogę przestać chwalić tego produktu, bo za taki skład, niską cenę i  naprawdę świetne działanie należy mu się medal. Jest to obecnie zdecydowanie jeden z najlepszych olejków jakie znam więc polecam spróbować go każdemu, włącznie z posiadaczkami suchej czy odwodnionej skóry. Mój hit!


Skład: Borago Officinalis Seed Oil

The Ordinary Lactic Acid 10% + HA |Peelinig z kwasem mlekowym i hialuronowym ( 30 zł/ 5.80 GBP)


Jednym z moich ulubionych kwasów do cery tłustej i trądzikowej jest salicylowy, ale kierowana ciekawością postanowiłam jeszcze spróbować kwasu mlekowego, który uważa się za delikatny, a przy tym bardzo skutecznie oczyszczający i nawilżający. Jego zadaniem jest również regulowanie wydzielania sebum, usuwanie martwego naskórka, wygładzenie, wyrównanie kolorytu cery i przywrócenie naturalnego, fizjologicznego pHa skóry. Czy moja cera mogłaby prosić o coś więcej?

Produkt ten posiada bardzo leciutką, wodnistą konsystencję, jest praktycznie bezzapachowy i wchłania się dosłownie w kilkanaście sekund nie pozostawiając po sobie uczucia ciężkości czy tłustości. Osobiście nie doświadczyłam żadnego mrowienia albo pieczenia, choć zmieniło się to delikatnie gdy zaszłam w ciążę i moja skóra stała się bardziej wrażliwa. Podejrzewam więc, że jest to kwestia indywidualna, ale na pewno odczuwam mniejszy dyskomfort niż przy stosowaniu choćby kwasu glikolowego. Poza tym przy regularnej aplikacji produktu już po kilku użyciach zepchnął na drugi plan mojego salicylowego ulubieńca. Uwielbiam go za to, że jest delikatny, mało inwazyjny i naprawdę działa! Gdybym miała opisać Wam działanie tego kosmetyku to po prostu wkleiłabym kropka w kropkę to co napisałam wyżej czyli obietnice producenta, które naprawdę nie są napisane na wyrost. Kwas ten faktycznie działa, przynosi świetne efekty i jest to zdecydowanie najlepszy tego typu produkt jaki odkryłam w tym roku, a co najważniejsze kosztuje naprawdę niewiele. Zdecydowanie polecam.


Skład:  Aqua (Water), Lactic Acid, Glycerin, Pentylene Glycol, Propanediol, Sodium Hydroxide, Sodium Hyaluronate Crosspolymer, Tasmannia Lanceolata Fruit/Leaf Extract, Hydroxyethylcellulose, Isoceteth-20, Trisodium Ethylenediamine Disuccinate, Ethylhexylglycerin, 1,2-Hexanediol, Caprylyl Glycol.
____________________________________

Pewnie już zdążyliście zauważyć, że w końcu The Ordinary przeciągnęło mnie troszkę na stronę swoich wielbicieli. Początkowo chyba zbyt wiele od niej oczekiwałam i nawinie oraz zbyt dosłownie traktowałam zachwyty krążące w sieci. Zdaję mi się iż musiałam trochę dorosnąć i podejść na chłodno do oceny asortymentu marki by zrobić to obiektywnie czyli tak jak należy. Wciąż jednak nie uważam iż jest nam niezbędna do życia, ale na pewno należą jej się pochwały za tanie oraz rzeczywiście dające efekty kosmetyki, które świetnie nadadzą się dla początkujących i nie tylko. Co więcej zdążyłam odnotować iż działanie wielu produktów od The Ordinary jest zauważalne często przy dłuższym,  regularnym oraz konsekwentnym stosowaniu, a tym pewnie nie każdy może się pochwalić. Dajcie znać za co Wy lubicie lub nie lubicie The Ordinary.  A może macie wśród jej asortymentu swoje hity? Czekam na Wasze odpowiedzi :)



Revolution Skincare London: EGF Serum i Superfruit Extract. Czy czuję się przekonana?



Chyba nikogo już nie dziwi, że marki słynące głównie z kosmetyków do makijażu po czasie idą o krok dalej i oferują nam swoje spojrzenie na pielęgnacje. Oczywiście obecnie ciężko znaleźć produkty, w których brak inspiracji, ale najnowsze kosmetyki marki Revolution Skincare London wyglądają praktycznie identycznie jak stare, dobre The Ordinary. Racja? Już po pierwszych zapowiedziach z oburzeniem powiedziałam, nie!, nigdy w życiu!, to okropne, ale przecież cała ta marka (niegdyś znana jaka Makeup Revolution) robi to już od dawna w swojej kolorówce wypuszczając chociażby paletki identyczne jak te od znanych oraz szanowanych marek. Kwestię kupowania tego typu "kopii", inspiracji czy jak to tam zwał pozostawiam bez komentarza, bo to co ja myślę świata nie zmieni i każdy niech robi jak uważa. Jedyne o czym mogę wspomnieć to fakt iż mój pogląd na tego typu działania zmienił się w ciągu kilku lat i pewnie wielu z Was miało podobnie.  By jakoś zgrabnie zakończyć dygresję wspomnę tylko, że jak widzicie jednak ciekawość sprawiła iż przymknęłam oko na uprzedzenia i postanowiłam przetestować pielęgnację Revolution Skincare London by przekonać się czy warto zdradzić z nią The Ordinary. Dziś opowiem Wam o moich spostrzeżeniach na temat dwóch testowanych przeze mnie produktów. Czy dam się skusić na coś jeszcze?

Revolution Skincare London EGF Serum (54.90 zł/ 9.99£



W tym serum zainteresowało mnie coś czego raczej jeszcze nie testowałam czyli składnik zwany EGF (nabłonkowy czynnik wzrostu).  Ponoć "działanie EGF polega na stymulacji wzrostu komórek naskórka, co prowadzi do zastąpienia tych starych i uszkodzonych zupełnie nowymi." Producent bezpiecznie obiecuje nam jedynie zachowanie odpowiedniego stopnia nawilżenia skóry choć ponoć ten dosyć mało jeszcze znany składnik słynie głównie z możliwości zmniejszania zmarszczek mimicznych i powierzchniowych. 

Skupmy się jednak na faktach. Pewne jest, że serum umieszczone zostało w szklanej buteleczce z pipetą jak na dobrą kopię marki The Ordinary przystało. Nie miałam żadnego problemu z jego wydobywaniem, a już na pewno zachwyciła mnie wodnista, bardzo lekka konsystencja produktu, którą mogłam łatwo rozprowadzić, a i wchłaniał się dosłownie w kilkanaście sekund. Pozostałe wrażenia to zupełny brak zapachu serum oraz niesamowita wydajność. To lubię!

Z marzeniami o choć zdawkowym poznaniu EGF pożegnałam się już gdy produkt trafił do mnie, bo okazało się, że ów innowacyjny Epidermal Growth Factor umieszczono na samym końcu składu więc moja cera raczej nie doświadczyła dobroczynnych właściwości jakie się mu przypisuje. Mimo wszystko produkt oceniam całkiem dobrze. Faktycznie nieźle nawilżał oraz przedłużał trwałość makijażu, nieco pomógł w pozbyciu się suchych skórek, ale podobnie działa u mnie czysty kwas hialuronowy plus olejek i jest prościej, krócej składowo oraz  bardziej "naturalnie".



Skład:  Aqua/Water/EAU, Propanediol, Glycerin, Butylene Glycol, Xanthan Gum, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Phospholipids, Disodium EDTA, Leuconostoc/Radish Root Ferment Filtrate, rh-Oligopeptide-1.

Revolution Skincare London Baza i Serum  Superfuit Extract (9.99£)



Pewnie już nie raz Wam wspominałam, że rzadko kupuję kosmetyk bez chociaż zerknięcia na skład, ale w tym przypadku dałam się przekonać tylko temu iż Superfuit Extract został porównany do słynnej, drogiej, wiecznie niedostępnej oraz od dawna mi się marzącej bazy marki Farsali. Niestety gdy już przyszedł do mnie i sprawdziłam co zostało w nim umieszczone przeżyłam wielki zawód, ale nie skreśliłam tego produktu nauczona doświadczeniem iż skład nie jest zawsze najważniejszy. 

Zanim jednak opowiem co mną tak wstrząsnęło wspomnę tylko jeszcze jak tradycja nakazuje, że produkt tak jak jego poprzednik został zapakowany w szklaną, wygodną buteleczkę z pipetą. Na pewno wyróżnia się tym ślicznym, holograficznym kartonikiem oraz  niesamowicie ciekawą perłową konsystencją, która w Słońcu ukazuje nam przeróżne odcienie, od różowego po zielony. Na szczęście na twarzy nie ma po nich śladu. W tym przypadku producent również obiecuje nam nawilżenie i poleca serum głównie jako bazę pod makijaż. Niestety wielkim problem dla wrażliwców może być zapach produktu. Jest bardzo, bardzo, bardzo słodki oraz niezwykle mocny. Daje się we znaki już po odkręceniu buteleczki, ale na szczęście jakiś czas po aplikacji zupełnie o nim zapominam i nie uprzykrza mi już życia. 

Superfuit Extract aplikuje się niezwykle łatwo, bo posiada bardzo lekką, wodnistą konsystencję przez co wystarczy kilka kropel by pokryć nim całą twarz. Wchłania się naprawdę szybko i już chwilę po aplikacji możecie przejść do następnego kroku w Waszej rutynie czyli makijażu. W kwestii działania również nie mam mu nic do zarzucenia, bo naprawdę fajnie nawilża i rzeczywiście przedłuża trwałość podkładu tak jak nam obiecano. Niestety jestem pewna, że serum spowodowało u mnie wysyp, a kolejnym aspektem który sprawił iż zupełnie przestałam go używać jest fakt iż już na piątym miejscu w składzie mamy zupełnie niepotrzebny, uczulający składnik czyli Parfum! Z tego co się orientuje jest to jedyny produkt z całego asortymentu marki, który zawiera ten składnik. Stąd ten niezwykle silny, słodki zapach. Ale po co pytam? No po co? Mogłoby być całkiem fajnie...


Skład: Aqua, Propanediol, Glycerin, Butylene Glycol, Parfum, Xanthan Gum, Tamarindus indica Seed Polysaccharide, Sodium Benzoate, Mica, Potassium Sorbate, Disodium EDTA, Silica, Vaccinium Angustifolium Fruit Extract, Euterpe Oleracea Fruit Extract, Lycium Chinense Fruit Extract, Sambucus Nigra Fruit Extract, Glucose, CI 77891.



Na koniec jeszcze chciałabym szybko podsumować asortyment Revolution Skincare London. Oczywiście większość ich produktów jest bardzo podobna do tych proponowanych nam przez The Ordinary czyli markę, która specjalizuje się i jest ekspertem w produkowaniu kosmetyków do pielęgnacji, a już na pewno zna się na tym co robi, co w moim przypadku daje jej ogromną przewagę. Jedyne co bym poleciła od Revolution Skincare London i to tylko jeśli nie lubicie Deciem to: 10 % Niacinamide + 1% Zinc, 0.2% Retinol, 5% Lactic Acid, 10 % Matrixyl, 2% Hyaluronic Acid.  Produkty, których nie znajdziecie pod szyldem The Ordinary to: Quinoa Night Peel Serum- ma alkohol w składzie więc raczej podziękuję, Hydration Boost, który akurat chętnie bym przetestowała, CBD Oil- działa fajnie, ale jest na szarym końcu listy składników więc żadnego z niego pożytku, EGF Serum i Superfuit Extract już Wam omówiłam. Szczerze przyznam iż jakiś czas temu postanowiłam nigdy już nie wracać do pielęgnacji od Revolution Skincare, ale ostatnio wypuścili mnóstwo maseczek, kilka różnych rodzajów serów oraz puder ryżowy do mycia twarzy więc kto wie? Może to nie ostatni występ marki na łamach mojego bloga. Dajcie znać czy i Was zainteresowały te nowości?

PS: Wybaczcie moją bardzo długą nieobecność. Kończący się właśnie rok był jednym z najtrudniejszych w moim życiu, bo zmagałam się z wieloma trudnymi sprawami, które często przerastały moje możliwości. Depresja, długie starania się o drugie dziecko niestety ciągle zakończone niepowodzeniem, aż w końcu upragniona ciąża. Co prawda wraz z nią przyszły ciągnące się w nieskończoność tygodnie nudności oraz złego samopoczucia, które starałam się dzielnie wytrzymać i przy tym zdrowo się odżywiać co nie było łatwe, ale nie narzekam. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i obecnie jestem w 28 tygodniu ciąży, czuję się bardzo dobrze oraz w końcu w tym roku spełniłam swoje największe w życiu marzenie decydując się na aparat ortodontyczny Invisalign! Mam nadzieję, że znajdę czas by wpadać tutaj częściej, bo mimo iż pewnie może to wydać się trochę żałosne te długie miesiące przerwy tylko uświadomiły mi, że żyć nie mogę bez Was i bloga :)

© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig