Revolution Skincare London: EGF Serum i Superfruit Extract. Czy czuję się przekonana?



Chyba nikogo już nie dziwi, że marki słynące głównie z kosmetyków do makijażu po czasie idą o krok dalej i oferują nam swoje spojrzenie na pielęgnacje. Oczywiście obecnie ciężko znaleźć produkty, w których brak inspiracji, ale najnowsze kosmetyki marki Revolution Skincare London wyglądają praktycznie identycznie jak stare, dobre The Ordinary. Racja? Już po pierwszych zapowiedziach z oburzeniem powiedziałam, nie!, nigdy w życiu!, to okropne, ale przecież cała ta marka (niegdyś znana jaka Makeup Revolution) robi to już od dawna w swojej kolorówce wypuszczając chociażby paletki identyczne jak te od znanych oraz szanowanych marek. Kwestię kupowania tego typu "kopii", inspiracji czy jak to tam zwał pozostawiam bez komentarza, bo to co ja myślę świata nie zmieni i każdy niech robi jak uważa. Jedyne o czym mogę wspomnieć to fakt iż mój pogląd na tego typu działania zmienił się w ciągu kilku lat i pewnie wielu z Was miało podobnie.  By jakoś zgrabnie zakończyć dygresję wspomnę tylko, że jak widzicie jednak ciekawość sprawiła iż przymknęłam oko na uprzedzenia i postanowiłam przetestować pielęgnację Revolution Skincare London by przekonać się czy warto zdradzić z nią The Ordinary. Dziś opowiem Wam o moich spostrzeżeniach na temat dwóch testowanych przeze mnie produktów. Czy dam się skusić na coś jeszcze?

Revolution Skincare London EGF Serum (54.90 zł/ 9.99£



W tym serum zainteresowało mnie coś czego raczej jeszcze nie testowałam czyli składnik zwany EGF (nabłonkowy czynnik wzrostu).  Ponoć "działanie EGF polega na stymulacji wzrostu komórek naskórka, co prowadzi do zastąpienia tych starych i uszkodzonych zupełnie nowymi." Producent bezpiecznie obiecuje nam jedynie zachowanie odpowiedniego stopnia nawilżenia skóry choć ponoć ten dosyć mało jeszcze znany składnik słynie głównie z możliwości zmniejszania zmarszczek mimicznych i powierzchniowych. 

Skupmy się jednak na faktach. Pewne jest, że serum umieszczone zostało w szklanej buteleczce z pipetą jak na dobrą kopię marki The Ordinary przystało. Nie miałam żadnego problemu z jego wydobywaniem, a już na pewno zachwyciła mnie wodnista, bardzo lekka konsystencja produktu, którą mogłam łatwo rozprowadzić, a i wchłaniał się dosłownie w kilkanaście sekund. Pozostałe wrażenia to zupełny brak zapachu serum oraz niesamowita wydajność. To lubię!

Z marzeniami o choć zdawkowym poznaniu EGF pożegnałam się już gdy produkt trafił do mnie, bo okazało się, że ów innowacyjny Epidermal Growth Factor umieszczono na samym końcu składu więc moja cera raczej nie doświadczyła dobroczynnych właściwości jakie się mu przypisuje. Mimo wszystko produkt oceniam całkiem dobrze. Faktycznie nieźle nawilżał oraz przedłużał trwałość makijażu, nieco pomógł w pozbyciu się suchych skórek, ale podobnie działa u mnie czysty kwas hialuronowy plus olejek i jest prościej, krócej składowo oraz  bardziej "naturalnie".



Skład:  Aqua/Water/EAU, Propanediol, Glycerin, Butylene Glycol, Xanthan Gum, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Phospholipids, Disodium EDTA, Leuconostoc/Radish Root Ferment Filtrate, rh-Oligopeptide-1.

Revolution Skincare London Baza i Serum  Superfuit Extract (9.99£)



Pewnie już nie raz Wam wspominałam, że rzadko kupuję kosmetyk bez chociaż zerknięcia na skład, ale w tym przypadku dałam się przekonać tylko temu iż Superfuit Extract został porównany do słynnej, drogiej, wiecznie niedostępnej oraz od dawna mi się marzącej bazy marki Farsali. Niestety gdy już przyszedł do mnie i sprawdziłam co zostało w nim umieszczone przeżyłam wielki zawód, ale nie skreśliłam tego produktu nauczona doświadczeniem iż skład nie jest zawsze najważniejszy. 

Zanim jednak opowiem co mną tak wstrząsnęło wspomnę tylko jeszcze jak tradycja nakazuje, że produkt tak jak jego poprzednik został zapakowany w szklaną, wygodną buteleczkę z pipetą. Na pewno wyróżnia się tym ślicznym, holograficznym kartonikiem oraz  niesamowicie ciekawą perłową konsystencją, która w Słońcu ukazuje nam przeróżne odcienie, od różowego po zielony. Na szczęście na twarzy nie ma po nich śladu. W tym przypadku producent również obiecuje nam nawilżenie i poleca serum głównie jako bazę pod makijaż. Niestety wielkim problem dla wrażliwców może być zapach produktu. Jest bardzo, bardzo, bardzo słodki oraz niezwykle mocny. Daje się we znaki już po odkręceniu buteleczki, ale na szczęście jakiś czas po aplikacji zupełnie o nim zapominam i nie uprzykrza mi już życia. 

Superfuit Extract aplikuje się niezwykle łatwo, bo posiada bardzo lekką, wodnistą konsystencję przez co wystarczy kilka kropel by pokryć nim całą twarz. Wchłania się naprawdę szybko i już chwilę po aplikacji możecie przejść do następnego kroku w Waszej rutynie czyli makijażu. W kwestii działania również nie mam mu nic do zarzucenia, bo naprawdę fajnie nawilża i rzeczywiście przedłuża trwałość podkładu tak jak nam obiecano. Niestety jestem pewna, że serum spowodowało u mnie wysyp, a kolejnym aspektem który sprawił iż zupełnie przestałam go używać jest fakt iż już na piątym miejscu w składzie mamy zupełnie niepotrzebny, uczulający składnik czyli Parfum! Z tego co się orientuje jest to jedyny produkt z całego asortymentu marki, który zawiera ten składnik. Stąd ten niezwykle silny, słodki zapach. Ale po co pytam? No po co? Mogłoby być całkiem fajnie...


Skład: Aqua, Propanediol, Glycerin, Butylene Glycol, Parfum, Xanthan Gum, Tamarindus indica Seed Polysaccharide, Sodium Benzoate, Mica, Potassium Sorbate, Disodium EDTA, Silica, Vaccinium Angustifolium Fruit Extract, Euterpe Oleracea Fruit Extract, Lycium Chinense Fruit Extract, Sambucus Nigra Fruit Extract, Glucose, CI 77891.



Na koniec jeszcze chciałabym szybko podsumować asortyment Revolution Skincare London. Oczywiście większość ich produktów jest bardzo podobna do tych proponowanych nam przez The Ordinary czyli markę, która specjalizuje się i jest ekspertem w produkowaniu kosmetyków do pielęgnacji, a już na pewno zna się na tym co robi, co w moim przypadku daje jej ogromną przewagę. Jedyne co bym poleciła od Revolution Skincare London i to tylko jeśli nie lubicie Deciem to: 10 % Niacinamide + 1% Zinc, 0.2% Retinol, 5% Lactic Acid, 10 % Matrixyl, 2% Hyaluronic Acid.  Produkty, których nie znajdziecie pod szyldem The Ordinary to: Quinoa Night Peel Serum- ma alkohol w składzie więc raczej podziękuję, Hydration Boost, który akurat chętnie bym przetestowała, CBD Oil- działa fajnie, ale jest na szarym końcu listy składników więc żadnego z niego pożytku, EGF Serum i Superfuit Extract już Wam omówiłam. Szczerze przyznam iż jakiś czas temu postanowiłam nigdy już nie wracać do pielęgnacji od Revolution Skincare, ale ostatnio wypuścili mnóstwo maseczek, kilka różnych rodzajów serów oraz puder ryżowy do mycia twarzy więc kto wie? Może to nie ostatni występ marki na łamach mojego bloga. Dajcie znać czy i Was zainteresowały te nowości?

PS: Wybaczcie moją bardzo długą nieobecność. Kończący się właśnie rok był jednym z najtrudniejszych w moim życiu, bo zmagałam się z wieloma trudnymi sprawami, które często przerastały moje możliwości. Depresja, długie starania się o drugie dziecko niestety ciągle zakończone niepowodzeniem, aż w końcu upragniona ciąża. Co prawda wraz z nią przyszły ciągnące się w nieskończoność tygodnie nudności oraz złego samopoczucia, które starałam się dzielnie wytrzymać i przy tym zdrowo się odżywiać co nie było łatwe, ale nie narzekam. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i obecnie jestem w 28 tygodniu ciąży, czuję się bardzo dobrze oraz w końcu w tym roku spełniłam swoje największe w życiu marzenie decydując się na aparat ortodontyczny Invisalign! Mam nadzieję, że znajdę czas by wpadać tutaj częściej, bo mimo iż pewnie może to wydać się trochę żałosne te długie miesiące przerwy tylko uświadomiły mi, że żyć nie mogę bez Was i bloga :)

© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig