5 ciekawych rzeczy, z których możesz skorzystać i przy okazji wesprzeć pracowników NHS walczących z COVID-19!




Z natury jestem mało społeczną osobą i relacje międzyludzkie od zawsze są dla mnie sporą zagwozdką, ale od lat już obserwuję bardzo ciekawe zjawisko zwłaszcza u nas Polaków. Normalnie się nie lubimy, zazdrościmy i obgadujemy, ale gdy ktoś obraża nas jako naród lub na przykład rzuca kłody pod nogi bratu z którym od dzieciństwa prowadzimy wojnę to potrafimy się zjednoczyć, działać razem, bronić, drapać, odejmować sobie od ust, godzinami szukać wyjścia z trudnej sytuacji. Również teraz gdy świat sporo zwolnił i jednych uziemił w domu, a drugich wystawił na pożarcie wirusowi każdego dnia dostajemy dowody, że wśród nas są jeszcze dobrzy ludzie, a my wciąż w trudnych chwilach potrafimy być razem, wspierać się, rozumieć, pomagać i wszystko to robić za darmo, bez poklasku czy uznania w mediach społecznościowych. I chociaż od kiedy zaczęłam odrabiać lekcje z moim dzieckiem w końcu nabrałam większego szacunku do pracy nauczycieli, to jednak teraz bezapelacyjnie największymi bohaterami są lekarze, pielęgniarki, salowe, ratownicy medyczni oraz inni pracownicy szpitali, którzy poświęcają się by walczyć z okropnym wirusem oraz ratować życia ciężko chorych i umierających. Dlatego bym i ja mogła pomóc w tym ciężkim boju dziś przygotowałam małą listę rzeczy, które możecie kupić by wesprzeć naszych bohaterów.  Jako, że nie mieszkam w Polsce dziś pomóc chce angielskiemu NHS, z którego usług miałam okazję korzystać podczas porodu pięć tygodni temu i będę dozgonnie wdzięczna ich pracownikom za wsparcie oraz pomoc w tych ciężkich czasach. Zapraszam!


1. ASOS DESIGN unisex oversized charity t-shirt with heroes print (£20)




Wygodna, bawełniana koszulka z dużym napisem Heroes od frontu oraz uroczym serduszkiem na plecach. Zysk z jej sprzedaży zostanie przeznaczony dla naszego lokalnego szpitala (Barnsley Hospital) oraz Univeristy College London Hospitals Charity UK. Odpowiednia zarówno dla mężczyzn jak i kobiet, w neutralnym kolorze, powinna przypaść do gustu każdemu.

2. Gingerbread Hero (£1)





Lubicie słodycze? Nie czekajcie do Bożego Narodzenia i już dziś kupcie tego uroczego piernikowego ludzika, który wygląda tak cudownie, że aż żal go zjeść! Zyski z jego sprzedaży zostaną przeznaczone dla NHS Charities Together COVID-19 Urgent Appeal. Jak widać nie trzeba wydawać fortuny by pomóc innym, a ile z tego radości i przyjemności!

3. Nursem Hand Cream (£9.99)



Skoro jesteśmy na blogu urodowym, nie mogło też zabraknąć tego po co normalnie tu zaglądacie czyli kosmetyków. Nursem to krem do rąk zawierający sporo świetnych składników między innymi takich jak glicerynę, niacynamid, miód manuka, alantoinę, kwas salicylowy, prowitaminę B5 czy witaminę E. Jeśli go kupicie producent kolejną sztukę produktu przeznaczy dla pielęgniarek. Teraz jak nigdy nasze dłonie potrzebują nawilżenia gdy znacznie częściej je myjemy oraz aplikujemy wysuszający alkohol więc kolejny raz łączymy przyjemne z pożytecznym. 


4. Peacci Rainbow Nail Art Kit (£50)




Gdy już porządnie nawilżycie swoje dłonie to by troszkę poprawić sobie nastrój możecie również samodzielnie wykonać manicure. Koniecznie pomalujcie paznokcie na różne kolory! Możecie wtedy skorzystać z zestawu pięciu lakierów Peacci w odcieniach tęczy, która ostatnio wzeszła na naszych oknach by okazać wsparcie oraz wdzięczność tym, którzy na froncie ryzykują życie by pomóc innym. Kupując go macie pewność, że £5 zostanie przeznaczone dla NHS. Tak wykonany manicure na pewno będzie Ci często przypominał, że nawet teraz coś pięknego czai się za rogiem. 


5. Kartka z napisem : Thank You by Chiara Perano





Artystka oferuje kartkę ze słowem "Dziękuję" napisanym w trzech językach, którą sama zaprojektowała specjalnie na tę okazję. Możecie ją pobrać za darmo na jej stronie i podarować komu tylko zechcecie: pielęgniarce, listonoszowi, ekspedientce czy kurierowi. Jedyne o co prosi to wpłacenie dowolnej kwoty dla jej lokalnego szpitala, który bardzo potrzebuje ubrań ochronnych. Jak to zrobić oraz gdzie pobrać tą wspaniałą kartkę dowiecie się gdy klikniecie w link wyżej. Ja już swoją mam!


Mam nadzieję, że znaleźliście coś dla siebie i razem ze mną weprzecie naszych bohaterów oraz potrzebujących w tych ciężkich czasach. Dużo zdrowia Kochani!


REN Ready Steady Glow Daily AHA Tonic- recenzja jednego z najpopularniejszych toników. Czy oby na pewno można go stosować codziennie? I czy REN faktycznie tworzy kosmetyki przyjazne cerze wrażliwej?


Plan został wprowadzony w życie! Już przy ostatnim poście dywagowałam iż staram się obecnie sięgać po kosmetyki z jak najbardziej naturalnymi składami i na początku postanowiłam sprawdzić przede wszystkim znane oraz wszędzie polecane produkty, które goszczą na #shelfie celebrytów ostatnio tak chętnie dzielących się z nami swoimi rutynami pielęgnacyjnymi. Dziś pod lupę chciałabym wziąć markę REN, która deklaruje, że jej produkty są naturalne oraz przyjazne nawet dla najbardziej wrażliwych cer. Z ciekawości zakupiłam kilka ich kosmetyków i postanowiłam sprawdzić na własnej skórze czy rzeczywiście będą jej przychylne. Jako ogromna fanka złuszczania nie mogłam przejść obojętnie obok Ready Steady Glow AHA Daily Tonic  (145 zł ), który zawiera kwas mlekowy, ekstrakt z kory wierzby oraz kwas azelainowy. To w nim pokładałam największe nadzieję i to właśnie on miał okazać się wybawcą mojej problematycznej cery oraz pogromcą zaskórników. Czy mu się to udało? Zapraszam na post!



Bardzo ucieszyłam się widząc transparentne opakowanie z pompką umieszczoną na szczycie buteleczki, bo zdecydowanie preferuję tego typu dozowniki. Niestety w tym przypadku lubił mi on płatać figle i musiałam powoli, ze skupieniem dociskać aplikator, bo w przeciwnym razie rozpryskiwał produkt po całej łazience. Sam tonik nie posiada barwy, a ja od razu polubiłam jego nieco kwaśny, pomarańczowy zapach. Niestety od czasu do czasu zdarza się, że podrażnia moją cerę i podczas aplikacji czuję lekkie pieczenie. Nie jest ono bardzo uciążliwe oraz nie pozostawia po sobie czerwonych plam czy innych nieprzyjemnych efektów ubocznych, ale wspominam o tym w razie gdyby produkt kusił osoby z wrażliwą cerą. Polubiłam go jednak za to, że jako jeden z niewielu toników kwasowych nie pozostawia po sobie lepkiej, wchłaniającej się godzinami warstwy, która zawsze bardzo mi przeszkadza przy stosowaniu tego typu kosmetyków.



Tonik rzeczywiście bardzo dobrze złuszcza! Producent obiecuje nam odblokowanie porów, rozjaśnienie cery, redukcję wydzielania sebum, nawilżenie oraz bardziej promienną czy jędrną skórę. Faktycznie przy jego regularnym stosowaniu uzyskamy wszystko o czym nas zapewniono. Nie sięgam jednak po ten produkt codziennie, bo uważam iż zawiera zdecydowanie za dużo substancji drażniących. To właśnie mam za złe producentowi. REN czyli marka ogłaszająca się jako przyjazna dla nawet wrażliwej cery powinna wiedzieć, że taka ilość kwasów plus substancje zapachowe oraz olejki cytrusowe to zdecydowanie za wiele nawet dla tych, którym wysokie stężenia kwasów nie straszne. Swoją cerę uważam za dosyć odporną, a mimo to produkt ten stosuję tylko trzy razy w tygodniu, bo w przeciwnym razie powoduje u mnie wysyp.

Teraz wypadałoby mi dodać podsumowanie, ale szczerze przyznam, że nie jestem pewna co powinnam Wam napisać by zakończyć post jakąś sensowną konkluzją. Tonik Ready Steady Glow Daily AHA Tonic niby robił to co mi obiecano, ale nie jestem pewna czy warto go kupować jak nie nadaje się do codziennego stosowania (mimo iż sama nazwa przekonuje, że powinien być aplikowany każdego dnia). A już w ogóle odradzałabym zakup  tego kosmetyku wrażliwcom. Może poczujecie się usatysfakcjonowani jak napiszę, że zużyję tonik do końca i raczej nikomu go nie podaruję, ale na pewno nie sięgnęłabym po niego raz jeszcze. O zakupie jak zwykle zdecydujcie sami :)


Skład: Aqua (Water), Sodium Lactate, Lactic Acid, Heptyl Glucoside, Potassium Azeloyl Diglycinate, Triethyl Citrate, Glyceryl Caprylate, Salix Nigra (Willow) Bark Extract, Benzoic Acid, Citrus Nobilis (Mandarin) Peel Oil, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Flower Oil, Citrus Grandis (Grapefruit) Peel Oil, Citrus Tangerina (Tangerine) Peel Oil, Heptanol, Parfum, (Fragrance), Limonene.






Kolorówka Miesiąca #2| Hourglass, INIKA, Maybelline, L'oreal, YOUNGBLOOD.


Przyszedł czas na kolejny post z serii Kolorówka Miesiąca. Od razu zaznaczę, że nigdy nie byłam super eko czy zero waste (chociaż staram się jak mogę by nie zanieczyszczać naszej planety), nie lubię też skrajności i nigdy nie usłyszycie ode mnie, że naturalne kosmetyki są dużo lepsze od całej reszty dostępnej na rynku. Ostatnio jednak zainteresowałam się ideologią #cleanbeauty czyli tłumacząc to na język polski "czyste" piękno. Trend ten nie ma jeszcze oficjalnej definicji, ale jego kluczowe zasady to produkcja kosmetyków dla nas bezpiecznych, zawierających jak najwięcej naturalnych składników przy jednoczesnym ograniczeniu szkód nie tylko dla ludzi, ale i dla planety. To znaczy przestawienie się na stosowanie materiałów przeznaczonych do recyklingu lub zupełna rezygnacja z opakowań. Ważne też by przy wytwarzaniu konkretnego produktu nie ucierpiało żadne istnienie. I nie mam tu na myśli tylko zwierząt, ale również ludzi czyli pracowników i społeczeństwo, które uczestniczy w jego powstaniu od uprawy roślin, po produkcję oraz dostawę. Oczywiście sama dopiero zaczynam interesować się tym tematem więc jeszcze mi daleko do bycia specjalistką i nie twierdzę też, że kiedykolwiek nią zostanę. Na razie jednak bardzo intensywnie poszukuję produktów wpisujących się w ideę clean beauty, dlatego w tym miesiącu w mojej kolorówce starałam się umieścić jak najwięcej tego typu kosmetyków. Zapraszam!


PODKŁAD


INIKA Organic Certified Organic BB Cream (166 zł lub 30 GBP)



Marka INIKA Organic intryguje mnie od bardzo dawna i chociaż głównie słynie ze swoich sypkich podkładów mineralnych, ja nie za bardzo lubię tego typu formuły, postanowiłam więc przetestować ich krem BB. Niestety nigdzie nie dostałam odcienia, który od początku mnie interesował czyli Nude więc zdecydowałam się na bardziej żółty, jaśniejszy: Cream. Na szczęście nie wygląda on aż tak źle na mojej twarzy oraz całkiem dobrze się dopasowuje do naturalnego koloru cery i mogłabym nawet przy nim pozostać na dłużej jednak problem leży gdzie indziej. Jak na razie nie udało mi się znaleźć patentu na ten produkt, który na mojej cerze bardzo szybko zaczyna się świecić, spływać i ważyć. Dlatego jeszcze nie wydam werdyktu, a z ostateczną recenzją na pewno tu do Was wrócę za jakiś czas. Mam nadzieję, że jednak będzie pozytywna. 





KOREKTOR


Hourglass Airbrush Vanich Concealer ( 159 zł 32 GBP)



Kolejny produkt marki Hourglass, który od razu trafił do grona ulubieńców! Jestem bardzo wybredna jeśli chodzi o korektory, bo rzadko, który nie zbiera się w moim pierwszych zmarszczkach, które obecnie najbardziej widoczne są pod oczami. Ten ani trochę mnie nie zawiódł i nie żałuję iż ostatecznie dałam się skusić na jego zakup. Recenzja tego produktu już znajduje się na blogu więc jeśli chcecie zobaczyć jaki odcień sobie wybrałam oraz co jeszcze mnie w nim zachwyciło to odsyłam Was właśnie do niej o tutaj:


NAJLEPSZY KOREKTOR JAKI ZNAM? NAJNOWSZY HOURGLASS VANISH AIRBRUSH CONCEALER W ODCIENIU BIRCH.


PUDER

Hourglass Veil Translucent Powder (209 zł lub 45 GBP)



O tym produkcie pisałam Wam jeszcze kilka dni temu. Rzadko chwalę pudry sypkie, ale ten zdecydowanie należy do najlepszych jaki miałam! Pięknie wykańcza makijaż, rozświetla, bluruje pory i wygładza cerę. Jest tak dobry, że wybaczam mu nawet jego wysoką cenę. Pierwszy raz też na rzecz tego typu kosmetyku porzuciłam wszystkie pudry w kamieniu, które zdecydowanie należą do moich ulubionych. Jeśli chcecie dowiedzieć się nieco więcej na jego temat zapraszam tutaj:


HOURGLASS VEIL TRANSLUCENT SETTING POWDER- JAK SPISAŁ SIĘ NA MOJEJ TŁUSTEJ SKÓRZE? CZY WARTO WYDAĆ NA NIEGO 200 ZŁ?


RÓŻ


Youngblood Mineral Radiance|Splendor ( 185 zł lub 25 GBP)



Jeśli interesują Was kosmetyki mineralne to zdecydowanie powinniście przyjrzeć się właśnie marce Yougblood, której produkty pierwotnie przeznaczone były dla pacjentów po inwazyjnych zabiegach medycznych i estetycznych. Słynie ona głównie z dobrej jakości kosmetyków do makijażu, mineralnych składów, starannie zmielonych formuł oraz minimalistycznych, wyglądających naprawdę luksusowo opakowań. Produkty te nie zapychają porów, nie podrażniają skóry i dają naturalne wykończenie. Ja już od jakiegoś czasu męczę ich Mineral Radiance, który w samym środku umieszczony miał piękny rozświetlacz. Niestety zużyłam go dawno temu, a teraz tylko staram się wykończyć resztę. Sięgam po ten produkt z przyjemnością, bo wygląda na skórze po prostu pięknie! Jego intensywność można stopniować i raczej nie zdarzyło się by kiedykolwiek zrobił mi "krzywdę", chociaż pigmentację ma naprawdę świetną! Trzyma się na mojej cerze cały dzień bez zarzutu, nie zapycha jej oraz nie wysusza. Szukałam już kolejnego opakowania tego kosmetyku, bo na pewno będę za nim tęsknić jak tylko się skończy. Zdecydowanie polecam!



BRWI

L'oreal Micro Tattoo Brow Artist  (32 zł lub 9.99 GBP)



Skoro bardziej naturalne kosmetyki to i bardziej naturalne brwi. W tej kategorii nie posiadam jeszcze produktu ze składem bliższym ideologii #cleanbeauty, ale postanowiłam w końcu zużyć marker od L'oreal czyli Micro Tattoo Brow Artist. Pordukt ten lubię za naprawdę delikatne podkreślenie brwi. Świetnie się nada w sytuacji gdy nie macie czasu i wykonujecie makijaż na szybko, bo zdecydowanie podkreśli włoski oraz nada im koloru, ale zrobi to w bardzo naturalny sposób bez efektu przerysowania. Pisak ten posiada też fajną, wygodną końcówkę i mimo iż stosuję go od dłuższego czasu jeszcze się nie wyczerpał więc wydajność również oceniam na plus. Zdecydowanie polecam spróbować jeśli wolicie bardziej autentyczny, lekki efekt na swoich brwiach. 





TUSZ DO RZĘS


Maybelline Lash Sensational Mascara (36.99 zł lub 8.99 GBP)




Niestety również nie posiadam jeszcze tuszu z naturalnym składem więc w tym miesiącu najczęściej sięgałam po Maybelline Lash Sensational Mascara. Do jego zakupu już jakiś czas temu skusiła mnie masa pozytywnych recenzji i chociaż bardzo lubię tą fajną szczoteczkę to jednak sam produkt uważam za słaby. Na początku miałam nadzieję, że z czasem tusz trochę wyschnie i nie będzie mi już tak uprzykrzał życia, ale to niestety nie nastąpiło. Za każdym razem gdy próbuję aplikować go na rzęsy brudzi wszystko dookoła oraz brzydko się odbija na powiece. Naprawdę bardzo ciężko mi zużyć ten produkt do końca i na pewno nie kupię go ponownie. 



W życiu bym się nie spodziewała, że naturalny efekt jaki otrzymałam po zastosowaniu wyżej pokazanych kosmetyków tak bardzo przypadnie mi do gustu. Szkoda tylko, że trwałość tego makijażu pozostawia wiele do życzenia i muszę jeszcze wymyślić jakiś sposób na krem BB od INIKIA Organic by dobrze wyglądał chociaż przez pierwsze kilka godzin. Poza tym mam nadzieję, że w przyszłości uda mi się znaleźć więcej marek oferujących kosmetyki nietestowane na zwierzętach oraz wpisujące się w ideologię #cleanbeauty. Za kilka miesięcy na pewno będzie ich na moim blogu więcej i oby doczekały się tylko pozytywnych recenzji. Liczę na to, że znaleźliście coś ciekawego dla siebie i do następnego miesiąca! 




Hourglass Veil Translucent Setting Powder- jak spisał się na mojej tłustej skórze? Czy warto wydać na niego 200 zł?


Obsesja nadal trwa! Od kiedy znów wróciłam do testowania kosmetyków 𝐇𝐨𝐮𝐫𝐠𝐥𝐚𝐬𝐬 to wciąż mi ich mało i najchętniej już dziś zaopatrzyłabym się w każdy jeden ich produkt. Na szczęście zdrowy rozsądek i brak środków do zrealizowania tego szaleństwa na razie pozwalają testować tylko to co obecnie jest mi potrzebne. Od dawna szukam pudru sypkiego, który utrzymałby w ryzach moje sebum, ale przy jednoczesnym zachowaniu naturalnego, zdrowego wyglądu skóry, a nie płaskiego, odbierającego witalność matu. Właśnie tak opisywany jest przez większość użytkowników 𝐕𝐞𝐢𝐥 𝐓𝐫𝐚𝐧𝐬𝐥𝐮𝐜𝐞𝐧𝐭 𝐒𝐞𝐭𝐭𝐢𝐧𝐠 𝐏𝐨𝐰𝐝𝐞𝐫 ( 209 zł lub 45 GBP), który testuję już od początku lutego. Dziś dowiecie się czy spełnił moje  wysokie oczekiwania oraz czy warto wydać na niego tak duże pieniądze. Zapraszam!



Wiem, że zawsze zachwycam się opakowaniami marki 𝐇𝐨𝐮𝐫𝐠𝐥𝐚𝐬𝐬 i tym razem nie będzie inaczej. We wnętrzu eleganckiego kartonika znalazłam piękny, matowy słoiczek z robiącym wrażenie, złotym dozownikiem w kształcie litery H. Na odwrocie wieczka znajduje się uwypuklenie i gąbeczka, nie ma więc mowy o wsypywaniu tam produktu przez co początkowo nie miałam pewności jak go wydobywać. Okazuje się, że wystarczy lekko uderzać o opakowanie by puder pokazał się na dozowniku dzięki czemu gdy wypadnie go za dużo nie mam już obaw, że przy zakręcaniu rozsypie się na mnie lub wszystkim co jest dookoła marnując cenny produkt. Jest on naprawdę świetnie zmielony, "mięciutki" i chociaż nie posiada widocznych drobinek potrafi pięknie, naturalnie rozświetlić cerę. 



"Magiczny Veil Puder sypki, który pozwala wykreować efekt naturalnie nieskazitelnego wykończenia makijażu. Drobno zmielony, ultralekki puder bez talku posiada w swojej formule cząsteczki odbijające światło, które natychmiast kamuflują niedoskonałości i zmniejszają widoczność porów, drobnych linii i zmarszczek, nadając skórze aksamitną gładkość. Półprzezroczysta formuła może być stosowana do korygowania wszystkich odcieni skóry; pozwala uzyskać efekt niewidocznego, naturalnego wykończenia makijażu."



Mimo iż darzę ogromnym zaufaniem wyżej wspomnianą markę tym razem nie byłam pewna czy ich puder sypki przyniesie mi satysfakcję. W swoim zbiorze mam już kilka tego typu produktów jak chociażby słynną Laurę Mercier, Ecocerę czy Nars i żaden z tych kosmetyków niestety nie zdał egzaminu. Wyobraźcie więc sobie moje ogromne zdziwienie gdy odkryłam, że 𝐇𝐨𝐮𝐫𝐠𝐥𝐚𝐬𝐬 𝐕𝐞𝐢𝐥 𝐓𝐫𝐚𝐧𝐬𝐥𝐮𝐜𝐞𝐧𝐭 𝐒𝐞𝐭𝐭𝐢𝐧𝐠 𝐏𝐨𝐰𝐝𝐞𝐫 prezentuję się na mojej twarzy po prostu przepięknie! Daje satynowe, zdrowe wykończenie bez płaskiego matu i efektu trupiej twarzy. To co robi z porami można nazwać magią! Dosłownie zmiata je z powierzchni cery! Pierwszy raz  moja skóra nie wygląda na suchą, zmęczoną oraz szarą. Co prawda traci na tym trochę trwałość podkładu, bo puder nie utrzyma w ryzach sebum przez długie godziny, ale ja też nigdy nie aplikuję go na całe dnie i wieczory więc nie mam z tym problemu. Poza tym mimo iż producent obiecuje nam utrwalenie makijażu to jednak jest to kosmetyk wykończeniowy więc nic dziwnego, że nie poradzi sobie z lubiącą się mocno świecić skórą. Na szczęście też mimo tego "rozświetlenia" moja tłusta cera wygląda tylko na bardziej zdrową, a nie bardziej tłustą. Dodatkowo nie zauważyłam by miał negatywny wpływ na jej stan, powodował wysyp wyprysków lub sprawiał, że stawała się sucha i matowa. Świetnie też sprawdza mi się pod oczami, bo idealnie utrwala korektor na długie godziny bez wchodzenia w zmarszczki co zauważam u siebie praktycznie zawsze stosując inne tego typu produkty. 



Nie jestem fanką pudrów sypkich i chyba nigdy nie będę, ale 𝐇𝐨𝐮𝐫𝐠𝐥𝐚𝐬𝐬 𝐕𝐞𝐢𝐥 𝐓𝐫𝐚𝐧𝐬𝐥𝐮𝐜𝐞𝐧𝐭 𝐒𝐞𝐭𝐭𝐢𝐧𝐠 𝐏𝐨𝐰𝐝𝐞𝐫 na pewno pozostanie ze mną na dłużej, bo pierwszy raz w życiu mam ochotę kupić tego typu produkt raz jeszcze, nawet pomimo tego, że nie kosztuje mało. Uważam jednak, że warto na niego wydać każdą kwotę! Jak na razie sięgam po ten kosmetyk praktycznie codziennie i jego zużycie jest minimalne, podejrzewam więc, że starczy mi na naprawdę długi czas. Kolejny kosmetyk marki 𝐇𝐨𝐮𝐫𝐠𝐥𝐚𝐬𝐬 trafia na listę moich ulubieńców i jestem przekonana, że nawet gdy dobije dna to na pewno zakupię go ponownie. To opakowanie, ten luksus, ta elegancja i to niesamowite działanie. Po prostu must have!


Skład: Mica, Synthetic Sapphire, Polymethylsilsesquioxane, Methyl Methacrylate Crosspolymer, Boron Nitride, HDI/Trimethylol Hexyllactone Crosspolymer, Silica, Diamond Powder, Sorbic Acid, Sodium Dehydroacetate. May Contain (+/-): Bismuth Oxychloride (Ci 77163), Iron Oxides (Ci 77491, Ci 77492).

Najlepsza nowość w 2020 roku? Recenzja taniego balsamu myjącego The Inkey List Oat Cleansing Balm.


Pisałam Wam, że jeszcze kiedyś tu wrócę z recenzją produktów Tʜᴇ Iɴᴋᴇʏ Lɪsᴛ? Obecnie jest to jedna z moich ulubionych marek kosmetyków do pielęgnacji twarzy. Lubię ją za minimalistyczne, fajne opakowania, podejście do klienta, zachowanie niskich cen przy jednoczesnym zastosowaniu ciekawych oraz skutecznych składników aktywnych. Pod moim dachem znajdziecie całą rodzinkę kosmetyków od Tʜᴇ Iɴᴋᴇʏ Lɪsᴛ i każdy się u mnie sprawdził. Jeszcze ani razu nie żałowałam, że zainwestowałam w ich produkty i mam nadzieję iż się to nigdy nie zmieni. Dziś przychodzę do Was z recenzją jednego z najnowszych kosmetyków  marki czyli Oᴀᴛ Cʟᴇᴀɴsɪɴɢ Bᴀʟᴍ (£9.99). Jest to balsam myjący oraz maseczka w jednym. Zapraszam!

Wyżej chwaliłam opakowania Tʜᴇ Iɴᴋᴇʏ Lɪsᴛ i w tym przypadku dostajemy kartonik przy którym chciałabym się na chwilę zatrzymać. Obecnie macie możliwość rozerwania go, a we wnętrzu znajdziecie porady, odpowiedzi na nurtujące pytania lub przykłady z czym można łączyć zakupiony przez nas produkt by osiągnąć lepsze efekty. Oczywiście nie wspominając już o takich informacjach jak skład, przykładowa rutyna pielęgnacyjna, jak i kiedy stosować dany kosmetyk, dla jakiej cery jest przeznaczony oraz co zawiera. Według mnie to naprawdę super pomysł i wielki krok do przodu jeśli chodzi o nudne, nikomu niepotrzebne kartoniki, które prócz listy INCI oraz masy obietnic nie zawierają niczego ciekawego. Ponarzekać jednak mogę na zgrabną, miękką tubkę, która niestety posiada według mnie nieco zbyt mały otwór, utrudniający wydobycie balsamu (150 ml). Jest on gęsty i bardzo treściwy, niczym maść dlatego przydałaby się tu nieco większa dziurka, choć też nie myślcie, że muszę stawać na opakowaniu by wydobyć coś z jego wnętrza. Poza tym produkt szybko rozpuszcza się pod wpływem ciepła dłoni i dzięki temu nie miałam żadnego problemu z rozprowadzeniem go na twarzy. Zapach? Na pewno bardzo delikatny, naturalny, ledwo wyczuwalny. W składzie  balsamu znajdziecie 3% oleju z ziaren owsa, który wygładza oraz pomaga w utrzymaniu nawilżenia skóry i redukowaniu zaskórników, ale także 1% proszku owsianego redukującego zaczerwienienia oraz podrażnienia cery. 



Producent zaleca stosować Oᴀᴛ Cʟᴇᴀɴsɪɴɢ Bᴀʟᴍ rano i/lub wieczorem oraz jako maseczkę pozostawiając na 10 minut. U mnie jest on stałym bywalcem przy usuwaniu makijażu, zanieczyszczeń, filtra czy serum po całym dniu ich noszenia na twarzy. Na opakowaniu jest informacja, że wymaga aplikacji na mokrą skórę i faktycznie tak znacznie lepiej się u mnie spisuje. Stosuję do tego zwykłą wodę termalną lub po prostu ochlapuję cerę wodą, wmasowuję balsam, a następne usuwam go mięciutką ściereczką. Produkt dosłownie w kilka sekund rozpuszcza wszelkie zanieczyszczenia, makijaż oraz nadmiar sebum! Pozostawia po sobie gładką oraz miękką skórę, ale też od czasu do czasu lekką mgłę na oczach. Dlaczego zdarzało się to tylko sporadycznie i co miało na to wpływ? Naprawdę nie wiem :)



Czy polecam stosować balsam jako maseczkę? Oczywiście! Zwłaszcza gdy szukacie uspokojenia, ukojenia i nawilżenia cery. Nie są to jakieś długotrwałe, robiące wrażenie efekty, ale jako posiadaczka mocno przetłuszczającej się skóry zdecydowanie posiadam zbyt dużo produktów mocno oczyszczających i wysuszających więc tego typu kosmetyk w mojej kosmetyczce to coś czego zdecydowanie potrzebowałam. 


Źródło
Jeden z najlepszych kosmetyków do usuwania makijażu oraz mycia twarzy jaki miałam! Tak właśnie podsumuję recenzję Oᴀᴛ Cʟᴇᴀɴsɪɴɢ Bᴀʟᴍ od Tʜᴇ Iɴᴋᴇʏ Lɪsᴛ. Skuteczny, delikatny, tani oraz posiadający fajne, pomysłowe opakowanie. Zdecydowanie polecam każdemu mimo iż producent zaleca go głównie cerze normalnej oraz wrażliwej. Ja na przykład bardzo nie lubię się z olejkiem ze słodkich migdałów, a tutaj mimo iż jest na pierwszym miejscu  w składzie wcale nie robi mi krzywdy. Kolejny raz muszę napisać, że gdybym nie była uzależniona od testowania nowych kosmetyków to ten produkt na pewno zagościłby w mojej łazience na bardzo długo. Polecam raz jeszcze!


Skład: Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Cetearyl Alcohol, PEG-6 Caprylic/Capric Glycerides, Avena Sativa (Oat) Kernel Oil, Candelilla Cera (Cire de candelilla), Silica, Sorbitan Stearate, Tribehenin, PEG-60 Almond Glycerides, Avena Sativa (Oat) Kernel Flour, Aqua (Water/Eau), Benzyl Alcohol, Phenoxyethanol, Lecithin, 1,2-Hexanediol, Ascorbyl Palmitate, Tocopherol, Biosaccharide Gum-4, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil.

Najlepszy korektor jaki znam? Najnowszy Hourglass Vanish Airbrush Concealer w odcieniu Birch.



Chyba nie potrafię Wam opisać jak bardzo podekscytowana jestem gdy mam okazję testować kosmetyki marki Hourglass. Nie inaczej było w przypadku ich nowego korektora Vanish Airbrush Concealer (159 zł). Kupiłam go gdy był jeszcze świeżutki, gorący i mało się o nim pisało oraz mówiło w Internecie. Brałam jednak w ciemno, bo byłam pewna, że znajdę kolejny hit. Jeśli mnie znacie to już wiecie iż Hourglass to obecnie według mnie najlepsza marka oferująca kosmetyki do makijażu i chociaż nasze początki nie były udane, dziś nie wyobrażam sobie by zabrakło jej w mojej toaletce. Wybaczcie, że opublikuję bardzo krótki, mało treściwy post, ale by opisać ten korektor nie trzeba wielu słów. Gdybym mogła powiedziałabym tylko: po prostu super! Bierzcie tak jak ja w ciemno, ale najpierw jednak wypadałoby podać trochę szczegółów. Zapraszam!

Nabywając Hourglass Vanish Airbrush Concealer w środku tradycyjnego dla marki kartonika znajdziecie korektor w zgrabnym, eleganckim opakowaniu. Na pochwałę na pewno zasługuje lekko spłaszczony, wygodny aplikator, który znacznie ułatwia nanoszenie produktu w trudno dostępne miejsca. W ofercie mamy 22 odcienie, choć pewnie nie w każdym kraju można nabyć je wszystkie. Ja posiadam prawdziwego bladziocha czyli Birch, który bez dwóch zdań na lato będzie niestety dla mnie trochę za jasny, ale za to świetnie nadaje się do rozświetlenia i podkreślenia brwi czy łuku kupidyna. Producent obiecuje nam naprawdę sporo, bo ponoć jego korektor:

  • świetne kryje dzięki wspaniałej pigmentacji
  • jest bardzo lekki, ledwo wyczuwalny na skórze
  • łatwo się blenduje
  • nie zbiera się w zmarszczkach
  • jest wodoodporny 
  • utrzymuje się na skórze do 16 godzin
  • daje naturalny efekt na skórze
  • nie jest testowany na zwierzętach i spokojnie mogą po niego sięgać weganie


Chyba pierwszy raz od kiedy kupuję tego typu produkty w różnych przedziałach cenowych, muszę się zgodzić z aż tak wieloma zapewnieniami, które można znaleźć w opisie kosmetyku! Naprawdę nie mam się tym razem czego czepić, mimo iż moje okolice pod oczami są bardzo wymagające i nawet największe hity rzadko zdają egzamin. Co więcej wystarczy dosłownie odrobina produktu, by zakryć dosłownie wszystko! Rozprawi się z fioletowymi cieniami czy czerwonymi plamami, ale również tak jak wspominałam wyżej pięknie rozjaśni okolice pod oczami czy inne miejsca, które chcemy subtelnie podkreślić. Przeważnie już kilka minut po aplikacji większość korektorów nieestetycznie się zbiera w moich pierwszych zmarszczkach, mimo iż utrwalam każdy tak szybko jak to tylko możliwe. Jednak Vanish Airbrush Concealer nawet po kilku godzinach noszenia wygląda naprawdę przyzwoicie i ciężko mi by było znaleźć produkt w mojej kolekcji, który pozostawia po sobie aż tak satysfakcjonujący efekt. Po prostu nie mogę się przestać nim zachwycać!


Nie będzie więc żadnego zaskoczenia gdy w podsumowaniu napiszę, że pokazany dziś przeze mnie korektor od Hourglass to mój hit i zdecydowanie polecam jego zakup. Sama również mam zamiar zaopatrzyć się w inne odcienie w przyszłości tak bym mogła po niego sięgać cały rok. Nawet moja siostra, która miała okazję testować u mnie ten kosmetyk po kilku godzinach stwierdziła, że zdecydowanie musi go mieć, bo wygląda oraz spisuje się świetnie! Spróbujcie sami :)






Lifestylowa niedziela| Recenzja książki "Zrozum swoją skórę. Fakty, mity i porady"


Nie jestem celebrytką, snobką chyba też nie więc nie myślcie, że postanowiłam uchylić nieco drzwi do mojego prywatnego życia, bo uważam się za interesującą lub super inspirującą osobę. Blog zawsze stanowił ważną część mojego życia, a raczej pisanie. Zaczynałam w czasach gdy jeszcze była nas garstka, w postach często gościły zdjęcia zapożyczone z Internetu bez odpowiedniego oznaczenia oraz odesłania do strony źródła. Żadna z nas nie znała wtedy pojęcia współpraca, barter, a już na pewno nie śniło nam się nawet o byciu influencerem. W powietrzu czuło się życzliwość i dobroć, wszystko było bardziej na luzie, pod postami roiło się od komentarzy gdzie kobiety z całego świata pytały o rady, dzieliły się swoimi doświadczeniami oraz opowiadały ciekawe historie. Żadna z nas nie walczyła z algorytmem, hasztagami i chyba czułyśmy się wtedy bardziej docenione za to co robimy. Dziś Facebook, Instagram oraz cała ta reszta ogłupiaczy bardzo często doprowadzają do upadku pasji, nie doceniają ciężkiej pracy oraz zaangażowania. By przetrwać trzeba lubić to co się robi, przydatne też może okazać się uodpornienie na negatywną energię, toksycznych ludzi oraz pogodzenie się z faktem, że często zostaniemy wrzuceni do jednego worka z oszustami, którzy jedyne co mają na celu to wyłudzenie darmowych fantów od marek i sklepów. Oczywiście ilość serduszek oraz obserwatorów dla każdego ma inne znaczenie, ale dla mnie kwestią kluczową w tym przypadku jest dotarcie do potencjalnych zainteresowanych moim postem. Postem, w którym zachęcam do wejścia na bloga i zapoznania się z właśnie wykonaną przeze mnie ciężką pracą, która przypadkiem może się okazać dla kogoś pomocna. Jest 6:00 rano. Z ogromnym brzuchem, kubkiem herbaty i w ciepłym swetrze w pozycji pół leżącej (bo tylko tak mi jest wygodnie) piszę post zanim jeszcze obudzi się mój synek by wtedy spędzić z nim czas. Nikt mnie do tego nie zmusza,  ale siadam i stukam rytmicznie w klawiaturę, bo chcę być z Wami, chcę pomóc, chcę robić to co lubię by nie czuć się tylko matką czy partnerką i w całej tej szalonej codzienności znaleźć miejsce na mój świat, w którym jestem też kobietą pomagającą drugiej kobiecie. Dzięki temu nie tracę jeszcze gruntu pod nogami.  Lifestylowa niedziela to pomysł na posty, w których wprowadzam trochę prywaty oraz dzielę się moim niekosmetycznym światem. Oczywiście przeznaczone są one dla osób zainteresowanych i mimo wszystko postaram się umieszczać w nich mogące Was zaciekawić informacje, a nie tylko rzewne historie jak to kiedyś było fajnie, a dziś to już jest meh... Dziś na przykład zapraszam na recenzję bardzo ciekawej książki Johanny Gillbro "Zrozum swoją skórę. Fakty, mity i porady", która w końcu pozwoliła mi dowiedzieć się czegoś nowego oraz nieco lepiej zrozumieć moją cerę. Wciąż nieco kosmetycznie, ale obiecuję też poruszenie innych tematów w przyszłości. Zapraszam!

W książce na pewno bardzo podoba mi się język jakim została napisana, bo o skórze opowiada nam doświadczona dermatolog, która posiada chociażby doktorat z eksperymentalnej dermatologii klinicznej, a robi to w tak fajny sposób, że nie czułam się znudzona i łatwo przyswajałam treść, którą autor próbuje przekazać. Całość oczywiście podzielona jest na rozdziały, w których znajdziecie mnóstwo ciekawych, pewnie czasami kontrowersyjnych informacji. Po przedmowie, następnym krokiem jest:



Nauka o skórze- kurs błyskawiczny


W tej części książki autorka w szybki sposób próbuje nam wytłumaczyć najważniejsze pojęcia dotyczące naszej skóry. Dowiecie się więc czym jest bariera ochronna, utrata wody, mikroorganizmy, stres oksydacyjny, starzenie się oraz czy kosmetyki do pielęgnacji cery mają coś wspólnego z dermatologią. 

O skórze




Kolejny rozdział był dla mnie zdecydowanie jednym z najnudniejszych, bo zawierał w większości informacje dobrze mi znane, ale rozumiem, że dla kogoś kto dopiero co zaczął swoją przygodę z kosmetykami i dbaniem o cerę mogą okazać się przydatne. Na pewno pomoże bardziej zgłębić wiedzę na temat rodzajów skóry, z czego się ona składa, jak się odnawia, dlaczego robią się nam blizny, jakie mamy rodzaje fototypów. Poczytamy też o najczęściej spotykanych dolegliwościach cery (trądzik młodzieńczy, różowaty, łuszczyca, egzema, bielactwo), a na koniec ostatnio najbardziej rozchwytywany temat czyli starzenie się skóry. Co to jest inflammaging, jaki mają w tym udział hormony, o co chodzi z tą nierówną pigmentacją oraz promieniami UVA i UVB? Skąd biorą się nowotwory skóry i czy Słońce może być dobre? Odpowiedzi na te wszystkie pytania znajdziecie właśnie w tym rozdziale. 


O pielęgnacji skóry




Brutalna prawda o przemyśle kosmetycznym czyli jak producenci czyhają na niewiedzy konsumentów i lukach prawnych by za proste oraz tanie składy życzyć sobie sowitej zapłaty. Autorka uważa, że chociaż "firmy kosmetyczne zajmują się pielęgnacją skóry, jej dobro nie jest dla nich priorytetem." W tym rozdziale uzyskamy też wiedzę na temat substancji stosowanych w produktach do pielęgnacji (masło, woski, oleje naturalne oraz różne ich rodzaje, alkohole tłuszczowe, silikony, gliceryna, mocznik, kwas hialuronowy, aminokwasy, glikole, retinol, niacynamid, witamina C i E, roślinne komórki macerzyste, kwasy, peptydy, kolagen, przeciwutleniacze). Dostaniemy też odpowiedź na pytania: co to jest story ingredients oraz środki konserwujące czy jak ograniczyć dodawanie konserwantów w kosmetykach? Czym są środki emulgujące, substancje zagęszczające, żelujące, maskujące, oraz które z nich warto stosować, a jakich lepiej unikać? Moim ulubionym fragmentem tej części książki jest wypowiedź autorki o naturalnej pielęgnacji, która w dzisiejszych czasach jest moim zdaniem za bardzo gloryfikowana i cieszę się, że podobnie myśli znany dermatolog. Poza tym w końcu dowiadujemy się jak powinno wyglądać oczyszczanie skóry oraz prawidłowa pielęgnacja każdego typu cery, jakich substancji unikać, a które wprowadzić do swojej rutyny by pozbyć się spędzających nam sen z powiek problemów. 

W gąszczu produktów znajdziecie informacje o rodzajach kosmetyków. O serum, kremie na dzień i na noc, maseczkach do twarzy, peelingu, podkładach oraz bazach, hydrolatach, kremie pod oczy oraz czy pomaga on za zmarszczki?

Na koniec tej części książki kolejny raz autorka wspomina o ochronie przed Słońcem. Indeks UV, filtry chemiczne i fizyczne oraz jakie są ich minusy. Johanna także odpowiada na pytania dlaczego oksybenzon jest niepokojącym składnikiem, jakie kosmetyki przeciwsłoneczne stosuje, jak często się smaruje i czy robi to w pochmurne dni oraz zimową porą?

O mikrobiomie



To był chyba najciekawszy rozdział w tej książce. Dlaczego autorka twierdzi, że stoimy u progu rewolucji bakteryjnej? Co mają wspólnego jelita ze skórą? Co różni pośladki od nosa? Wieś vs miasto- czy miejsce zamieszkania ma wpływ na nasz mikrobiom? Bakterie to przyjaciele czy wrogowie? Oprócz odpowiedzi na te pytania znajdziecie też opis grzybów oraz bakterii mieszkających w naszej skórze, a na koniec sposób na wspieranie swojego własnego mikrobiomu. 

O stylu życia




Na koniec cały rozdział o tym jak zmienić swój styl życia by cieszyć się zdrowszą skórą. Czy jedzenie, bieganie  i spanie mają na nią wpływ? Szczegółowo też omówione są składniki pokarmów, które spożywamy  (witamina A, B12, C, D, E, niacyna, folacyna, cynk, selen, kwasy omega-3 i omega-6, aminokwasy, prebiotyki i probiotyki). Co więcej autorka podaje ile ich powinniśmy przyjmować dziennie oraz jaką ilość konkretnych produktów zjeść by to zapotrzebowanie zaspokoić. Fajny dodatek to pełne witamin i dobroczynnego działania przepisy na gazpacho, miks orzechowy, owsiankę na noc, napój senolityczny czy pełną polifenoli sałatkę. W tym rozdziale dowiecie się również jaki wpływ ma nasze odżywianie na starzenie się skóry oraz jakie substancje spożywać by je opóźnić? I jeszcze więcej kolejnych odpowiedzi na nurtujące pytania: czy produkty spożywcze faktycznie mogą chronić nas przed promieniowaniem słonecznym? Czekolada na Słońce? Tłuszcz rybi na Słońce? Czy cukier wpływa na skórę? Czy od mleka dostaje się pryszczy? 

Podsumowaniem jest przewodnik po odżywianiu i stylu życia. Co jeść żeby mieć zdrową skórę? Która z dobrze nam znanych diet to ta właściwa? O dobrych i złych nawykach, stresie, szczęściu, treningu, śnie, piciu wody, czasie spędzanym przed monitorem, paleniu tytoniu oraz zanieczyszczeniu powietrza. A na koniec 10 przykazań dla zdrowej skóry. 



Po wszystkim i mi wypadałoby wypowiedzieć się na temat książki "Zrozum swoją skórę. Fakty, mity i porady". Nie zgadzam się z każdym poglądem autorki, ale sporo informacji, które podaje faktycznie ma sens i może pomóc w poprawie stanu cery. Całość tak jak wyżej wspominałam napisana została przystępnym językiem, chociaż czasami jest dla mnie aż za łatwo oraz mam wrażenie, że sporo kwestii autorka zostawia niedopowiedzianych i urywa temat w trakcie odpowiadania o nim. Poza tym książkę wzbogacono o wykresy oraz przydatne obrazki. Ja swój egzemplarz posiadam tylko na czytniku Kindle więc ciężko mi na nim pokazać, że jest pięknie wydana oraz zawiera dopracowane, ciekawe zdjęcia. Tutaj musicie sami się o tym przekonać i obejrzeć ją na półkach księgarni. Pewnie już nie muszę wspominać, że polecam przeczytać ten poradnik, który otwiera oczy na ważne kwestie dotyczące pielęgnacji oraz wpływu stylu życia na naszą skórę. Obala też niektóre znane mity, posiada bezcenne rady, odpowiedzi na wciąż nurtujące pytania i wywiady ze specjalistami byśmy mogli poznać też ich opinie w ważnych kwestiach dbania o cerę. Autorka poradnika skupia się też na bardziej nowoczesnych składnikach oraz podejściu do pielęgnacji, które wciąż są jeszcze w powijakach i dopiero za jakiś czas okaże  się czy faktycznie zrewolucjonizują rynek kosmetyczny. Poza tym nie polecam jednak żadnej książki, bloga czy konkretnej osoby traktować  jako jedynego i świętego źródła w kwestii dbania o cerę. Tutaj wciąż będę namawiać do zdrowego rozsądku i przede wszystkim obserwowania swojej skóry. Jeśli wątpliwe wydadzą Wam się opinie Johanny Gilbro to polecam chociażby spojrzeć na całą listę (zawierająca dobrych kilkanaście stron) odnośników do naukowych pozycji potwierdzających tezy i informacje, które autorka umieściła w swojej książce, bo to już sporo o niej mówi. Zdecydowanie jedna z najlepszych tego typu pozycji jakie ostatnio miałam okazję przeczytać!

PS: Wiem, że dziś jednak mało było o mnie, ale do tego jeszcze dojdziemy ;)


Beauty Bay Skincare czyli kolejna inspiracja The Ordinary i kosmetyki w przystępnych cenach. Recenzja rutyny pielęgnacyjnej dla skóry tłustej i trądzikowej za grosze!


Bᴇᴀᴜᴛʏ Bᴀʏ od teraz nie będzie się już Wam kojarzyć tylko ze stroną gdzie wpadacie zgrzeszyć i kupić nowe produkty takie jak palety cieni, pielęgnacje czy kosmetyki do włosów. Całkiem niedawno wypuścili swoją własną linię produktów do skóry twarzy, którą cechują przede wszystkim przystępne, niskie ceny. I tutaj dopiero zaczyna się lista zalet, bo poza tym przy ich produkcji nie cierpią zwierzęta, posiadają przyjazne dla środowiska opakowania oraz są odpowiednie dla wegan. Co więcej do ich promowania nie zostały wynajęte tylko modelki z idealnie gładką, pozbawioną niedoskonałości cerą za którą stoją soki z jarmużu pite pięć razy dziennie, dieta przygotowana przez specjalistów i zabiegi warte miliony. W końcu mamy okazję popatrzeć na skórę, która ma pory, łuszczy się oraz męczy z okropnym trądzikiem. Wreszcie też wystarczy spojrzeć na opakowanie i już wiemy, że mamy do czynienia z rozświetlającym serum, złuszczającym tonikiem czy nawilżającym kremem, a nie kwasem ferulowym w połączeniu z resweratrolem co niewiele mówi osobie, która zupełnie się na składach nie zna. I to jeszcze nie koniec. Nie wiecie, który produkt najbardziej będzie odpowiadał potrzebom Waszej cery? Wystarczy, że wejdziecie na stronę Beauty Bay i zaznaczycie z jakimi problemami skóry się borykacie na co dzień (rozszerzone pory, zbyt duża produkcja sebum, łuszczenie, wrażliwość, zmarszczki itp) i w kilka sekund dostaniecie pełną listę produktów, które pomogą Wam się z nimi  wszystkimi uporać! Czy można prościej? Raczej nie. Każdy znajdzie kosmetyk dla siebie, a w nim "udowodnione klinicznie formuły i składniki aktywne". Dziś opowiem o moim całym miesiącu z rutyną pielęgnacyjną od Beauty Bay Skincare odpowiednią dla skóry tłustej i trądzikowej. Czy jest się czym zachwycać?

Super Jelly Cleansing Gel ( 6 GBP)



Niby żel do mycia twarzy, a jednak zachowuje się bardziej jak mleczko czy raczej krem. Zapakowany został w bardzo wygodną buteleczkę z pompką, która nigdy nie sprawia problemów i dozuje odpowiednią ilość produktu. Jego zapach przypomina mi jakiś naturalny olej czy masło, ale wciąż nie mogę skojarzyć co dokładnie czuję. Nie musicie się jednak martwić, że są to jakieś niepotrzebne substancje zapachowe, które spokojnie każdy producent mógłby sobie podarować. Kosmetyk naprawdę bardzo dobrze sobie radzi ze zmyciem makijażu, nie podrażniając przy tym oczu i nie wysuszając skóry. Co więcej po jego zmyciu mam wrażenie, że właśnie posmarowałam twarz jakimś porządnym kremem nawilżającym. Jest tak niesamowicie gładka i miękka. Gdy dodacie do "żelu" odrobinę wody od razu zamienia się w mleczko i dzięki temu super łatwo mogę je usunąć. Oczywiście nie ma tutaj mowy o żadnej pianie oraz uczuciu ściągnięcia cery po każdym myciu. W jego składzie znajdziecie prebiotyki (Alpha-Glucan Oligosaccharide), glicerynę oraz olej z awokado, który może zapychać, ale u siebie niczego takiego nie odnotowałam. Kosmetyk zaleca się stosować zarówno na sucho jak i na mokro, rano czy wieczorem. Według mnie to jeden z najłagodniejszych produktów myjących jakie znam. Zdecydowanie polecam!

Skład:


 Aqua (Water), Glycerin, Avocado Oil Polyglyceryl-6 Esters, Hydroxyethyl Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Panthenol, Phenoxyethanol, Caprylic/Capric Triglyceride, Alpha-Glucan Oligosaccharide, Maltodextrin, Sorbitan Isostearate, Polysorbate 60, Gluconolactone, Ethylhexylglycerin, Disodium EDTA, Biosaccharide Gum-1, Tasmannia Lanceolata Leaf Extract, Syzygium Luehmannii Fruit Extract, Kunzea Pomifera Fruit Extract

Acid Trip Exfoliating Toner (6.75 GBP)





Tym razem mamy butelkę, której górę należy przekręcić by naszym oczom ukazała się dziurka pozwalająca wylać tonik na wacik. Może wydawać się, że w ten sposób łatwo zmarnować produkt, ale nic z tych rzeczy. Jest ona optymalnej wielkości i nie sprawia żadnych problemów. Po przetarciu twarzy tonikiem zdecydowanie wyczuwalna jest lekko lepka warstwa jak przy większości tego typu kosmetyków. Przez pierwsze dwa dni jego stosowania moja skóra chwilę po aplikacji była zaczerwieniona i chociaż mnie nie piekła gdyby reakcja ta utrzymywała się cały czas, zdecydowanie zrezygnowałabym ze stosowania tego produktu. Na szczęście jednak nie trwało to długo i szybko zapomniałam o przykrych skutkach ubocznych. Myślę, że winić tutaj należy aż trzy rodzaje kwasów: glikolowy, mlekowy oraz glukonolakton (PHA), ale nie samą ich zawartość. Producent mógł natomiast już darować sobie kwas cytrynowy, olejek ze skórki pomarańczy, oczar wirginijski czy podrażniający limonen. Raczej nie polecałbym tego produktu wrażliwcom, choć oczywiście na opakowaniu znajdziecie informacje by nie aplikować kosmetyku na podrażnioną cerę, zrobić test przed jego użyciem, przestać stosować gdy tylko poczujecie dyskomfort oraz nie łączyć go witaminą z C, retinolem lub innymi kwasami. Na szczęście też wspomina o aplikacji kremu z SPF gdy tylko sięgamy po ten produkt wieczorem. 

Regularne stosowanie tego toniku na pewno pomogło mi trzymać w ryzach mój trądzik, poza tym skóra była gładka, bardziej rozświetlona i miękka. Niestety nie kupiłabym go ponownie, bo mimo iż kosztuje niewiele posiada za dużo substancji mogących wywołać podrażnienie i uważam, że na rynku obecnie można kupić o wiele lepsze tego typu produkty w podobnej cenie.

Skład:


Aqua, Glycerin, Glycolic Acid, Sodium Hydroxide, Gluconolactone, Lactic Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Maltodextrin, Biosaccharide Gum-1, Butylene Glycol, Citric Acid, Citrus Sinensis (Sweet Orange) Peel Oil, Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Leaf Extract, Limonene.


Dot-A-Spot Blemish Sticker (5.95 GBP)


Od kiedy odkryłam, że moje wypryski nie mają szans z Sudocremem (link do posta na samym dole) to rzadko już sięgam po inne produkty aplikowane punktowo. Zwłaszcza, że po plasterkach często zostają mi trudne do usunięcia plamy. Przez cały czas testowania pielęgnacji od Beauty Bay na szczęście tylko raz miałam okazję zaaplikować ich Blemish Sticker, które ku mojemu zaskoczeniu zadziałały świetnie i to bez skutków ubocznych! W opakowaniu znajdziecie naprawdę sporą ilość różnej wielkości plasterków (72 sztuki), świetnie przylegających do skóry i przez całą noc pozostających na swoim miejscu. Od innych tego typu produktów wyróżniają się tym, że zawierają tylko i wyłącznie Hydrocolloid (hydrokoloid). Składnik ten nie jest substancją, która ma za zadnie uleczyć wyprysk tak jak w przypadku tych, które zawierają na przykład kwas salicylowy czy olejek z drzewa herbacianego, a raczej wchłania on płyny oraz ropę bez wysuszania otaczającej go skóry. Oryginalnie został wynaleziony właśnie do leczenia ran. Przyda się więc bardziej do tych podskórnych, zawierających płyny wyprysków niż malutkich, czerwonych plamek. Osobiście uważam, że to jedne z najlepszych plasterków jakie miałam i cieszę się iż posiadam taki ich zapas, chociaż mam nadzieję, że nie będę musiała sięgać po ten produkt zbyt często.  



Skład:


Hydrocolloid


SkinHit Brightening Serum (6.50 GBP)| Serum z witaminą C i peptydami

 

Opakowanie serum to plastikowa buteleczka ze szklaną pipetą. Nie miałam nigdy problemu z wydobyciem produktu, ale przeszkadza mi trochę fakt, że praktycznie wszystkie kosmetyki z serii SkinHit wyglądają tak samo i naprawdę ciężko jest je odróżnić od siebie gdy stoją na łazienkowej półce. Rozumiem również, że mało transparentne opakowanie ma chronić jego zawartość przed niszczycielskim światłem, ale wolałabym jednak kontrolować zużycie produktu i wiedzieć ile go jeszcze zostało co w tym przypadku jest trudne. Poza tym jest to jedno z niewielu serum z witaminą C, które ma tak wspaniałą, leciutką konsystencję o lekko pomarańczowym odcieniu. Przypomina mi ona trochę kwas hialuronowy, bez uczucia tłustości i obciążenia cery. Wystarczy porządnie rozsmarować jego niewielką ilość na twarzy, a wchłonie się w mig i pozostawi po sobie jedynie miękką oraz gładką cerę. 

W składzie produktu nie znajdziecie czystej witaminy C, a raczej kwas askrobinowy, który jest łagodniejszy oraz bardziej stabilny. Ma on też możliwość przenikania w głębsze warstwy skóry i często stosuje się go w kosmetykach na przebarwienia. Niestety producent nie podaje na opakowaniu stężenia tej substancji co w tych czasach można uznać za podejrzane, a na pewno trochę rozczarowujące. Poza tym peptyd, który dodano do tego serum to niskocząsteczkowy  Acetyl Hexapetide-1, umieszczony nieco na końcu składu. Pomaga on naszej skórze lepiej bronić się przed zanieczyszczeniami środowiska, koi oraz stymuluje syntezę melaniny. 



Bardzo lubię to serum, bo jest lekkie, faktycznie nadaje blasku skórze, wygładza oraz sprawia iż jest ona super mięciutka. Świetnie też nadaje się do stosowania pod filtr SPF nie wpływając w żaden sposób na trwałość mojego podkładu. Jeśli chodzi jednak o przebarwienia to niestety produkt nie dał sobie z nimi rady ani trochę. Oczywiście rozumiem, że tego typu efekty osiąga się przy kuracji dłuższej niż miesiąc, ale tutaj naprawdę nie odnotowałam choćby najmniejszej zmiany. Mimo wszystko za taką cenę, działanie, brak pomarańczowego zabarwienia cery, delikatność oraz co najważniejsze brak tłustości polecam to serum jako jedne z najlepszych kosmetyków z witaminą C jakie miałam. 


Skład: Aqua (Water), Propanediol, Caprylic/Capric Triglyceride, Ascorbyl Glucoside, Sodium Citrate, Phenoxyethanol, Hydroxyethyl Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Sodium Hydroxide, Xanthan Gum, Canola Oil, Ethylhexylglycerin, Disodium EDTA, Polysorbate 60, Sorbitan Isostearate, 1,2-Hexanediol, Daucus Carota Sativa (Carrot) Seed Oil, Acetyl Hexapeptide-1, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Beta-Carotene, Tocopheryl Acetate, Daucus Carota Sativa (Carrot) Root Extract


SkinHit Soothing Serum (5 GBP)| Serum z niacynamidem i miedzią


Tak jak wyżej wspominałam wszystkie sera z tej serii posiadają identyczne opakowania: plastikowe buteleczki ze szklaną pipetą. Tym razem jednak mamy do czynienia z błękitną konsystencją, ale równie lekką i żelową. Produkt bardzo szybko się wchłania bez pozostawiania nieprzyjemnej, tłustej warstwy. W jego składzie znajdziemy 10% niacynamidu pomagającego w walce z nadprodukcją sebum oraz miedź, która jest tu sprawcą tego pięknego, lagunowego odcienia serum. Wspomaga ona procesy regeneracyjne skóry, gojenie się ran i zapobiega powstawaniu blizn. Nie tylko lekko złuszcza, ale też nawilża oraz wiąże wilgoć w naskórku. Chciałabym jeszcze wytknąć, że skoro mamy serum kojące (soothing serum) to producent mógłby sobie podarować ten dodatek oleju miętowego, który fakt znajduje się na końcu składu, ale wciąż może podrażniać wrażliwą skórę. 


 
Działanie produktu także oceniam jako bardzo dobre. Podczas jego stosowania nie miałam żadnych niedoskonałości, skóra również była gładka oraz miękka. Tak jak wyżej wspomniałam stosując całą pielęgnację od Beauty Bay nie borykałam się z dużą ilością wyprysków, ale gdy czasami pojawiały się małe krostki to serum pomagało mi je zlikwidować. Kolejny raz zdecydowanie jestem na tak, choć ostrzegam, że nie stosowałam tego kosmetyku na pokrytą trądzikiem oraz mocno zapchaną, wymagającą skórę.


Skład: Aqua (Water), Niacinamide, Propanediol, Sodium Citrate, Xanthan Gum, Copper PCA, Zinc PCA, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Citric Acid, Disodium EDTA, Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Leaf Oil, Mentha Piperita (Peppermint) Oil


Skin Fixer Clay Mask (7.50 GBP) | Maseczka z glinką i kwasami PHA


Produkt ten zapoczątkował moją miłość do maseczek z kwasami! Umieszczony został w słoiczku tak jak większość tego typu kosmetyków. Posiada on naprawdę fajny, gliniany kolor i uwielbiam aplikować go na moją twarz! Początkowo daje przyjemne uczucie chłodzenia, ale na szczęście nie odnotowałam żadnego szczypania i podrażnienia mimo iż moja cera obecnie jest bardzo wrażliwa. Oczywiście zawartość glinki powoduje szybkie zasychanie kosmetyku, należy go więc co jakiś czas zwilżać hydrolatem lub wodą termalną, ale jeśli nie macie na to ochoty producent poleca zmieszać odrobinę produktu choćby z wyżej wspomnianymi serami. Przy okazji też usprawniając jego działanie uderzając w te potrzeby skóry, które w danej chwili pragniemy zaspokoić.


Maseczkę zostawiam na mojej twarzy dłużej niż zaleca to producent (10-15 min), bo zwyczajnie uważam, że kwasy potrzebują więcej czasu by odnotować jakiekolwiek ich działanie. Po naprawdę ekspresowym usunięciu produktu z twarzy odsłaniam rozświetloną, odświeżoną, miękką, oczyszczoną oraz gładką cerę. Nie jest ona zbyt sucha i ściągnięta, świetnie więc aplikuje się na nią makijaż, który wygląda wtedy dużo lepiej. Uważam, że kosmetyk ten stosowany regularnie 2 lub 3 razy w tygodniu naprawdę może pomóc w walce z trądzikiem i niedoskonałościami.

Nie będę kłamać, że Skin Fixer Clay Mask to jakaś rewolucja i musicie ją mieć, ale uważam, że ma sporo zalet. Chociażby fakt iż jest jej w opakowaniu naprawdę sporo, starcza więc na dłużej, działa super oraz kosztuje naprawdę niewiele. Jak dla mnie super! 


Skład: Aqua, Kaolin, Glycerin, Bentonite, Citric Acid, Gluconolactone, Phenoxyethanol, Maltodextrin, Disodium EDTA, Ethylhexylglycerin, Biosaccharide Gum-1.

______________________________________

Moja rutyna pielęgnacyjna podczas stosowania wszystkich wyżej wymienionych produktów: 

Rano:
  • CeraVe Foaming Facial Cleanser
  • Beauty Bay SkinHit Brightening Serum
  • NIOD Survival 30
Wieczorem:
  • Your Good Skin Comforting Gel Cleanser
  • Beauty Bay Super Jelly Cleansing Gel
  • Beauty Bay Acid Trip Exfoliatnig Toner
  • Beauty Bay SkinHit Soothing Serum
Plus dwa lub trzy razy w tygodniu Skin Fixer Clay Mask

________________________________________

Gdybym nie miała obsesji na punkcie testowania nowych kosmetyków to spokojnie mogłabym zostać przy tym zestawie i cieszyłabym się pozbawioną wyprysków, gładką oraz rozświetloną cerą. Jedynie tonik zamieniłabym na ten glikolowy od The Ordinary. Poza tym uważam, że cała ta rutyna pielęgnacyjna od Beauty Bay, która kosztowała naprawdę niewiele ( 38 GBP za 6 produktów) mimo iż nie dała mi żadnych spektakularnych efektów, trzymała z daleka wypryski, pomogła rozświetlić, ale też wygładzić skórę i dzięki niej wyglądała ona po prostu lepiej oraz zdrowiej. Jak dla mnie super!

Produkty, o których wspominam w poście:

KREM ZA 15 ZŁ HITEM DO CERY TŁUSTEJ I TRĄDZIKOWEJ! SUDCOREM NA WYPRSYKI? CZY TO NAPRAWDĘ DZIAŁA?


THE ORDINARY VS CERA TŁUSTA I TRĄDZIKOWA. CZY ZNALAZŁAM COŚ DLA SIEBIE? THE ORDINARY PEELING Z 7% KWASEM GLIKOLOWYM, THE ORDINARY OLEJEK Z WITAMINĄ C I F, THE ORDINARY SERUM POD OCZY Z KOFEINĄ I ZIELONĄ HERBATĄ, THE ORDINARY PEELING KWASOWY AHA 30% + BHA 2%, THE ORDINARY OLEJEK Z NASION OGÓRECZNIKA I THE ORDINARY PEELING Z KWASEM MLEKOWYM I HIALURONOWYM 10%.


YOUR GOOD SKIN COMFORTING GEL CLEANSER- IDEALNY PRODUKT MYJĄCY ZA GROSZE? O TAK!





© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig