Your Good Skin Comforting Gel Cleanser- idealny produkt myjący za grosze? O tak!


Czy znalezienie dobrego produktu myjącego do twarzy wciąż jest dla Was nie lada wyzwaniem? Pisząc dobry mam na myśli taki, który usuwa makijaż oraz zanieczyszczenia, ale również nie wysusza skóry i dba o to by była miękka i nawilżona. Wiem iż obecnie ciężko się połapać w tym szalonym świecie żeli do mycia twarzy, pianek, mydeł, pudrów czy olejków, ale dobra wiadomość jest taka, że dziś dużo łatwiej znaleźć swój ideał posiadający wyżej wymienione właściwości, ale i dostępny od ręki oraz kosztujący niewiele. Pisząc post o produktach wartych do nabycia w Anglii  (do przeczytania tutaj) wspominałam Wam już o marce Your Good Skin i chociaż zawiodła mnie ich linia przeznaczona do skóry trądzikowej, w której większość produktów zawiera alkohol to jednak uważam, że kosmetyki myjące mają świetne! Dziś opowiem Wam o jednym z nich czyli Comforting Gel Cleanser. Normalnie kosztuje on około 6 GBP, ale bardzo często jest na przecenie za 4.50 lub mniej. Poczytajcie dlaczego warto mu się przyjrzeć.


Balsam umieszczony został w wygodnej, miękkiej, zgrabnej tubce, którą możecie spokojnie postawić na zamknięciu. Kupując go byłam pewna, że posiada żelową konsystencję (Gel Cleanser), lekką i rzadką. Nic bardziej mylnego. Według mnie zachowuję się on bardziej jak balsam myjący, przypominając mi trochę maść, ale w kontakcie z ciepłem ciała idealnie się rozsmarowuje, a przy spotkaniu z wodą zmienia w mleczko niezwykle łatwe do usunięcia. W tym przypadku nie liczyłabym na morze piany i skrzypiącą z czystości skórę co akurat działa na jego korzyść. "Żel" ten wolny jest od silnych, podrażniających środków myjących jak SLS i niepotrzebnych substancji zapachowych. Swoją drogą nie wyczułam żeby miał jakąkolwiek woń więc będzie świetnym kompanem wrażliwych nosów. W jego składzie znajdziecie również witaminę C, pantenol, ekstrakt z zielonej herbaty, bisabolol ( działa przeciwzapalnie i przeciwgrzybicznie) oraz olejek ze słodkich migdałów.


Produkt ten należy stosować na suchą skórę co wydaje się bardzo dziwne w przypadku żelu do mycia twarzy. Próbowałam też używać go gdy twarz była już mokra, ale wtedy miałam wrażenie iż nie domywa dobrze, a ja właśnie odebrałam mu cały jego potencjał. Tak jak wyżej wspomniałam balsamem wystarczy chwilę masować twarz by zmienił się w olejek i rozpuścił wszystkie zanieczyszczenia oraz makijaż. Można oczywiście usunąć go przy pomocy wody, ale ja bardziej preferuję ściereczki z mikrofibry, które moim zdaniem robią to szybciej i dokładniej. W życiu bym się nie spodziewała, że nazwę tak kosmetyk za kilka funtów, ale jest to zdecydowanie jeden z najlepszych produktów myjących jakie znam! Naprawdę świetnie radzi sobie z usunięciem wszystkiego czego chcemy się pozbyć podczas pierwszego kroku w wieczornej rutynie pielęgnacyjnej, ale bez podrażniania skóry i niepotrzebnego jej wysuszania. Cera po jego zastosowaniu jest mięciutka oraz gładka jakbym właśnie co zaaplikowała na nią krem nawilżający. Jedyne nad czym ubolewam to fakt, że jako jeden z niewielu cudownie pozbywa się tuszu do rzęs, ale robi to w taki sposób, że przy okazji powoduje też pieczenie oczu, przed czym oczywiście producent ostrzega na opakowaniu więc nie mam mu tego za złe. 


Tak naprawdę nie mam nic więcej do dodania prócz tego, że w asortymencie marki Your Good Skin znajdziecie również balsam myjący oznaczony już jako Hot Cloth Cleanser (8.99 GBP) czyli kosmetyk typowo stworzony do zmycia ściereczką, który opisywany jest jako zamiennik jednego z najsłynniejszych tego typu produktów w UK czyli Liz Earle Cleanse & Polish Hot Cloth Cleasner (więcej informacji tutaj). Bez chwili zastanowienia jednak z całego serca polecam Comforting Gel Cleanser praktycznie każdemu, bo działa świetnie, kosztuje niedużo i jeśli mieszkacie w UK to dostępny jest od ręki w Bootsie, bardzo często na przecenie. Czego chcieć więcej? 

Skład: Isononyl Isononanoate, Caprylic/Capric Triglyceride, Isohexadecane, Glycerin, Aqua (Water), Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Dimethicone, Sucrose Stearate, Sucrose Laurate, Betaine, Panthenol, Ascorbyl Palmitate, Bisabolol, Phenoxyethanol, Camellia Sinensis Leaf Extract.







Krem za 15 zł hitem do cery tłustej i trądzikowej! Sudcorem na wyprsyki? Czy to naprawdę działa?



Krem ochronny na odparzenia, który aplikuje się na pupy niemowlaków. Nie wiem jak w Polsce, ale jeśli mieszkacie w UK i macie dzieci to na pewno znacie słynny Sudocrem polecany przez położne oraz większość mam, które znam. Ma on szereg  różnych zastosowań, ale czy wiecie, że może pomóc pozbyć się niedoskonałości? Tak, zgadza się. Ten biały, gęsty, tłusty krem to naprawdę świetny pogromca podskórnych, bolących zmian oraz wyprysków. Sama dosyć sceptycznie podchodziłam do pomysłu aplikowania tego produktu na twarz i choć zdawałam sobie sprawę, że faktycznie może działać przez długi czas jedynie planowałam wypróbować ten patent. I wiecie co? To działa! Działa tak dobrze, że do tej pory żaden plasterek, maść czy inny punktowy kosmetyk nie dały mi aż tak spektakularnych efektów! W przypadku małych wyprysków wystarczy jedna noc, a te bolące walczą tylko może dzień dłużej, a później również się poddają! W jaki sposób zatem aplikować Sudocrem? Gdzie tkwi jego sekret? Zaraz postaram się Wam odpowiedzieć na te pytania.

Sudocrem to krem antyseptyczny (zapobiegający rozwojowi bakterii), który według producenta świetnie sprawdzi się w przypadku:
  • pieluszkowego zapalenia skóry
  • odmrożeń
  • spierzchniętych ust
  • odleżyn
  • złagodzenia ugryzień owadów
  • podrażnień po depilacji
  • opryszczki
  • ospy
  • łagodzenia stanów zapalnych w przypadku łojotoku oraz trądziku


Co czyni go bohaterem? Skład. To w nim tkwi klucz do rozwiązania naszych wypryskowych koszmarów. Mowa tu głównie o takich substancjach jak: 
  • Zinc oxide czyli tlenek cynku (15.25%)- posiada właściwości ściągające, łagodzące i ochronne
  • Benzyl alcohol czyli alkohol benzylowy (0.39%)- miejscowy środek znieczulający o właściwościach dezynfekujących
  • Benzyl benzonate czyli benzoesan benzylu (1.01%)- substancja roztoczobójcza, stosowany często jako środek pediculicydowy (przeciw wszom), odstraszający owady
  • Benzyl cinamate czyli cynamonian benzylu (0.15%)- syntezowany z alkoholu benzylowego i kwasu cynamonowego, który ma właściwości antybakteryjne i przeciwgrzybicze
  • Lanolin czyli lanolina (4.00%)- przypomina wydzieliny łojowe ludzkiej skóry, zmiękcza, wygładza, natłuszcza


Jak widać krem ten zawiera głównie substancje działające odkażająco, a cynk dodatkowo pomaga w regulacji pracy gruczołów łojowych i absorbowaniu nadmiaru sebum tak ukochanego przez bakterie odpowiedzialne za trądzik. Oj nie lubią się one z produktami działającymi antyseptycznie, bo utrudniają im życie i czynią słabymi, a wtedy już niedaleka droga do zmniejszenia ich populacji. 

Czy można aplikować Sudocrem na całą twarz? Tak, choć ja stosuję go tylko punktowo w miejscach gdzie pojawiają się wypryski. Czytałam jednak sporą ilość recenzji, w których dziewczyny traktowały ten produkt jak krem nawilżający, a nawet bazę pod podkład i twierdziły, że spisuje się świetnie w obu przypadkach. A nawet natknęłam się na post dziewczyny pokazującej jak stosowany regularnie przez cały rok usunął prawie kompletnie blizny potrądzikowe (efekty możecie obejrzeć tutaj) ! Osobiście nie czuję potrzeby aby nakładać go w tych celach, ale jeśli ktoś chce spróbować lub twierdzi, że to u niego działa to dlaczego nie? Jedyne co jeszcze rozważam to potraktowanie Sudocremu jako maseczki, którą użyję tylko na strefę T lub miejsca gdzie znajdują się niedoskonałości. A może nawet zostawię go tak na noc?

Zanim jednak sięgniecie po ten cudowny produkt pamiętajcie, że nie wszystkie kosmetyki będą dobre dla każdego. To, że wyżej opisany krem świetnie spisuje się u mnie i wielu innych osób, nie znaczy, że i w Twoim przypadku zadziała tak samo. Przestrzec chcę zwłaszcza osoby, które mają alergię na benzoesan benzylu i cynamonian benzylu przez co oczywiście będą musiały zrezygnować ze stosowania Sudocremu. Jak zawsze przed użyciem nowego kosmetyku zalecam zrobienie testu na skórze, zwłaszcza gdy jest ona podatna na podrażnienia lub skłonna do alergii. Oczywiście aplikowanie go punktowo nie powinno Wam zrobić krzywdy, bardziej obawiałabym się regularnego nakładania kremu na całą twarz. 




Jestem pewna, że Sudocrem wyląduje w moich odkryciach roku 2020, bo tylko on potrafi w tak szybki sposób pozbyć się wyprysków z mojej twarzy, a dodatkowo kosztuje naprawdę niewiele (2.99) GBP. Polecam spróbować!

PS: Składy tego kremu są różne w zależności od strony na której się je sprawdzi, więc poniżej zamieszczam ten z mojego słoiczka by nie było wątpliwości o jaką dokładnie wersję mi chodzi :)

Skład: Zinc Oxide, Benzyl Alcohol, Benzyl Benzoate, Benzyl Cinnamate, Lanolin, Purified Water, Liquid Paraffin (Heavy), Paraffin Wax, Micro Crystalline Wax, Synthetic Beeswax, Sorbitan Sesquiolate, Propylene Glycol, Antioxidant (citric acid, butylated hydroxanisole (BHA), propyleneglycol), Sodium Benzoate, Linalyl Acetate, Lavendar Fragrance.



Moje odkrycie roku 2019! Paletka Hourglass Surreal Light Ambient Lighting Edit Palette.


W końcu po dość długim czasie wracam z recenzją produktu do makijażu. Wiem, że ostatnio troszkę za bardzo skupiłam się na pielęgnacji, ale mam coś na swoje wytłumaczenie. Ja po prostu rzadko kupuję kolorówkę. Posiadam swoich ulubieńców i w poprzednim roku trochę się na nich zawiesiłam nie dając szansy nikomu innemu. Mam też od siebie bana  na kupowanie podkładów od kiedy odkryłam jedyny, który się u mnie sprawdza z prostego powodu: zaczęło mi brakować na nie miejsca. Obecnie zebrałam  ich naprawdę sporą kolekcję, a w niej takie marki jak Nars, Smashbox, Estee Lauder, Bare Minerals itp. Nie są to tanie produkty, a spoczywają na dnie szuflady już od bardzo długiego czasu, użyte kilka razy i jeśli nawet wkrótce zmienią miejsce pobytu to pewnie nie zajdą dalej niż do kosza na śmieci pod moją toaletką. Podobnie się ma u mnie z różami i bronzerami, a przez ostatni rok dałam radę tylko zużyć sporą ilość korektorów oraz pudrów.  Produkt, który dziś mam Wam zamiar pokazać dobił dna co jak widać jest u mnie dosyć nietypowym zjawiskiem, dlatego właśnie postanowiłam o nim opowiedzieć. Już sam tytuł sugeruje czego dotyczyć będą przypisy końcowe więc pewnie jedyne na co czekacie to wytłumaczenie dlaczego tak bardzo lubię paletkę Hourglass Surreal Light Ambient Lighting Edit Palette.



Nie wierzę, że dacie radę przejść obojętnie obok tego opakowania z marmurowym motywem. Jest naprawdę prześliczne, ale też solidne, posiada lusterko, łatwo się otwiera i zamyka, a jego rozmiar sprawia, że to idealny kompan w podróży. W środku znajdziecie puder wykończeniowy Finishing Powder Surreal, bronzer Surreal Bronzer, dwa róże Blush Surreal Glow i Effect oraz rozświetlacz Surreal Strobe Powder.

1. Surreal Light Finishing Powder to właśnie puder wykończeniowy. Jego zadaniem jest nadanie efektu photoshopa na skórze: zmniejszenie widoczności porów, wygładzenie, rozświetlenie oraz rozproszenie światła. Nie jestem Wam w stanie powiedzieć czy potrafi utrwalić makijaż, bo w tym celu nigdy go nie stosowałam. Potrafi być widoczny pod światło więc jedyne co robię to omiatam pudrem twarz starając się by zostało go na niej jak najmniej. Wtedy daje naprawdę cudowny efekt rozświetlenia! Subtelny, ale zdecydowanie do odnotowania w postaci skóry wyglądającej młodziej, ładniej, lepiej oraz zdrowiej. Oczywiście możecie również bez problemu aplikować na niego róż oraz bronzer i też będzie zachowywał się przyzwoicie. Kocham ten puder za to, że potrafi  po kilku ruchach pędzlem diametralnie odmienić wygląd makijażu. Jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki! Chętnie kupiłabym go osobno i na pewno się nad tym zastanowię, bo chyba już nie mogę żyć bez tego produktu. 


2. Surreal Bronze Light to bronzer o optymalnym ciepłym, może odrobinę różowym odcieniu z domieszką błysku. Blenduje się bez problemu, a jego intensywność można łatwo budować, dzięki czemu nie musicie się obawiać, że przesadzicie i stworzycie nieestetyczne plamy, które później ciężko ukryć. Bronzer ten to świetny wybór dla osób takich jak ja, które nie lubią nachalnego, mocnego konturowania i wymagają jedynie efektu delikatnej opalenizny bez zbyt pomarańczowego lub zbyt żółtego odcienia. 

3. Surreal Blush Glow to róż, który również ma optymalny, brzoskwiniowy, ciepły  odcień i satynowe wykończenie. Tak samo jak wyżej wspomniany bronzer łatwo się blenduje, jego intensywność można stopniować i na szczęście nie serwuje nam przesadnego błysku. 


Źródło: Klik

4. Blush Surreal Effect jest bardziej różowy z domieszką ciepłego, koralowego odcienia. Również ma satynowe wykończenie, nie pyli się tak bardzo przy aplikacji i można budować jego intensywność. Tak jak przy reszcie wyżej wspomnianych produktów nie miałam problemu z blendowaniem różu i bardzo podobał mi się subtelny efekt jaki mogłam nim osiągnąć, chociaż wciąż utrzymuję, że najlepiej wygląda połączenie całej trójki.


5. Surreal Strobe Light to rozświetlacz i jedyny produkt, którego nie dałam rady zużyć. Zwyczajnie dlatego, że akurat z nim polubiłam się najmniej. Nie jest zły, ale posiada odcień, którego nie lubię w tego typu produktach. Wolę jasne, bardziej zimne, a ten jest zdecydowanie za ciepły, za żółty z domieszką brzoskwini. Fajnie, że daje subtelny efekt, bez przesadnego, dostrzegalnego z kosmosu błysku i żałuję, że nie dałam rady chociaż trochę się do niego przekonać. Może jeszcze kiedyś wrócę do tego produktu. 

Tak prezentuje się dziś praktycznie zużyta paletka :)

Czytając powyższe wypociny jestem zmuszona przeprosić Was za moje opisy odcieni, bo zdaję sobie sprawę, że nie są idealne, ale zawsze sprawia mi to ogromna trudność i może dlatego tak często ociągam się z recenzją kosmetyków do makijażu. Na pewno jednak nie mam problemu z wyrażeniem jak bardzo jestem zadowolona z tej paletki. Każdy produkt, który ukrywa jest dobrze napigmentowany, blenduje się niesamowicie łatwo, nie stwarza zagrożenia nawet dla kogoś kto nie ma wprawy, a jej optymalny rozmiar pozwala zabrać to cudo w każdą podróż dzięki czemu zaoszczędzamy  tak ważne podczas pakowania miejsce. W efekcie jaki daje się osiągnąć tą paletką jestem po prostu zakochana (rozświetlony, nieprzerysowany oraz dodający blasku makijaż) i przez ostatni rok sięgałam po nią praktycznie codziennie. Wady? Dla mnie nie ma żadnych (no może wysoka cena), chociaż muszę zaznaczyć, że jeśli ma się zamiar aplikować na przykład tylko jeden róż czy bronzer to pewnie ich wydobycie może sprawiać trudności, bo ciężko będzie nie omieść pędzlem reszty, która znajduje się tuż obok. Osoby z ciemniejszą karnacją powinny zrezygnować z zakupu tej paletki, bo większość produktów może być praktycznie niewidoczna na ich cerze. Świetnie się natomiast nada dla bladziochów. Jak dla mnie Hourglass Surreal Light Ambient Lighting Edit Palette (69 GBP) to hit ostatniego roku! 



PS: Swatche zostały pożyczone, bo z mojej paletki już nic się nie dało wydobyć ;) Z tego co widzę są dużo ciemniejsze niż na żywo więc pewnie zdjęcie robione było bez oświetlenia. 





Najlepsze nowości kosmetyczne na rok 2020! Neutrogena, Zoeva, Herbal Essence, Too Faced, Pixi, Nars i wiele innych.


Nadejście nowego roku zawsze wzbudza sporo emocji, nie bez powodu tak hucznie świętujemy jego nadejście: bawimy się do białego rana, tańczymy, strzelamy i szykujemy kreacje oraz fryzury za miliony dolarów. Jego rozpoczęcie jest również dla wielu osób bardzo inspirujące i chociaż lubię słuchać nowych pomysłów znajomych oraz przyjaciół, gęsia skórkę oraz niesamowitą ekscytację wywołuję we mnie jedynie premiera najnowszych produktów do pielęgnacji i makijażu. A ostatnimi czasy marki z korzyścią dla nas wręcz prześcigają się w wymyślaniu coraz to nowszych gadżetów, formuł i trendów by zadowolić wybrednych dziś klientów. I nie mam tu na myśli tylko gigantów, którzy sprzedają swoje produkty za miliony monet, bo jestem pewna, że w ostatnim roku największą furorę robiły drogeryjne, tanie kosmetyki i marki, które na bieżąco aktualizowały swoje linie produktów dodając do nich modne składniki, ulepszając opakowania i przy tym wszystkim wciąż zachowując niskie, przystępne ceny. Już w styczniu można było dowiedzieć się co szykują dla nas producenci w 2020 i przyznam, że na niektóre premiery czekam z niecierpliwością. Dziś przygotowałam listę produktów, które moim zdaniem są godne uwagi, mogą Was zaciekawić lub sama mam zamiar przetestować je w najbliższym czasie. Zaczynamy!

Neutrogena Clear and Soothe 

Źródło: Klik

Najnowsza seria kosmetyków Neutrogeny miała premierę w styczniu tego roku i wdziałam ją już na drogeryjnych półkach. Kolor opakowań nawiązuje do składnika, który wiedzie prym w tych wszystkich produktach czyli kurkuma posiadająca właściwości przeciwzapalne, przeciwbakteryjne oraz zawierająca antyoksydanty. W ofercie znajdziecie 4 produkty: piankę do mycia twarzy, krem nawilżający, mgiełkę oraz płyn micelarny. Cała seria przeznaczona jest dla skóry problematycznej i zmagającej się z trądzikiem, a każdy jeden produkt kosztuje 
£5.99. Bardzo ciekawa propozycja. 

L'Oreal Paris Hyaluronic Acid Serum (ok. £25)



Źródło: Klik


W końcu w UK będziemy mieli okazję kupić serum, o którym już jakiś czas czytam same pozytywne recenzje. Pierwsze skrzypce gra tu bardzo modny oraz lubiany dziś kwas hialuronowy, występujący w rzadko spotykanym, wysokim stężeniu aż 1.5%! Stworzone by nawilżać, koić, rozświetlać oraz poprawiać wygląd suchej, zmęczonej cery. Mój must have tego roku! 

The Inkey List

O tej marce już Wam pisałam i jeśli czytaliście post wiecie, że bardzo się lubimy dlatego z niecierpliwością czekam na ich najnowsze produkty, które mają być dostępne dla nas jeszcze w tym miesiącu (luty 2020). Oto one:


  • Oat Cleansing Balm (£9.99)
Źródło: Klik



  • Apple Cider Vinegar Peel (£14.99)

Źródło: Klik


  • Vitamin C, B and E Moisturizer (£4.99)

  • Peptide Moisturizer (£14.99)
Źródło: Klik

  • Retinol Eye Cream (£9.99)
Źródło: Klik

  • 15% Vitamin C and EGF Serum (£14.99)
Źródło: Klik

Weleda S.O.S Spot Treatment (£11)


Weleda w 2020 roku rozszerza swoją serię Aknedoron o trzy nowe produkty: żel do mycia twarzy  Purifying Gel Cleanser (£11.95), lekkie mleczko matująco-nawilżające Refining Lotion (£17.95) oraz właśnie punktowy żel na wypryski S.O.S Spot Treatment z eskstraktem z wierzby, olejkiem z tymianku oraz oczaru wirginijskiego by ukoić oraz zredukować wypryski i zaskórniki w ciągu nocy. 

Źródło: Klik



Źródło: Klik
Źródło: Klik

Simple Skincare Radiance Booster SPF 30 (£7.99)


Źródło: Klik

Bardzo ciekawy, tani produkt nawilżający, zawierający filtr SPF 30, ochronę przed UVA i UVB, zanieczyszczeniami powietrza oraz światłem niebieskim. Można go stosować jako bazę lub pod krem na dzień. Niestety jak dla mnie zawiera zbyt wiele potencjalnie komedogennych składników oraz filtry chemiczne, a ja zdecydowanie należę do #teamfiltryfizyczne. Cieszę się jednak, że ta popularna, drogeryjna marka wciąż się rozwija i nie pozostaje w tyle by spełniać coraz to nowsze potrzeby klienta. Produkt ten pochodzi z najnowszej serii marki Simple Protect 'n' Glow całej poświęconej właśnie ochronie przed wyżej wspominanymi zagrożeniami. Prócz tego boostera dostępne też są: maseczka z glinką Glow Detox & Brighten Clay Mask, peeling z glinką Glow Express Clay Polish oraz krem nawilżający z ochroną SPF 30 Glow Triple Moisturiser SPF30


Źródło: Klik

Too Faced Hangover Pillow Cream (£32), paletka rozświetlaczy Born This Way Turn Up The Light Highligting Palette (ok. £40) oraz nowa paleta Born This Way The Natural Nudes Eye Shadow Palette (ok. £40)



Źródło: Klik

Nie mam dużego doświadczenia z Too Faced, ale ten krem pewnie zaciekawi fanów marki. Przeznaczony jest do stosowania na noc by nawilżyć, ukoić oraz wygładzić skórę, a w jego składzie znajdziecie kwas hialuronowy, masło mango, olejek z awokado oraz witaminę B3. Jak dla mnie trochę wygórowana cena jak za tak wydawałoby się pospolity krem, ale mogę się mylić. Chętnie przeczytam opinię na jego temat gdy tylko będzie dla nas dostępny  do kupienia i przetestowania (14 luty 2020). 


Natomiast na amerykańskiej stronie marki dostępna już jest nowa paleta rozświetlaczy inspirowana pewnie wszystkim już dobrze znanym podkładem Born This Way. Dostępna w czterech odcieniach: Light, Medium, Tan i Deep, a w jej składzie znajdziecie wodę kokosową, róże alpejską oraz kwas hialuronowy.

Na koniec przepiękna paletka również inspirowana odcieniami słynnego podkładu z 16 cieniami, zarówno matowymi jak i brokatowymi. Ponoć jest nieziemsko napigmentowana oraz pozwalająca wykonać cudowne makijaże. Ja już w sowim zbiorze posiadam podobne odcienie, ale chętnie bym ją przygarnęła. 







Źródło: Klik

Źródło: Klik


Herbal Essence Bio Renew Hemp And Potent Aloe Sulphate Free Shampoo (
£5.99), Conditioner and Hair Oil (wszystko za £5.99)




Źródło: Klik

Herbal Essnece właśnie wypuściła nową serię produktów do włosów, które nie zawierają siarczanów. Ogrody Royal Botanics Garden Kew z ich długoletnim doświadczeniem botanicznym liczącym setki lat udostępniły marce drogocenny aloes by mogła stworzyć dla nas nawilżającą, przyjazną skórze linię kosmetyków do włosów. Ponadto produkty te zawierają 94% składników pochodzenia naturalnego w tym konopie oraz mają  nieszkodliwe dla skalpu pH. 


L'oreal Paris Elvive Full Resist Power Mask (
£13)



Źródło: Klik


Maseczka, która ma być kuracją na włosy aplikowaną tylko raz w tygodniu. W jej składzie znajdziecie biotynę, witaminę B5 i arganinę, a wszystko po to by wzmocnić włosy oraz zapobiec ich wypadaniu. Ponoć istnieją kliniczne dowody na to, że wystarczy jedno użycie by na szczotce znalazło się o połowę mniej włosów niż wcześniej. Ciekawe prawda? Jak na razie nie znalazłam o  niej więcej informacji, ale mam nadzieję, że niebawem dowiem się jak działa :)


E.L.F Luminous and Matte Putty Primer (
£8)

Żródło: Klik

Oryginalna wersja tej bazy czyli Poreless Putty Primer była już wyprzedana kilka razy i wciąż robi furorę pewnie ze względu na to, że uznaje się ją za zastępstwo wiele droższej Tatcha Silk Canvas. W 2020 marka postanowiła obdarować nas dwoma nowymi wersjami produktu czyli Louminous Putty Primer, która zawierać ma kwas hialuronowy i wegański kolagen dla otrzymania rozświetlonej, nawilżonej skóry oraz Matte Putty Primer z glinką i białym węglem by trzymać w ryzach sebum, które powoduje świecenie oraz ciastkowanie się podkładu. 

Nars Cosmetics Tinted Glow Booster (£28)

Źródło: Klik

Ten produkt kusi mnie od kiedy tylko jest dostępny do kupienia czyli z początkiem stycznia 2020. Jest to swego rodzaju baza rozświetlająca, która ma za zadanie wyrównać koloryt skóry, dodać blasku i przedłużyć trwałość makijażu aż do 16 godzin. Leciutka i nawilżająca może być noszona na kilka różnych sposobów: solo, pod podkład oraz jako rozświetlacz na kości policzkowe, łuk kupidyna czy nos. Baza dostępna jest w 4 odcieniach, ale ostrzegam, że mamy tu do czynienia z edycją limitowaną więc gdy zniknie ze sklepowych półek już możemy jej więcej nie zobaczyć. 

Eucerin Hyaluron Filler Moisture Booster Serum (£25)




Źródło: Klik

Kolejny produkt z kwasem hialuronowym, jak więc widzicie w 2020 marki mocno skupiają się na dbaniu o odpowiednie nawilżenie skóry. Oczywiście mamy tu do czynienia z bardzo lekkim serum o żelowej formule zawierającym dwa rodzaje kwasu hialuronowego by działać nie tylko na powierzchni, ale i wewnątrz skóry. Marka chwali się iż posiada krótką listę składników (11), zostało przebadane klinicznie i dermatologicznie gdzie w stu procentach potwierdzono iż widocznie nawilża oraz sprawia, że cera staje się bardziej rozświetlona oraz promienna. Serum jest odpowiednie dla każdego rodzaju skóry, włączając wrażliwą. Dla mnie największą jego wadą jest alkohol w składzie, ale nie każdemu to przeszkadza i nie zawsze oznacza on zło więc jestem ciekawa opinii. 

Max Factor False Lash Effect Max Out Primer (£11.99) 


Źródło: Klik

Nowa baza pod tusz, tym razem nie biała, a niebieska by nadać jeszcze głębszego, ciemniejszego koloru rzęsom. Dodatkowo zawiera też malutkie włókna mające pomóc im wyglądać na gęstsze oraz dłuższe. Bardzo podoba mi się jej silikonowa szczoteczka i chętnie sprawdziłabym czy faktycznie stosowanie tego typu produktu robi różnicę. Z tego co widziałam dostępna już jest w Rossmanie za 48.99 zł, ale nie doczekała się jeszcze zbyt wielu recenzji. Fajny pomysł i mam nadzieję, że faktycznie działa :)

Versed 

Źródło: Klik

W tym przypadku interesuję mnie cała marka i mam zamiar niedługo zaopatrzyć się w kilka ich produktów. Od niedawna dostępna w UK na Cult Beauty, słynie głównie z tego, że jej kosmetyki wyposażone są w aktywne składniki, tak zwanych wybawców skóry, których zadaniem jest walka z różnymi problemami cery. Podobają mi się całkiem fajne składy tych kosmetyków, minimalistyczne opakowania oraz fakt iż nie mają wygórowanych cen (wszystko możecie kupić poniżej £18). Jestem ogromnie ciekawa jak moja cera zareagowałaby na całą rutynę pielęgnacyjną stworzoną tylko z produktów Versed. Obym niebawem miała okazję się o tym przekonać :)

Hourglass Vanish Seamless Finish Liquid Concealer (£32)



Źródło: Klik


Ten korektor już zdążyłam nabyć skuszona pozytywnymi recenzjami oraz faktem iż jest to Hourglass, a markę tą uwielbiam jak żadną. Ponoć spośród innych wyróżnia się tym, że ma niespotykane wykończenie: jest praktycznie niewidoczny, ale przy okazji bardzo dobrze kryjący i nieziemsko łatwo się blenduje. Dostępny w 22 odcieniach i co najważniejsze trzymający się aż 16 godzin bez zbierania w zmarszczkach i ścierania. Sporo obietnic jak na jeden produkt, ale mam nadzieję, że wszystkie się potwierdzą. Niebawem wrócę z recenzją. 

Wishful Yo Glow Enzyme Scrub (£34)

Źródło: Klik

Nowy peeling do twarzy od dotychczas znanej dzięki swoim kosmetykom do makijażu Hudy Kattan. Szczerze? W ogóle nie czuję, że muszę go mieć, nie zapisałam się na listę oczekujących i nie mam pojęcia o co tyle szumu? Alkohol wysoko w składzie oraz spora liczba kwasów. Chyba wszystkie jakie były możliwe: mlekowy, glikolowy, salicylowy, jabłkowy, winowy. Plus ekstrakty z ananasa, papai, imbiru, róży, kokosa itp. Wiem, że produkt ten się zmywa i nie ma on długiego kontaktu ze skórą, ale nie znalazłam  w nim nic co mogłoby mnie przekonać do zakupu. Nawet to, że szanowana przeze mnie Caroline Hirons uważa iż jest to kosmetyk godny polecenia. Wiem jednak, że czekają na niego tłumy i może ja jestem po prostu uprzedzona? Dajcie znać co Wy myślicie na ten temat. 

Pixi Collagen



Źródło: Klik

Pixi do swojej kolekcji dodało dwa nowe produkty z serii Collagen: Collagen Lipgloss (£14), oraz Collagen Tonic (£18), który dostępny też będzie w mniejszej wersji 100 ml (£10). Następne kosmetyki mające działać antyoksydacyjne i odmładzająco. Na szczęście bez alkoholu w składzie, pełny ekstraktów z akacji, kamelii japońskiej, wody morskiej i koksowej oraz wielu innych, ciekawych substancji. Lubię toniki tej marki, ale na razie jakoś nie ciągnie mnie do zakupu jej produktów (no może prócz balsamu do demakijażu od Caroline). Chyba ostatnio trochę zbyt często ją widzę w mediach społecznościowych i wręcz mam wrażenie iż strasznie się nam narzuca. Jeszcze do niej wrócę, ale to dopiero za jakiś czas. 

Zoeva Authentik Skin Perfector (£15)



Źródło: Klik

Nowy korektor od pewnie świetnie Wam znanej marki Zoeva obiecujący iż dzięki zawartości olejku z róży rozprowadza się dziecinnie prosto dając nam krycie, które łatwo możemy budować oraz całodniową wytrzymałość. Już jest dostępny w 30 odcieniach więc pewnie każdy znajdzie coś dla siebie. Wstyd się przyznać, ale nie posiadam jeszcze żadnego produktu tej marki mimo iż zdaję sobie sprawę, że są bardzo dobre. Czy ten korektor da radę to zmienić? Raczej nie, bo na razie mam do zużycia spory zapas tego typu kosmetyków, ale myślę, że znajdzie się znaczna liczba osób zainteresowana jego nabyciem. 

________________________________
Jak widzicie lista nowości nie jest krótka, a to dopiero początek i oczywiście jest też tego sporo więcej. Mnie najbardziej cieszy, że drogeryjne marki się rozwijają, bardziej zwracają uwagę na to co dodają do swoich kosmetyków oraz podążają za oczekiwaniami klienta. Kto by pomyślał jeszcze kilka lat temu, że będziemy mogli kupić makijaż ze składnikami chroniącymi nas przed zanieczyszczeniami powietrza czy światłem niebieskim pochodzącym z urządzeń, które mają spory udział w naszym życiu? W końcu też zaczęto dbać o środowisko stosując ekologiczne opakowania, produkty wielokrotnego użytku, a ostatnio nawet czytałam iż sporo marek zadeklarowało, że zaczną oszczędzać wodę i nie będą jej więcej dodawać do swoich kosmetyków. Nie wspominając już o gadżetach, które obecnie pozwalają wykonać zabiegi kiedyś dostępne tylko u specjalisty. Jestem ogromnie ciekawa co wydarzy się w przemyśle kosmetycznym do końca roku i już nie mogę się doczekać nowości, które na nas czekają :)


Myłam twarz mydłem! Jak zareagowała na to moja tłusta i trądzikowa cera? Recenzja mydła Herbivore Botanicals Bamboo Charcoal Clenasing Bar.


Mydło. Za czasów naszych babć te perfumowane, często sprowadzane z zagranicy kojarzyły się z luksusem i wyciągane były tylko na przybycie gości czyli na wyjątkowe okazje. Pamiętam jak moja mam opowiadała, że wystarczyło się takim umyć i nikomu nie były potrzebne perfumy. Z czasem jednak straciły na swojej popularności na rzecz żeli pod prysznic, znacznie łagodniejszych oraz łatwiejszych w użyciu. Wytwórcy mydeł jednak nie spoczęli na laurach i zaczęli tworzyć nowe receptury, dodawać olejki eteryczne, naturalne składniki, lecznicze esencje, a co więcej obecnie sporo z nich wytwarzane jest dzięki pracy ludzkich rąk, a nie maszyn. Wszystko po to by zachęcić dosyć wybrednego, już lepiej dziś wyedukowanego klienta. Mimo wszystko mam wrażenie, że mydła wciąż nie są tak popularne jakby chcieli tego ich producenci, a już na pewno nie te polecane do oczyszczania twarzy. Czy słusznie odesłano je do lamusa by w końcu stały się czarną owcą produktów myjących? Dziś na blogu opowiem Wam jaki jest mój stosunek do tego typu produktów oraz przedstawię opinię już jakiś czas stosowanego przeze mnie mydła Herbivore Botanicals Bamboo Charcoal Cleansing Bar (10 GBP). Dlaczego mimo tego, że jest to świetny produkt nie stosuję go codziennie?

Uwielbiam minimalistyczne opakowania i naturalne składy marki Herbivore Botanicals. Mydełko otrzymujemy w zgrabnym, małym kartoniku gdzie spoczywa schowane bez żadnego dodatkowego zabezpieczenia w postaci folii czy papierka. Wystarczy odrobina wody by wytworzyć sporą ilość piany, spodziewam się więc, że produkt ten starczy mi na wieki. Bardzo lubię też jego delikatny, ziołowy zapach, który sprawia iż nie mogę się doczekać kolejnego użycia i z utęsknieniem czekam na dzień, w którym znów się spotkamy. Niby tylko mydło, a daje tyle przyjemności!  



Od zawsze unikam tego typu produktów jak ognia, bo wiem, że przy dłuższym stosowaniu potrafią zrobić krzywdę, a szkody jakie wyrządzają nie są łatwe do naprawienia. Jednak to od Herbivore Botanicals skusiło mnie naturalnym składem, opisem i obietnicą producenta, który zapewnia iż świetnie nadaje się do cery tłustej oraz trądzikowej. Najbardziej jednak przekonujące są pozytywne opinie. I chodzi mi tu o całą masę wręcz zachwyconych klientów, którzy utrzymują iż kupują ten produkt od lat. Możecie sprawdzić gdzie chcecie i ze świecą szukać negatywnych komentarzy pod adresem tego mydła. Czy mnie to dziwi? Nie, bo sama również uważam, że jest naprawdę świetne, choć mam też swoje ale. Oczyszcza dobrze. A nawet bardzo dobrze. I pisząc to mam na myśli wręcz piszącą z czystości skórę. Oczywiście nie jest to moje najlepsze doznanie, ale na szczęście utrzymuje się na twarzy jedynie kilka chwil. Naprawdę łatwo o nim zapomnieć.

W składzie produktu znajdziecie same naturalne substancje takie jak: olej kokosowy, palmowy, z bergamotki, drzewa herbacianego, a także oliwę z oliwek, tokoferol (witamina E), węgiel oraz białą glinkę. Od jakiegoś czasu staram się już nie analizować obsesyjnie listy INCI, bo nie posiadam wykształcenia, które pozwoliłoby mi to zrobić w sposób dokładny i rzetelny, a nawet gdyby to często nie konkretny składnik ma znaczenie, a jego stężenie, pochodzenie czy chociażby formuła kosmetyku. Gdyby moje opętanie nie minęło pewnie w życiu nie spojrzałabym w stronę tego mydła, bo zawiera sporo potencjalnie komedogennych i mogących wywołać podrażnienie substancji. Moja cera jednak nie potwierdziła tych czarnych wizji na jakie byłam przygotowana. Ani razu mydło nie wywołało u mnie uczucia ściągnięcia czy swędzenia i nie miałam też suchej, wołającej o nawilżenie cery. Byłam w szoku, że nie udało mi się odnotować żadnych skutków ubocznych mimo tak porządnie oczyszczającego produktu. Dopiero wtedy zrozumiałam skąd wzięło się morze pozytywnych recenzji. Jedyne co odnotowałam to czysta, mięciutka i super gładka cera. Właśnie takiego efektu końcowego oczekujemy od naszego produktu myjącego. 



Mimo wszystko po jakimś czasie przestałam sięgać po to mydło każdego dnia i obecnie ląduje na mojej twarzy tylko kilka razy w tygodniu. Dlaczego? Z powodu jego pH (miara stopnia kwasowości roztworów wodnych). Niestety w Internecie nie znalazłam żadnych informacji na ten temat, ale napisałam do marki i okazało się, że jest to wysokie 9 czyli niezbyt przyjazne dla skóry, która powinna mieć odczyn 5.5, a od niedawna utrzymuje się nawet, że poniżej 5. Codzienne stosowanie produktów o tak wysokim pH jak mydło Herbivore Botanicals może niestety pozostawić po sobie sporo szkód. Gdy utrzymuje się ono na odpowiednim poziomie skóra nie traci zdolności do regeneracji oraz może zapobiec utracie wody, a nasza cera nie jest wtedy tak narażona na występowanie egzemy czy trądziku. Zaburzone pH może prowadzić do wysuszenia, swędzenia, ściągnięcia oraz chorób bakteryjnych czy wyprysków. Należy również pamiętać, że im częściej będziemy sięgać po tego typu produkty tym dłużej naszej skórze zajmie regeneracja i dojście do odpowiedniego, zdrowego pH. 

Czy w takim razie wszystkie mydła są złe? Na rynku można znaleźć kilka tego typu produktów utrzymujących pH na poziomie 5.5. Mowa tu chociażby o SebaMed Cleansing Bar, Avene Cold Cream Ultra Rich Cleansing Bar czy Galinee Cleansing Bar. Nie znaczy to jednak, że nie możecie sięgać po inne mydła jeśli naprawdę bardzo je lubicie (choć oczywiście nie jestem fanką tego pomysłu). Najlepiej jednak od razu po ich użyciu pomóc skórze przywrócić jej naturalne pH chociażby przecierając ją jakimś nawilżającym, regenerującym tonikiem i myślę, że to też przyczyniło się do braku jakichkolwiek szkodliwych skutków ubocznych na mojej skórze nawet przy codziennym stosowaniu Bamboo Charcoal Cleansing Bar od Herbivore. W tym roku jednak przerzuciłam się na bardzo delikatne, zazwyczaj nie pieniące się i otulające produkty myjące mimo iż nie przypominam sobie by SLSy kiedykolwiek zrobiły mi większą krzywdę. Nie wywaliłam jednak z łazienki dobrze oczyszczających kosmetyków gdyż zauważyłam iż moja skóra potrzebuje ich towarzystwa co jakiś czas, bo w przeciwnym razie wygląda niezdrowo, łatwiej się zapycha, a zaraz po tym przychodzi wysyp.

Skład: Saponified Oils of Cocos nucifera (Coconut) Oil, Olea europaea (Olive) Fruit Oil, Elaeis guineensis (Sustainable Palm) Oil, Tocopherol (Vitamin E), Kaolinite (White Clay), Activated Bamboo Charcoal, Melaleuca alternifolia (Tea Tree) Leaf Oil, Citrus bergamia (Bergamot) Essential Oil




Podsumowując więc nie wyłamuję się i również polecam mydło Herbivore Botanicals Bamboo Charcoal Cleansing Bar. Nie namawiam jednak do stosowania go każdego dnia, ale oczywiście jest to kwestia indywidualna, bo nasze cery są różne oraz na ich stan ma wpływ też sporo innych czynników. Czytałam nawet komentarze, w których klienci utrzymywali, że stosują wyżej wspomniany produkt od bardzo dawna oraz sięgają po niego aż trzy razy dziennie (!), a mimo to dalej są zadowoleni z jego działania i nigdy nie narzekają na suchą, pękającą skórę. Tak jak zawsze polecam nie skupiać się na tym co mówią oraz piszą, a bardziej na obserwowaniu jak cera reaguje na dany produkt, bo ona najlepiej nam powie czy wyrządził jej jakąś krzywdę i natychmiast mamy zaprzestać po niego sięgać. Ja bez wątpienia mam zamiar przetestować jeszcze kilka rodzajów mydeł i pewnie będą to te, o których wspomniałam wyżej. Także jeszcze tu o nich usłyszycie :)





Niedrogie i skuteczne gadżety: ice roller, nożyk do brwi, płatki kosmetyczne wielokrotnego użytku, szczotka do masażu skalpu, naturalna gąbka do mycia ciała i sauna do twarzy.


Cześć mam na imię Magdalena i jestem uzależniona od kupowania na Amazonie. Jeśli jeszcze nie upadliście na samo dna tak jak ja radzę nawet nie patrzeć w stronę subskrypcji Prime. A tak już całkiem serio to myślę iż moją dziwną przypadłość zrozumieją tylko osoby, które równie mocno lubią robić zakupy w tym internetowym sklepie. Sama często oglądałam na YT filmiki, w których dziewczyny polecają świetne produkty za grosze dostępne na Amazonie, ale jego fenomenu nie zrozumiałam póki nie wykupiłam wyżej wspomnianej subskrypcji, która upoważnia nas do bardzo szybkiej wysyłki: często rzecz kupiona rano przychodzi do nas jeszcze tego samego dnia wieczorem, a przeważnie już następnego popołudnia. Co więcej w tej cenie £7.99 za miesiąc macie również dostęp do przeróżnych filmów, programów telewizyjnych, muzyki, książek, bezpłatnego przechowywania zdjęć i wiele innych korzyści, które w tym poście nie mają żadnego znaczenia. To właśnie jutuberki i ich filmiki z setkami produktów, które można dostać na Amazonie często dużo taniej sprawiły, że zaczęłam kupować polecane przez nie gadżety urodowe, które na zawsze miały odmienić moją rutynę pielęgnacyjną. Dziś podzielę się z Wami spostrzeżeniami po przetestowaniu wszystkiego na co dałam się namówić. Spodziewajcie się więc recenzji: sauny do twarzy, ice rollera, nożyków do brwi, szczotki do masażu głowy, płatków wielokrotnego użytku czy naturalnej gąbki do mycia ciała.  Zapraszam! 

Ice Roller| Masażer do twarzy (cena około £5-£8, ale pewnie z łatwością można go dostać na Ali za grosze)


Próbowałam już różnego rodzaju rollerów do twarzy i zawsze kończyło się tym, że po jakimś czasie po prostu nudziło mi się ich stosowanie, które nie dawało żadnych widocznych efektów, a i w końcu przestawało sprawiać mi przyjemność. Jednak po obejrzeniu kilku filmików dałam się namówić na kupno jeszcze jednego tego typu produktu myśląc, że jak nie teraz to nigdy, bo kolejne rozczarowanie na pewno uodporni mnie na  kuszenie do nabycia kolejnego masażera do twarzy. I tym razem naprawdę się udało!

Ice roller lubię za to, że sięganie po niego naprawdę sprawia mi mega frajdę, a co za tym idzie nie zmuszam się do pamiętania o tym by regularnie go stosować. Zdecydowanie też preferuję jego duży rozmiar, bo nie muszę po sto razy rolować twarzy by dotrzeć do każdego zakamarka przez co cały proces trwa o wiele krócej. Musicie mieć jednak na uwadze, że osoby z małych rozmiarów buzią mogą mieć problem z dotarciem chociażby w okolice oczu. Oczywiście  masażer najlepiej spisuje się rano, zaraz po przebudzeniu gdy moja twarz jest opuchnięta i wręcz krzyczy o ukojenie. Potrafi w kilka sekund pomóc mi się rozluźnić, zmniejszyć nieco worki pod oczami, sprawić, że skóra wydaje się bardziej napięta, wypoczęta, świeża, a pory wyglądają na mniejsze. Świetnie też nada się po różnego rodzaju zabiegach gdy cera jest podrażniona i potrzebuje czasu by dojść do siebie. Niestety cudotwórcą nie jest więc efekt ten nie będzie utrzymywał się przez długi czas, ale już samo to jaką przyjemność sprawia mi jego stosowanie sprawia, że nie żałuję ani funta wydanego na ten gadżet i choć zdaję sobie sprawę iż nie jest niezbędny do życia to ja obecnie nie wyobrażam sobie go nie mieć w mojej zamrażalce. Myślę, że jeszcze bardziej pokocham ice roller latem gdy żar będzie się lał z nieba. 

Szczotka do masażu skalpu (Hair Scalp Massager Shampoo Brush) | £5.99 lub około 15-40 zł, choć pewnie też jest dostępna na Ali


Do zakupu tej szczotki nikt nie musiał mnie namawiać. Ja wręcz szukałam jej od lat. Jedynie moja fryzjerka potrafi mi tak dokładnie umyć skórę głowy iż nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że została porządnie oczyszczona oraz dobrze wymasowana. Sama od lat próbowałam powtórzyć tę technikę bym również w domowym zaciszu miała pewność iż nie zaniedbuję mojego skalpu. Niestety choć bardzo się starałam, nie dałam rady usprawnić mojego sposobu na mycie głowy co często mnie frustrowało oraz powodowało nieprzyjemne oraz natarczywe swędzenie. Dopiero ta szczotka dosłownie spadła mi z nieba i dziś zdecydowanie ląduje w gronie ulubieńców.



Posiada wygodny uchwyt, dzięki któremu nie wyślizguje mi się z ręki podczas masowania, a jej kolce mają idealną długość i bez problemu docierają do skóry głowy, ale bez jej podrażniania czy uszkadzania. Od kiedy szczotka mieszka pod moim prysznicem mycie włosów to dla mnie w końcu prawdziwa przyjemność, bo mam pewność, że robię to dokładnie i tak jak zawsze chciałam. Skalp nareszcie przestał mnie swędzieć, a i ponoć wykonywanie nią masażu głowy sprawia iż włosy szybciej rosną. Widziałam właśnie na Amazonie opinie kobiet o tym produkcie, które utrzymują, że pomógł im zapuścić długie oraz gęste kosmyki. Samej jest mi ciężko potwierdzić tego typu recenzje, bo nie posiadam cienkich włosów i chociaż faktycznie ostatnio mam dosłownie wysp baby hair to równie dobrze może to być sprawka ciąży, a nie szczotki więc nie będę siać herezji. Tak czy inaczej bez tego gadżetu również już nie wyobrażam sobie życia i choć jest taki niepozorny sprawił, że w końcu śpię spokojnie. 

Naturalna gąbka morska do mycia ciała (Natural Sea Sponge) | ok. £5.80 lub od 15 do 50 zł w zależności od sklepu


O tym produkcie też już Wam wspominałam na moim Instagramie. Kupiłam go z myślą o delikatnej skórze synka, bo testowaliśmy już różnego rodzaju gąbki i żadne na dłuższą metę nie zdawały egzaminu. Najbardziej polubiliśmy się z Konjackiem do mycia ciała, ale niestety mimo codziennego suszenia oraz przestrzegania higieny szybko zagościła na nim pleśń (Anglia to bardzo wilgotny kraj), a nie należy do najtańszych na rynku. Na szczęście usłyszałam o naturalnej gąbce morskiej, która jest niezwykle miękka i potrafi wytworzyć morze piany. Znana jest również z tego iż potrafi wchłonąć kilka razy więcej wody niż jej tradycyjne, sztuczne koleżanki ze sklepowych półek. Zalety tego produkty mogłabym wymieniać bez końca. Dla mnie istotna jest również jego niezwykła trwałość. Mój synek ma na swoim koncie już kilkanaście porwanych i rozniesionych na strzępy gąbek, a tą posiadamy już jakieś 7 miesięcy i dalej wygląda tak jak w dniu gdy do nas przyszła. Świetnie nadaje się dla dzieci oraz wrażliwej skóry, bo nie wywołuje żadnych alergii. Delikatnie, ale skutecznie oczyszcza ciało, stymuluje układ krążenia oraz odblokowuje pory. Jest w 100% naturalna i ulega całkowitej biodegradacji. Widziałam, że stosuje się ją nawet do demakijażu, ale tego jeszcze nie próbowałam. Możecie jej używać solo lub z produktem myjącym i za każdym razem będzie równie skuteczna. Z ciekawostek jeszcze dodam, że gąbki te stosowane są od tysięcy lat, a jeśli się zastanawiacie skąd pochodzą to warto wspomnieć iż wydobywane są z głębin morskich gdzie mieszkają sobie przyczepione do skał. Jestem pewna, że gdy tylko nasz egzemplarz wyda ostatnie tchnienie to na pewno ani minuty się nie będę zastanawiać nad zakupem następnej sztuki. 

Płatki wielokrotnego użytku (Reusable Make-up Remover Pads)| £6.99 za 10 sztuk lub 5 sztuk około 25- 30zł)


Nie jestem typem osoby super pro-eko, która bardzo dobrze zna ten temat oraz na co dzień bez trudu potrafi wyrzec się wszystkich czynników, które mają zły wpływ na środowisko. Staram się jednak cały czas edukować i robię co mogę by choć trochę pomóc lub co najważniejsze nie szkodzić jeszcze bardziej. Właśnie dlatego zdecydowałam się na płatki oczyszczające wielokrotnego użytku, bo dopiero widząc wyliczenia gdzie zużywając dwa takie waciki dziennie, rocznie wyrzucamy ich do kosza aż 730 sztuk! Moje przyszły w malutkiej siateczce w której umieszczamy już zużyte brudne waciki, a potem tylko wkładamy do właśnie czekającej na uruchomienie pralki. Posiadają dwie strony: jedna jest bardziej szorstka wykonana z  naturalnego bambusowego włókna węglowego, a druga to niezwykle miękki, aksamitny materiał. 

Bardzo ciężko było mi się przestawić do stosowania tylko i wyłączenie tych płatków, bo chociaż całkiem dobrze radzą sobie z makijażem, to jednak mam problem by aplikować nimi kwasowe toniki. Wydaje mi się, że muszę wtedy użyć znacznie okazalszej ilości produktu, a moja twarz i tak nie jest nim wystarczająco pokryta. Tak jakby jego większość została zaabsorbowana do wnętrza płatka. Poza tym nie mam do nich żadnych zastrzeżeń. Cieszę się, że sięgając po tego typu produkt mogę zaoszczędzić pieniądze oraz przyczynić się do zmniejszenia ilości generowania odpadów. Płatki nie podrażniły mojej skóry, bo są naprawdę bardzo delikatne więc jestem pewna, że spokojnie nadadzą się dla każdego, nawet wrażliwców. Prałam je już kilka razy i wciąż wyglądają jak nowe. Nie noszą na sobie ani śladu produktów, tuszu czy podkładu. To był świetny wybór!

Nożyki do brwi (Eyebrow Razors)| £2.99 za 15 sztuk lub ok 2-10 zł za sztukę 


Od kiedy mam synka i wróciłam do pracy od poniedziałku do piątku nie zawsze znajduję czas by wybrać się do kosmetyczki na depilacje brwi. W sumie moją ulubioną metodą jest nitkowanie i chociaż próbowałam się nauczyć jak wyrywać włoski właśnie w ten sposób, nie idzie mi to tak sprawnie oraz dokładnie jak paniom do których chodzę. Wtedy z pomocą przychodzą właśnie nożyki do brwi. Dzięki nim w szybki oraz bezbolesny sposób pozbywam się niechcianego owłosienia bez wychodzenia z domu. Oczywiście należy z tymi gadżetami postępować ostrożnie, bo są bardzo ostre i mogą zranić delikatną skórę twarzy. Przykładać je należy do buzi pod odpowiednim kątem, najlepiej lekko ją naciągając w miejscu, które chcemy wydepilować. Raz w miesiącu też pozbywam się dzięki tym nożykom owłosienia z całej twarzy. I tutaj uwaga nikogo nie zachęcam do tego typu praktyk, zwłaszcza jeśli macie bardzo problematyczną cerę z aktywnymi wypryskami. U mnie akurat ten sposób działa i nie zrobiłam sobie jeszcze krzywdy, ale nie mogę ręczyć iż każdy przejdzie tego typu zabieg bezproblemowo tak jak ja. Bo chociaż po takiej depilacji skóra jest niezwykle miękka, mega gładka i każdy podkład wygląda na niej pięknie, to jednak nożyk wykonuje peeling, który może roznieść bakterie lub podrażnić wrażliwą cerę. Mam nadzieję, że nie muszę też wspominać, że tego typu urządzenia dezynfekujemy przed oraz po każdym użyciu. Mimo to zalecam zachować ostrożność i jeśli nie jesteście pewne czy nożyk wyrządzi Wam krzywdę, lepiej ograniczcie się tylko do usuwania nim owłosienia w okolicach brwi. 


Sauna do twarzy (Aiemok Nano Ionic Facial Steamer) | £22.90 (w zestawie dodatkowo dołączono opaskę i zestaw 5 przyrządów do usuwania zaskórników) lub około 100 zł



Saunę do twarzy kupiłam nie tylko dlatego, że wszędzie głoszą iż jest świetnym rozwiązaniem dla osób z tłustą cerę, ale już samo oglądanie dziewczyn, które używają tego urządzenia sprawiało, że czułam się bardziej zrelaksowana więc od razu zapragnęłam je mieć. Tematem tym zaczęłam się interesować dopiero po zakupie i okazuje się, że nie wszyscy specjaliści zgodnie, chórem potwierdzą zalety płynące z regularnego stosowania "parówek". Oczywiście posiadaczki wrażliwej, płytko unaczynionej cery muszą całkowicie zrezygnować z tego typu zabiegów, bo skierowanie twarzy bezpośrednio w strumień pary jest działaniem inwazyjnym, co może prowadzić do podrażnienia skóry czy nawet osłabienia bariery ochronnej. Stosowanie sauny tak jak wspomniałam wyżej poleca się głównie tym, którzy posiadają cerę tłustą by w ten sposób oczyścić oraz odblokować pory. Mam wrażenie, że metoda ta stała się na tyle popularna iż krzyczą o tym w każdej gazecie czy poradniku. Ja specjalistką nie jestem, ale nie do końca zgodzę się z tym, że wykonywanie peelingu po tym zabiegu lub co gorsza wyciskanie zaskórników to dobry pomysł tak jak idzie o tym przeczytać na stronach Internetowych. Zwłaszcza jeśli nie ma się w tym doświadczenia. Widziałam nawet opinie dziewczyn, które twierdzą, że w ten sposób pozbyły się trądziku. Pewnie dlatego, że wcześniej po prostu źle lub nieregularnie oczyszczały twarz, a niekoniecznie jest to zasługa pary. 

Próbowałam nawet zapytać o zdanie kilku specjalistów i w większości nie dostałam żadnych, konkretnych odpowiedzi (jeśli to się zmieni dam znać aktualizując post). Dr Agnieszka Nalewczyńska (polecam jej super profil na Instagramie, masa przydatnych, wiarygodnych informacji) na przykład odpowiedziała mi, że jest na nie, bo taka sauna do twarzy powoduje zbyt duże uwrażliwienie naczyń. Jak widzicie więc stanowiska w tym temacie są różne. 

Jakie są jednak moje doświadczenia? Wykonując "parówkę" przed aplikacją maseczki miałam wrażenie, że działa ona znacznie lepiej niż w przypadku nałożenia jej po prostu na całkiem suchą cerę. To samo tyczy się różnego rodzaju mgiełek czy innych produktów nawilżających, które polecam zastosować bezpośrednio po zakończeniu sauny by wzmocnić barierę ochronną skóry. Nie wspominając już, że takie delikatne omiatanie twarzy ciepłą parą po ciężkim dniu działa niesamowicie relaksująco i właśnie to mnie uzależniło od regularnego jej stosowania. A jeśli coś pomaga zredukować stres, który również źle wpływa na stan naszej cery to jak mam zrezygnować z tego typu zabiegów? Czytałam również, że świetnie sprawdza się podczas przeziębienia, bo wystarczy dodać do niej chociażby olejek miętowy i pomoże nam wtedy uporać się z infekcją górnych dróg oddechowych. Widziałam też, że Czarszka w swoim sklepie sprzedaje specjalne mieszanki, które można wykorzystać przy wykonywaniu "parówki". Jak widzicie więc nie jestem Wam w stanie potwierdzić czy sauna do twarzy to urządzenie godne polecenia, a i obecnie sama zastanawiam się czy jej używanie to dobry pomysł. Mi nie zrobiła żadnej krzywdy, a wręcz przynosi sporo frajdy, ale nie jestem w stanie gołym okiem stwierdzić, że robi mojej skórze tylko dobrze. Tutaj zostawiam ten temat jako otwarty i mam nadzieję, że niedługo będę w stanie go wyczerpać.


Jak widzicie większość gadżetów na które dałam się namówić sprawdziła się u mnie super i nie żałuję ani funta wydanego na ich zakup, jestem więc pewna, że w przyszłości dam się też przekonać do innych tego typu produktów ułatwiających życie, a wtedy na pewno dodam je do tego posta. Oczywiście wcale nie twierdzę, że są nam niezbędne do funkcjonowania i już dziś musicie biegnąć do sklepu by je posiadać, ale zdecydowanie pomagają w codziennej rutynie pielęgnacyjnej  i sprawiają, że staje się przyjemniejsza. Zaciekawił Was któryś z wyżej wymienionych gadżetów?

PS: Post nie jest sponsorowany przez Amazon. Wszystkie produkty kupiłam sama i nie mam żadnego zysku z tego, że Wam je tu pokazuje. Robię to tylko dlatego, że uważam iż są godne polecenia i mogą ułatwić Wam życie lub codzienną rutynę pielęgnacyjną. 
© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig