Najlepsza nowość w 2020 roku? Recenzja taniego balsamu myjącego The Inkey List Oat Cleansing Balm.


Pisałam Wam, że jeszcze kiedyś tu wrócę z recenzją produktów Tʜᴇ Iɴᴋᴇʏ Lɪsᴛ? Obecnie jest to jedna z moich ulubionych marek kosmetyków do pielęgnacji twarzy. Lubię ją za minimalistyczne, fajne opakowania, podejście do klienta, zachowanie niskich cen przy jednoczesnym zastosowaniu ciekawych oraz skutecznych składników aktywnych. Pod moim dachem znajdziecie całą rodzinkę kosmetyków od Tʜᴇ Iɴᴋᴇʏ Lɪsᴛ i każdy się u mnie sprawdził. Jeszcze ani razu nie żałowałam, że zainwestowałam w ich produkty i mam nadzieję iż się to nigdy nie zmieni. Dziś przychodzę do Was z recenzją jednego z najnowszych kosmetyków  marki czyli Oᴀᴛ Cʟᴇᴀɴsɪɴɢ Bᴀʟᴍ (£9.99). Jest to balsam myjący oraz maseczka w jednym. Zapraszam!

Wyżej chwaliłam opakowania Tʜᴇ Iɴᴋᴇʏ Lɪsᴛ i w tym przypadku dostajemy kartonik przy którym chciałabym się na chwilę zatrzymać. Obecnie macie możliwość rozerwania go, a we wnętrzu znajdziecie porady, odpowiedzi na nurtujące pytania lub przykłady z czym można łączyć zakupiony przez nas produkt by osiągnąć lepsze efekty. Oczywiście nie wspominając już o takich informacjach jak skład, przykładowa rutyna pielęgnacyjna, jak i kiedy stosować dany kosmetyk, dla jakiej cery jest przeznaczony oraz co zawiera. Według mnie to naprawdę super pomysł i wielki krok do przodu jeśli chodzi o nudne, nikomu niepotrzebne kartoniki, które prócz listy INCI oraz masy obietnic nie zawierają niczego ciekawego. Ponarzekać jednak mogę na zgrabną, miękką tubkę, która niestety posiada według mnie nieco zbyt mały otwór, utrudniający wydobycie balsamu (150 ml). Jest on gęsty i bardzo treściwy, niczym maść dlatego przydałaby się tu nieco większa dziurka, choć też nie myślcie, że muszę stawać na opakowaniu by wydobyć coś z jego wnętrza. Poza tym produkt szybko rozpuszcza się pod wpływem ciepła dłoni i dzięki temu nie miałam żadnego problemu z rozprowadzeniem go na twarzy. Zapach? Na pewno bardzo delikatny, naturalny, ledwo wyczuwalny. W składzie  balsamu znajdziecie 3% oleju z ziaren owsa, który wygładza oraz pomaga w utrzymaniu nawilżenia skóry i redukowaniu zaskórników, ale także 1% proszku owsianego redukującego zaczerwienienia oraz podrażnienia cery. 



Producent zaleca stosować Oᴀᴛ Cʟᴇᴀɴsɪɴɢ Bᴀʟᴍ rano i/lub wieczorem oraz jako maseczkę pozostawiając na 10 minut. U mnie jest on stałym bywalcem przy usuwaniu makijażu, zanieczyszczeń, filtra czy serum po całym dniu ich noszenia na twarzy. Na opakowaniu jest informacja, że wymaga aplikacji na mokrą skórę i faktycznie tak znacznie lepiej się u mnie spisuje. Stosuję do tego zwykłą wodę termalną lub po prostu ochlapuję cerę wodą, wmasowuję balsam, a następne usuwam go mięciutką ściereczką. Produkt dosłownie w kilka sekund rozpuszcza wszelkie zanieczyszczenia, makijaż oraz nadmiar sebum! Pozostawia po sobie gładką oraz miękką skórę, ale też od czasu do czasu lekką mgłę na oczach. Dlaczego zdarzało się to tylko sporadycznie i co miało na to wpływ? Naprawdę nie wiem :)



Czy polecam stosować balsam jako maseczkę? Oczywiście! Zwłaszcza gdy szukacie uspokojenia, ukojenia i nawilżenia cery. Nie są to jakieś długotrwałe, robiące wrażenie efekty, ale jako posiadaczka mocno przetłuszczającej się skóry zdecydowanie posiadam zbyt dużo produktów mocno oczyszczających i wysuszających więc tego typu kosmetyk w mojej kosmetyczce to coś czego zdecydowanie potrzebowałam. 


Źródło
Jeden z najlepszych kosmetyków do usuwania makijażu oraz mycia twarzy jaki miałam! Tak właśnie podsumuję recenzję Oᴀᴛ Cʟᴇᴀɴsɪɴɢ Bᴀʟᴍ od Tʜᴇ Iɴᴋᴇʏ Lɪsᴛ. Skuteczny, delikatny, tani oraz posiadający fajne, pomysłowe opakowanie. Zdecydowanie polecam każdemu mimo iż producent zaleca go głównie cerze normalnej oraz wrażliwej. Ja na przykład bardzo nie lubię się z olejkiem ze słodkich migdałów, a tutaj mimo iż jest na pierwszym miejscu  w składzie wcale nie robi mi krzywdy. Kolejny raz muszę napisać, że gdybym nie była uzależniona od testowania nowych kosmetyków to ten produkt na pewno zagościłby w mojej łazience na bardzo długo. Polecam raz jeszcze!


Skład: Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Cetearyl Alcohol, PEG-6 Caprylic/Capric Glycerides, Avena Sativa (Oat) Kernel Oil, Candelilla Cera (Cire de candelilla), Silica, Sorbitan Stearate, Tribehenin, PEG-60 Almond Glycerides, Avena Sativa (Oat) Kernel Flour, Aqua (Water/Eau), Benzyl Alcohol, Phenoxyethanol, Lecithin, 1,2-Hexanediol, Ascorbyl Palmitate, Tocopherol, Biosaccharide Gum-4, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil.

Najlepszy korektor jaki znam? Najnowszy Hourglass Vanish Airbrush Concealer w odcieniu Birch.



Chyba nie potrafię Wam opisać jak bardzo podekscytowana jestem gdy mam okazję testować kosmetyki marki Hourglass. Nie inaczej było w przypadku ich nowego korektora Vanish Airbrush Concealer (159 zł). Kupiłam go gdy był jeszcze świeżutki, gorący i mało się o nim pisało oraz mówiło w Internecie. Brałam jednak w ciemno, bo byłam pewna, że znajdę kolejny hit. Jeśli mnie znacie to już wiecie iż Hourglass to obecnie według mnie najlepsza marka oferująca kosmetyki do makijażu i chociaż nasze początki nie były udane, dziś nie wyobrażam sobie by zabrakło jej w mojej toaletce. Wybaczcie, że opublikuję bardzo krótki, mało treściwy post, ale by opisać ten korektor nie trzeba wielu słów. Gdybym mogła powiedziałabym tylko: po prostu super! Bierzcie tak jak ja w ciemno, ale najpierw jednak wypadałoby podać trochę szczegółów. Zapraszam!

Nabywając Hourglass Vanish Airbrush Concealer w środku tradycyjnego dla marki kartonika znajdziecie korektor w zgrabnym, eleganckim opakowaniu. Na pochwałę na pewno zasługuje lekko spłaszczony, wygodny aplikator, który znacznie ułatwia nanoszenie produktu w trudno dostępne miejsca. W ofercie mamy 22 odcienie, choć pewnie nie w każdym kraju można nabyć je wszystkie. Ja posiadam prawdziwego bladziocha czyli Birch, który bez dwóch zdań na lato będzie niestety dla mnie trochę za jasny, ale za to świetnie nadaje się do rozświetlenia i podkreślenia brwi czy łuku kupidyna. Producent obiecuje nam naprawdę sporo, bo ponoć jego korektor:

  • świetne kryje dzięki wspaniałej pigmentacji
  • jest bardzo lekki, ledwo wyczuwalny na skórze
  • łatwo się blenduje
  • nie zbiera się w zmarszczkach
  • jest wodoodporny 
  • utrzymuje się na skórze do 16 godzin
  • daje naturalny efekt na skórze
  • nie jest testowany na zwierzętach i spokojnie mogą po niego sięgać weganie


Chyba pierwszy raz od kiedy kupuję tego typu produkty w różnych przedziałach cenowych, muszę się zgodzić z aż tak wieloma zapewnieniami, które można znaleźć w opisie kosmetyku! Naprawdę nie mam się tym razem czego czepić, mimo iż moje okolice pod oczami są bardzo wymagające i nawet największe hity rzadko zdają egzamin. Co więcej wystarczy dosłownie odrobina produktu, by zakryć dosłownie wszystko! Rozprawi się z fioletowymi cieniami czy czerwonymi plamami, ale również tak jak wspominałam wyżej pięknie rozjaśni okolice pod oczami czy inne miejsca, które chcemy subtelnie podkreślić. Przeważnie już kilka minut po aplikacji większość korektorów nieestetycznie się zbiera w moich pierwszych zmarszczkach, mimo iż utrwalam każdy tak szybko jak to tylko możliwe. Jednak Vanish Airbrush Concealer nawet po kilku godzinach noszenia wygląda naprawdę przyzwoicie i ciężko mi by było znaleźć produkt w mojej kolekcji, który pozostawia po sobie aż tak satysfakcjonujący efekt. Po prostu nie mogę się przestać nim zachwycać!


Nie będzie więc żadnego zaskoczenia gdy w podsumowaniu napiszę, że pokazany dziś przeze mnie korektor od Hourglass to mój hit i zdecydowanie polecam jego zakup. Sama również mam zamiar zaopatrzyć się w inne odcienie w przyszłości tak bym mogła po niego sięgać cały rok. Nawet moja siostra, która miała okazję testować u mnie ten kosmetyk po kilku godzinach stwierdziła, że zdecydowanie musi go mieć, bo wygląda oraz spisuje się świetnie! Spróbujcie sami :)






Lifestylowa niedziela| Recenzja książki "Zrozum swoją skórę. Fakty, mity i porady"


Nie jestem celebrytką, snobką chyba też nie więc nie myślcie, że postanowiłam uchylić nieco drzwi do mojego prywatnego życia, bo uważam się za interesującą lub super inspirującą osobę. Blog zawsze stanowił ważną część mojego życia, a raczej pisanie. Zaczynałam w czasach gdy jeszcze była nas garstka, w postach często gościły zdjęcia zapożyczone z Internetu bez odpowiedniego oznaczenia oraz odesłania do strony źródła. Żadna z nas nie znała wtedy pojęcia współpraca, barter, a już na pewno nie śniło nam się nawet o byciu influencerem. W powietrzu czuło się życzliwość i dobroć, wszystko było bardziej na luzie, pod postami roiło się od komentarzy gdzie kobiety z całego świata pytały o rady, dzieliły się swoimi doświadczeniami oraz opowiadały ciekawe historie. Żadna z nas nie walczyła z algorytmem, hasztagami i chyba czułyśmy się wtedy bardziej docenione za to co robimy. Dziś Facebook, Instagram oraz cała ta reszta ogłupiaczy bardzo często doprowadzają do upadku pasji, nie doceniają ciężkiej pracy oraz zaangażowania. By przetrwać trzeba lubić to co się robi, przydatne też może okazać się uodpornienie na negatywną energię, toksycznych ludzi oraz pogodzenie się z faktem, że często zostaniemy wrzuceni do jednego worka z oszustami, którzy jedyne co mają na celu to wyłudzenie darmowych fantów od marek i sklepów. Oczywiście ilość serduszek oraz obserwatorów dla każdego ma inne znaczenie, ale dla mnie kwestią kluczową w tym przypadku jest dotarcie do potencjalnych zainteresowanych moim postem. Postem, w którym zachęcam do wejścia na bloga i zapoznania się z właśnie wykonaną przeze mnie ciężką pracą, która przypadkiem może się okazać dla kogoś pomocna. Jest 6:00 rano. Z ogromnym brzuchem, kubkiem herbaty i w ciepłym swetrze w pozycji pół leżącej (bo tylko tak mi jest wygodnie) piszę post zanim jeszcze obudzi się mój synek by wtedy spędzić z nim czas. Nikt mnie do tego nie zmusza,  ale siadam i stukam rytmicznie w klawiaturę, bo chcę być z Wami, chcę pomóc, chcę robić to co lubię by nie czuć się tylko matką czy partnerką i w całej tej szalonej codzienności znaleźć miejsce na mój świat, w którym jestem też kobietą pomagającą drugiej kobiecie. Dzięki temu nie tracę jeszcze gruntu pod nogami.  Lifestylowa niedziela to pomysł na posty, w których wprowadzam trochę prywaty oraz dzielę się moim niekosmetycznym światem. Oczywiście przeznaczone są one dla osób zainteresowanych i mimo wszystko postaram się umieszczać w nich mogące Was zaciekawić informacje, a nie tylko rzewne historie jak to kiedyś było fajnie, a dziś to już jest meh... Dziś na przykład zapraszam na recenzję bardzo ciekawej książki Johanny Gillbro "Zrozum swoją skórę. Fakty, mity i porady", która w końcu pozwoliła mi dowiedzieć się czegoś nowego oraz nieco lepiej zrozumieć moją cerę. Wciąż nieco kosmetycznie, ale obiecuję też poruszenie innych tematów w przyszłości. Zapraszam!

W książce na pewno bardzo podoba mi się język jakim została napisana, bo o skórze opowiada nam doświadczona dermatolog, która posiada chociażby doktorat z eksperymentalnej dermatologii klinicznej, a robi to w tak fajny sposób, że nie czułam się znudzona i łatwo przyswajałam treść, którą autor próbuje przekazać. Całość oczywiście podzielona jest na rozdziały, w których znajdziecie mnóstwo ciekawych, pewnie czasami kontrowersyjnych informacji. Po przedmowie, następnym krokiem jest:



Nauka o skórze- kurs błyskawiczny


W tej części książki autorka w szybki sposób próbuje nam wytłumaczyć najważniejsze pojęcia dotyczące naszej skóry. Dowiecie się więc czym jest bariera ochronna, utrata wody, mikroorganizmy, stres oksydacyjny, starzenie się oraz czy kosmetyki do pielęgnacji cery mają coś wspólnego z dermatologią. 

O skórze




Kolejny rozdział był dla mnie zdecydowanie jednym z najnudniejszych, bo zawierał w większości informacje dobrze mi znane, ale rozumiem, że dla kogoś kto dopiero co zaczął swoją przygodę z kosmetykami i dbaniem o cerę mogą okazać się przydatne. Na pewno pomoże bardziej zgłębić wiedzę na temat rodzajów skóry, z czego się ona składa, jak się odnawia, dlaczego robią się nam blizny, jakie mamy rodzaje fototypów. Poczytamy też o najczęściej spotykanych dolegliwościach cery (trądzik młodzieńczy, różowaty, łuszczyca, egzema, bielactwo), a na koniec ostatnio najbardziej rozchwytywany temat czyli starzenie się skóry. Co to jest inflammaging, jaki mają w tym udział hormony, o co chodzi z tą nierówną pigmentacją oraz promieniami UVA i UVB? Skąd biorą się nowotwory skóry i czy Słońce może być dobre? Odpowiedzi na te wszystkie pytania znajdziecie właśnie w tym rozdziale. 


O pielęgnacji skóry




Brutalna prawda o przemyśle kosmetycznym czyli jak producenci czyhają na niewiedzy konsumentów i lukach prawnych by za proste oraz tanie składy życzyć sobie sowitej zapłaty. Autorka uważa, że chociaż "firmy kosmetyczne zajmują się pielęgnacją skóry, jej dobro nie jest dla nich priorytetem." W tym rozdziale uzyskamy też wiedzę na temat substancji stosowanych w produktach do pielęgnacji (masło, woski, oleje naturalne oraz różne ich rodzaje, alkohole tłuszczowe, silikony, gliceryna, mocznik, kwas hialuronowy, aminokwasy, glikole, retinol, niacynamid, witamina C i E, roślinne komórki macerzyste, kwasy, peptydy, kolagen, przeciwutleniacze). Dostaniemy też odpowiedź na pytania: co to jest story ingredients oraz środki konserwujące czy jak ograniczyć dodawanie konserwantów w kosmetykach? Czym są środki emulgujące, substancje zagęszczające, żelujące, maskujące, oraz które z nich warto stosować, a jakich lepiej unikać? Moim ulubionym fragmentem tej części książki jest wypowiedź autorki o naturalnej pielęgnacji, która w dzisiejszych czasach jest moim zdaniem za bardzo gloryfikowana i cieszę się, że podobnie myśli znany dermatolog. Poza tym w końcu dowiadujemy się jak powinno wyglądać oczyszczanie skóry oraz prawidłowa pielęgnacja każdego typu cery, jakich substancji unikać, a które wprowadzić do swojej rutyny by pozbyć się spędzających nam sen z powiek problemów. 

W gąszczu produktów znajdziecie informacje o rodzajach kosmetyków. O serum, kremie na dzień i na noc, maseczkach do twarzy, peelingu, podkładach oraz bazach, hydrolatach, kremie pod oczy oraz czy pomaga on za zmarszczki?

Na koniec tej części książki kolejny raz autorka wspomina o ochronie przed Słońcem. Indeks UV, filtry chemiczne i fizyczne oraz jakie są ich minusy. Johanna także odpowiada na pytania dlaczego oksybenzon jest niepokojącym składnikiem, jakie kosmetyki przeciwsłoneczne stosuje, jak często się smaruje i czy robi to w pochmurne dni oraz zimową porą?

O mikrobiomie



To był chyba najciekawszy rozdział w tej książce. Dlaczego autorka twierdzi, że stoimy u progu rewolucji bakteryjnej? Co mają wspólnego jelita ze skórą? Co różni pośladki od nosa? Wieś vs miasto- czy miejsce zamieszkania ma wpływ na nasz mikrobiom? Bakterie to przyjaciele czy wrogowie? Oprócz odpowiedzi na te pytania znajdziecie też opis grzybów oraz bakterii mieszkających w naszej skórze, a na koniec sposób na wspieranie swojego własnego mikrobiomu. 

O stylu życia




Na koniec cały rozdział o tym jak zmienić swój styl życia by cieszyć się zdrowszą skórą. Czy jedzenie, bieganie  i spanie mają na nią wpływ? Szczegółowo też omówione są składniki pokarmów, które spożywamy  (witamina A, B12, C, D, E, niacyna, folacyna, cynk, selen, kwasy omega-3 i omega-6, aminokwasy, prebiotyki i probiotyki). Co więcej autorka podaje ile ich powinniśmy przyjmować dziennie oraz jaką ilość konkretnych produktów zjeść by to zapotrzebowanie zaspokoić. Fajny dodatek to pełne witamin i dobroczynnego działania przepisy na gazpacho, miks orzechowy, owsiankę na noc, napój senolityczny czy pełną polifenoli sałatkę. W tym rozdziale dowiecie się również jaki wpływ ma nasze odżywianie na starzenie się skóry oraz jakie substancje spożywać by je opóźnić? I jeszcze więcej kolejnych odpowiedzi na nurtujące pytania: czy produkty spożywcze faktycznie mogą chronić nas przed promieniowaniem słonecznym? Czekolada na Słońce? Tłuszcz rybi na Słońce? Czy cukier wpływa na skórę? Czy od mleka dostaje się pryszczy? 

Podsumowaniem jest przewodnik po odżywianiu i stylu życia. Co jeść żeby mieć zdrową skórę? Która z dobrze nam znanych diet to ta właściwa? O dobrych i złych nawykach, stresie, szczęściu, treningu, śnie, piciu wody, czasie spędzanym przed monitorem, paleniu tytoniu oraz zanieczyszczeniu powietrza. A na koniec 10 przykazań dla zdrowej skóry. 



Po wszystkim i mi wypadałoby wypowiedzieć się na temat książki "Zrozum swoją skórę. Fakty, mity i porady". Nie zgadzam się z każdym poglądem autorki, ale sporo informacji, które podaje faktycznie ma sens i może pomóc w poprawie stanu cery. Całość tak jak wyżej wspominałam napisana została przystępnym językiem, chociaż czasami jest dla mnie aż za łatwo oraz mam wrażenie, że sporo kwestii autorka zostawia niedopowiedzianych i urywa temat w trakcie odpowiadania o nim. Poza tym książkę wzbogacono o wykresy oraz przydatne obrazki. Ja swój egzemplarz posiadam tylko na czytniku Kindle więc ciężko mi na nim pokazać, że jest pięknie wydana oraz zawiera dopracowane, ciekawe zdjęcia. Tutaj musicie sami się o tym przekonać i obejrzeć ją na półkach księgarni. Pewnie już nie muszę wspominać, że polecam przeczytać ten poradnik, który otwiera oczy na ważne kwestie dotyczące pielęgnacji oraz wpływu stylu życia na naszą skórę. Obala też niektóre znane mity, posiada bezcenne rady, odpowiedzi na wciąż nurtujące pytania i wywiady ze specjalistami byśmy mogli poznać też ich opinie w ważnych kwestiach dbania o cerę. Autorka poradnika skupia się też na bardziej nowoczesnych składnikach oraz podejściu do pielęgnacji, które wciąż są jeszcze w powijakach i dopiero za jakiś czas okaże  się czy faktycznie zrewolucjonizują rynek kosmetyczny. Poza tym nie polecam jednak żadnej książki, bloga czy konkretnej osoby traktować  jako jedynego i świętego źródła w kwestii dbania o cerę. Tutaj wciąż będę namawiać do zdrowego rozsądku i przede wszystkim obserwowania swojej skóry. Jeśli wątpliwe wydadzą Wam się opinie Johanny Gilbro to polecam chociażby spojrzeć na całą listę (zawierająca dobrych kilkanaście stron) odnośników do naukowych pozycji potwierdzających tezy i informacje, które autorka umieściła w swojej książce, bo to już sporo o niej mówi. Zdecydowanie jedna z najlepszych tego typu pozycji jakie ostatnio miałam okazję przeczytać!

PS: Wiem, że dziś jednak mało było o mnie, ale do tego jeszcze dojdziemy ;)


Beauty Bay Skincare czyli kolejna inspiracja The Ordinary i kosmetyki w przystępnych cenach. Recenzja rutyny pielęgnacyjnej dla skóry tłustej i trądzikowej za grosze!


Bᴇᴀᴜᴛʏ Bᴀʏ od teraz nie będzie się już Wam kojarzyć tylko ze stroną gdzie wpadacie zgrzeszyć i kupić nowe produkty takie jak palety cieni, pielęgnacje czy kosmetyki do włosów. Całkiem niedawno wypuścili swoją własną linię produktów do skóry twarzy, którą cechują przede wszystkim przystępne, niskie ceny. I tutaj dopiero zaczyna się lista zalet, bo poza tym przy ich produkcji nie cierpią zwierzęta, posiadają przyjazne dla środowiska opakowania oraz są odpowiednie dla wegan. Co więcej do ich promowania nie zostały wynajęte tylko modelki z idealnie gładką, pozbawioną niedoskonałości cerą za którą stoją soki z jarmużu pite pięć razy dziennie, dieta przygotowana przez specjalistów i zabiegi warte miliony. W końcu mamy okazję popatrzeć na skórę, która ma pory, łuszczy się oraz męczy z okropnym trądzikiem. Wreszcie też wystarczy spojrzeć na opakowanie i już wiemy, że mamy do czynienia z rozświetlającym serum, złuszczającym tonikiem czy nawilżającym kremem, a nie kwasem ferulowym w połączeniu z resweratrolem co niewiele mówi osobie, która zupełnie się na składach nie zna. I to jeszcze nie koniec. Nie wiecie, który produkt najbardziej będzie odpowiadał potrzebom Waszej cery? Wystarczy, że wejdziecie na stronę Beauty Bay i zaznaczycie z jakimi problemami skóry się borykacie na co dzień (rozszerzone pory, zbyt duża produkcja sebum, łuszczenie, wrażliwość, zmarszczki itp) i w kilka sekund dostaniecie pełną listę produktów, które pomogą Wam się z nimi  wszystkimi uporać! Czy można prościej? Raczej nie. Każdy znajdzie kosmetyk dla siebie, a w nim "udowodnione klinicznie formuły i składniki aktywne". Dziś opowiem o moim całym miesiącu z rutyną pielęgnacyjną od Beauty Bay Skincare odpowiednią dla skóry tłustej i trądzikowej. Czy jest się czym zachwycać?

Super Jelly Cleansing Gel ( 6 GBP)



Niby żel do mycia twarzy, a jednak zachowuje się bardziej jak mleczko czy raczej krem. Zapakowany został w bardzo wygodną buteleczkę z pompką, która nigdy nie sprawia problemów i dozuje odpowiednią ilość produktu. Jego zapach przypomina mi jakiś naturalny olej czy masło, ale wciąż nie mogę skojarzyć co dokładnie czuję. Nie musicie się jednak martwić, że są to jakieś niepotrzebne substancje zapachowe, które spokojnie każdy producent mógłby sobie podarować. Kosmetyk naprawdę bardzo dobrze sobie radzi ze zmyciem makijażu, nie podrażniając przy tym oczu i nie wysuszając skóry. Co więcej po jego zmyciu mam wrażenie, że właśnie posmarowałam twarz jakimś porządnym kremem nawilżającym. Jest tak niesamowicie gładka i miękka. Gdy dodacie do "żelu" odrobinę wody od razu zamienia się w mleczko i dzięki temu super łatwo mogę je usunąć. Oczywiście nie ma tutaj mowy o żadnej pianie oraz uczuciu ściągnięcia cery po każdym myciu. W jego składzie znajdziecie prebiotyki (Alpha-Glucan Oligosaccharide), glicerynę oraz olej z awokado, który może zapychać, ale u siebie niczego takiego nie odnotowałam. Kosmetyk zaleca się stosować zarówno na sucho jak i na mokro, rano czy wieczorem. Według mnie to jeden z najłagodniejszych produktów myjących jakie znam. Zdecydowanie polecam!

Skład:


 Aqua (Water), Glycerin, Avocado Oil Polyglyceryl-6 Esters, Hydroxyethyl Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Panthenol, Phenoxyethanol, Caprylic/Capric Triglyceride, Alpha-Glucan Oligosaccharide, Maltodextrin, Sorbitan Isostearate, Polysorbate 60, Gluconolactone, Ethylhexylglycerin, Disodium EDTA, Biosaccharide Gum-1, Tasmannia Lanceolata Leaf Extract, Syzygium Luehmannii Fruit Extract, Kunzea Pomifera Fruit Extract

Acid Trip Exfoliating Toner (6.75 GBP)





Tym razem mamy butelkę, której górę należy przekręcić by naszym oczom ukazała się dziurka pozwalająca wylać tonik na wacik. Może wydawać się, że w ten sposób łatwo zmarnować produkt, ale nic z tych rzeczy. Jest ona optymalnej wielkości i nie sprawia żadnych problemów. Po przetarciu twarzy tonikiem zdecydowanie wyczuwalna jest lekko lepka warstwa jak przy większości tego typu kosmetyków. Przez pierwsze dwa dni jego stosowania moja skóra chwilę po aplikacji była zaczerwieniona i chociaż mnie nie piekła gdyby reakcja ta utrzymywała się cały czas, zdecydowanie zrezygnowałabym ze stosowania tego produktu. Na szczęście jednak nie trwało to długo i szybko zapomniałam o przykrych skutkach ubocznych. Myślę, że winić tutaj należy aż trzy rodzaje kwasów: glikolowy, mlekowy oraz glukonolakton (PHA), ale nie samą ich zawartość. Producent mógł natomiast już darować sobie kwas cytrynowy, olejek ze skórki pomarańczy, oczar wirginijski czy podrażniający limonen. Raczej nie polecałbym tego produktu wrażliwcom, choć oczywiście na opakowaniu znajdziecie informacje by nie aplikować kosmetyku na podrażnioną cerę, zrobić test przed jego użyciem, przestać stosować gdy tylko poczujecie dyskomfort oraz nie łączyć go witaminą z C, retinolem lub innymi kwasami. Na szczęście też wspomina o aplikacji kremu z SPF gdy tylko sięgamy po ten produkt wieczorem. 

Regularne stosowanie tego toniku na pewno pomogło mi trzymać w ryzach mój trądzik, poza tym skóra była gładka, bardziej rozświetlona i miękka. Niestety nie kupiłabym go ponownie, bo mimo iż kosztuje niewiele posiada za dużo substancji mogących wywołać podrażnienie i uważam, że na rynku obecnie można kupić o wiele lepsze tego typu produkty w podobnej cenie.

Skład:


Aqua, Glycerin, Glycolic Acid, Sodium Hydroxide, Gluconolactone, Lactic Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Maltodextrin, Biosaccharide Gum-1, Butylene Glycol, Citric Acid, Citrus Sinensis (Sweet Orange) Peel Oil, Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Leaf Extract, Limonene.


Dot-A-Spot Blemish Sticker (5.95 GBP)


Od kiedy odkryłam, że moje wypryski nie mają szans z Sudocremem (link do posta na samym dole) to rzadko już sięgam po inne produkty aplikowane punktowo. Zwłaszcza, że po plasterkach często zostają mi trudne do usunięcia plamy. Przez cały czas testowania pielęgnacji od Beauty Bay na szczęście tylko raz miałam okazję zaaplikować ich Blemish Sticker, które ku mojemu zaskoczeniu zadziałały świetnie i to bez skutków ubocznych! W opakowaniu znajdziecie naprawdę sporą ilość różnej wielkości plasterków (72 sztuki), świetnie przylegających do skóry i przez całą noc pozostających na swoim miejscu. Od innych tego typu produktów wyróżniają się tym, że zawierają tylko i wyłącznie Hydrocolloid (hydrokoloid). Składnik ten nie jest substancją, która ma za zadnie uleczyć wyprysk tak jak w przypadku tych, które zawierają na przykład kwas salicylowy czy olejek z drzewa herbacianego, a raczej wchłania on płyny oraz ropę bez wysuszania otaczającej go skóry. Oryginalnie został wynaleziony właśnie do leczenia ran. Przyda się więc bardziej do tych podskórnych, zawierających płyny wyprysków niż malutkich, czerwonych plamek. Osobiście uważam, że to jedne z najlepszych plasterków jakie miałam i cieszę się iż posiadam taki ich zapas, chociaż mam nadzieję, że nie będę musiała sięgać po ten produkt zbyt często.  



Skład:


Hydrocolloid


SkinHit Brightening Serum (6.50 GBP)| Serum z witaminą C i peptydami

 

Opakowanie serum to plastikowa buteleczka ze szklaną pipetą. Nie miałam nigdy problemu z wydobyciem produktu, ale przeszkadza mi trochę fakt, że praktycznie wszystkie kosmetyki z serii SkinHit wyglądają tak samo i naprawdę ciężko jest je odróżnić od siebie gdy stoją na łazienkowej półce. Rozumiem również, że mało transparentne opakowanie ma chronić jego zawartość przed niszczycielskim światłem, ale wolałabym jednak kontrolować zużycie produktu i wiedzieć ile go jeszcze zostało co w tym przypadku jest trudne. Poza tym jest to jedno z niewielu serum z witaminą C, które ma tak wspaniałą, leciutką konsystencję o lekko pomarańczowym odcieniu. Przypomina mi ona trochę kwas hialuronowy, bez uczucia tłustości i obciążenia cery. Wystarczy porządnie rozsmarować jego niewielką ilość na twarzy, a wchłonie się w mig i pozostawi po sobie jedynie miękką oraz gładką cerę. 

W składzie produktu nie znajdziecie czystej witaminy C, a raczej kwas askrobinowy, który jest łagodniejszy oraz bardziej stabilny. Ma on też możliwość przenikania w głębsze warstwy skóry i często stosuje się go w kosmetykach na przebarwienia. Niestety producent nie podaje na opakowaniu stężenia tej substancji co w tych czasach można uznać za podejrzane, a na pewno trochę rozczarowujące. Poza tym peptyd, który dodano do tego serum to niskocząsteczkowy  Acetyl Hexapetide-1, umieszczony nieco na końcu składu. Pomaga on naszej skórze lepiej bronić się przed zanieczyszczeniami środowiska, koi oraz stymuluje syntezę melaniny. 



Bardzo lubię to serum, bo jest lekkie, faktycznie nadaje blasku skórze, wygładza oraz sprawia iż jest ona super mięciutka. Świetnie też nadaje się do stosowania pod filtr SPF nie wpływając w żaden sposób na trwałość mojego podkładu. Jeśli chodzi jednak o przebarwienia to niestety produkt nie dał sobie z nimi rady ani trochę. Oczywiście rozumiem, że tego typu efekty osiąga się przy kuracji dłuższej niż miesiąc, ale tutaj naprawdę nie odnotowałam choćby najmniejszej zmiany. Mimo wszystko za taką cenę, działanie, brak pomarańczowego zabarwienia cery, delikatność oraz co najważniejsze brak tłustości polecam to serum jako jedne z najlepszych kosmetyków z witaminą C jakie miałam. 


Skład: Aqua (Water), Propanediol, Caprylic/Capric Triglyceride, Ascorbyl Glucoside, Sodium Citrate, Phenoxyethanol, Hydroxyethyl Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Sodium Hydroxide, Xanthan Gum, Canola Oil, Ethylhexylglycerin, Disodium EDTA, Polysorbate 60, Sorbitan Isostearate, 1,2-Hexanediol, Daucus Carota Sativa (Carrot) Seed Oil, Acetyl Hexapeptide-1, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Beta-Carotene, Tocopheryl Acetate, Daucus Carota Sativa (Carrot) Root Extract


SkinHit Soothing Serum (5 GBP)| Serum z niacynamidem i miedzią


Tak jak wyżej wspominałam wszystkie sera z tej serii posiadają identyczne opakowania: plastikowe buteleczki ze szklaną pipetą. Tym razem jednak mamy do czynienia z błękitną konsystencją, ale równie lekką i żelową. Produkt bardzo szybko się wchłania bez pozostawiania nieprzyjemnej, tłustej warstwy. W jego składzie znajdziemy 10% niacynamidu pomagającego w walce z nadprodukcją sebum oraz miedź, która jest tu sprawcą tego pięknego, lagunowego odcienia serum. Wspomaga ona procesy regeneracyjne skóry, gojenie się ran i zapobiega powstawaniu blizn. Nie tylko lekko złuszcza, ale też nawilża oraz wiąże wilgoć w naskórku. Chciałabym jeszcze wytknąć, że skoro mamy serum kojące (soothing serum) to producent mógłby sobie podarować ten dodatek oleju miętowego, który fakt znajduje się na końcu składu, ale wciąż może podrażniać wrażliwą skórę. 


 
Działanie produktu także oceniam jako bardzo dobre. Podczas jego stosowania nie miałam żadnych niedoskonałości, skóra również była gładka oraz miękka. Tak jak wyżej wspomniałam stosując całą pielęgnację od Beauty Bay nie borykałam się z dużą ilością wyprysków, ale gdy czasami pojawiały się małe krostki to serum pomagało mi je zlikwidować. Kolejny raz zdecydowanie jestem na tak, choć ostrzegam, że nie stosowałam tego kosmetyku na pokrytą trądzikiem oraz mocno zapchaną, wymagającą skórę.


Skład: Aqua (Water), Niacinamide, Propanediol, Sodium Citrate, Xanthan Gum, Copper PCA, Zinc PCA, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Citric Acid, Disodium EDTA, Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Leaf Oil, Mentha Piperita (Peppermint) Oil


Skin Fixer Clay Mask (7.50 GBP) | Maseczka z glinką i kwasami PHA


Produkt ten zapoczątkował moją miłość do maseczek z kwasami! Umieszczony został w słoiczku tak jak większość tego typu kosmetyków. Posiada on naprawdę fajny, gliniany kolor i uwielbiam aplikować go na moją twarz! Początkowo daje przyjemne uczucie chłodzenia, ale na szczęście nie odnotowałam żadnego szczypania i podrażnienia mimo iż moja cera obecnie jest bardzo wrażliwa. Oczywiście zawartość glinki powoduje szybkie zasychanie kosmetyku, należy go więc co jakiś czas zwilżać hydrolatem lub wodą termalną, ale jeśli nie macie na to ochoty producent poleca zmieszać odrobinę produktu choćby z wyżej wspomnianymi serami. Przy okazji też usprawniając jego działanie uderzając w te potrzeby skóry, które w danej chwili pragniemy zaspokoić.


Maseczkę zostawiam na mojej twarzy dłużej niż zaleca to producent (10-15 min), bo zwyczajnie uważam, że kwasy potrzebują więcej czasu by odnotować jakiekolwiek ich działanie. Po naprawdę ekspresowym usunięciu produktu z twarzy odsłaniam rozświetloną, odświeżoną, miękką, oczyszczoną oraz gładką cerę. Nie jest ona zbyt sucha i ściągnięta, świetnie więc aplikuje się na nią makijaż, który wygląda wtedy dużo lepiej. Uważam, że kosmetyk ten stosowany regularnie 2 lub 3 razy w tygodniu naprawdę może pomóc w walce z trądzikiem i niedoskonałościami.

Nie będę kłamać, że Skin Fixer Clay Mask to jakaś rewolucja i musicie ją mieć, ale uważam, że ma sporo zalet. Chociażby fakt iż jest jej w opakowaniu naprawdę sporo, starcza więc na dłużej, działa super oraz kosztuje naprawdę niewiele. Jak dla mnie super! 


Skład: Aqua, Kaolin, Glycerin, Bentonite, Citric Acid, Gluconolactone, Phenoxyethanol, Maltodextrin, Disodium EDTA, Ethylhexylglycerin, Biosaccharide Gum-1.

______________________________________

Moja rutyna pielęgnacyjna podczas stosowania wszystkich wyżej wymienionych produktów: 

Rano:
  • CeraVe Foaming Facial Cleanser
  • Beauty Bay SkinHit Brightening Serum
  • NIOD Survival 30
Wieczorem:
  • Your Good Skin Comforting Gel Cleanser
  • Beauty Bay Super Jelly Cleansing Gel
  • Beauty Bay Acid Trip Exfoliatnig Toner
  • Beauty Bay SkinHit Soothing Serum
Plus dwa lub trzy razy w tygodniu Skin Fixer Clay Mask

________________________________________

Gdybym nie miała obsesji na punkcie testowania nowych kosmetyków to spokojnie mogłabym zostać przy tym zestawie i cieszyłabym się pozbawioną wyprysków, gładką oraz rozświetloną cerą. Jedynie tonik zamieniłabym na ten glikolowy od The Ordinary. Poza tym uważam, że cała ta rutyna pielęgnacyjna od Beauty Bay, która kosztowała naprawdę niewiele ( 38 GBP za 6 produktów) mimo iż nie dała mi żadnych spektakularnych efektów, trzymała z daleka wypryski, pomogła rozświetlić, ale też wygładzić skórę i dzięki niej wyglądała ona po prostu lepiej oraz zdrowiej. Jak dla mnie super!

Produkty, o których wspominam w poście:

KREM ZA 15 ZŁ HITEM DO CERY TŁUSTEJ I TRĄDZIKOWEJ! SUDCOREM NA WYPRSYKI? CZY TO NAPRAWDĘ DZIAŁA?


THE ORDINARY VS CERA TŁUSTA I TRĄDZIKOWA. CZY ZNALAZŁAM COŚ DLA SIEBIE? THE ORDINARY PEELING Z 7% KWASEM GLIKOLOWYM, THE ORDINARY OLEJEK Z WITAMINĄ C I F, THE ORDINARY SERUM POD OCZY Z KOFEINĄ I ZIELONĄ HERBATĄ, THE ORDINARY PEELING KWASOWY AHA 30% + BHA 2%, THE ORDINARY OLEJEK Z NASION OGÓRECZNIKA I THE ORDINARY PEELING Z KWASEM MLEKOWYM I HIALURONOWYM 10%.


YOUR GOOD SKIN COMFORTING GEL CLEANSER- IDEALNY PRODUKT MYJĄCY ZA GROSZE? O TAK!





Kolorówka miesiąca #1 | Eveline, Benefit, Maybelline, Wibo, Ciate London, Revlon.


Jako prawdziwa #skincarejunkie zdaję sobie sprawę, że bardzo mało Wam wspominam o tym jak wygląda mój makijaż. Od jakiegoś czasu wpadłam w rutynę i praktycznie nie kupuję już kolorówki, bo mam za duży jej zapas w domu, a z uwagi na to, że nie chcę być kolekcjonerką, bo nie jest to dobre dla mojej kieszeni oraz środowiska staram się zużywać tylko to co posiadam w szufladach i toaletce. Nie znaczy to jednak, że nie mam w tym temacie nic do powiedzenia i od dziś na blogu postaram się wprowadzić serię wpisów o kosmetykach kolorowych po które sięgałam najczęściej w ostatnim miesiącu, ewentualnych zastępstwach tego co już zużyłam oraz produktach, które ostatnio wpadły mi w oko. Mam nadzieję, że taki typ postów przypadnie Wam do gustu, pozwoli odnaleźć przydatne opinie na temat szukanych kosmetyków lub nawet odkryć jakiegoś ulubieńca ;) Zapraszam!

Makijaż Lutego 2020


Podkład




Tutaj nie będzie zaskoczenia, bo od dawna moim ulubieńcem w tej kategorii jest Eveline Liquid Control. Od kiedy odkryłam, że aplikowany z filtrem NIOD Survival 30 (link do recenzji poniżej) trzyma się naprawdę świetnie na mojej skórze przez praktycznie cały dzień, bez ścierania, bez zapychania i nieestetycznego błyszczenia. Nie  potrafię już zastąpić go nikim innym. Co jakiś czas sprowadzam podkład z Polski po kilka buteleczek na raz by zawsze był pod ręką. Mój must have! Jeśli jesteście ciekawi pełnej recenzji zapraszam tutaj:

ALE TO JUŻ BYŁO?/ EVELINE LIQUID CONTROL HD/ PODKŁAD DO TWARZY LIGHT BEIGE 010 


NIOD - "MARKA DLA WYŻEJ WYKSZTAŁCONYCH". DLACZEGO MUSISZ JĄ POZNAĆ?


Korektor




W końcu udało mi się zużyć wszystkie korektory, które nadają się jedynie do stosowania na co dzień czyli Bell Multi Mineral, Bell Ms Perfect oraz Revlon Colorstay i poczułam wielką ulgę gdy wylądowały w koszu, bo niestety nie robiły nic ciekawego. Zero krycia czy rozświetlenia więc równie dobrze mogłabym zastąpić je jedynie podkładem i nie zauważyłabym większej różnicy. Na szczęście na ich miejsce miałam korektor Revlon Photoready Candid,  o którym pisałam całkiem niedawno. Jedyne z czym nie trafiłam to odcień, ale poza tym zrobił na mnie wrażenie kilkoma naprawdę fajnymi właściwościami. Pełna recenzja:

KOREKTOR Z ANTYOKSYDANTAMI, CHRONIĄCY PRZED NIEBIESKIM ŚWIATŁEM I ZANIECZYSZCZENIAMI POWIETRZA! REVLON PHOTOREADY CANNDID ANTIOXIDANT CONCEALER.

Puder 




Maybelline Fit me! Matte+ Poreless (odcień 105 lub 110) to puder po który sięgałam przez prawie cały ostatni rok i chociaż nie mam na jego punkcie obsesji, spisywał się u mnie bardzo dobrze. Głównie lubię go za to, że jest lekki, nie daje efektu płaskiego matu oraz faktycznie przedłuża trwałość podkładu. Poza tym łatwo go dostać i nie kosztuje wiele (ok. 20zł) więc gdy tylko się skończył od razu biegłam po kolejne opakowanie. Z wygody mogłabym sięgać po ten produkt do końca życia, bo tak naprawdę jedyne czego mi w nim brakuje to bardziej naturalny skład więc pewnie jeszcze nie raz znajdzie się w mojej kosmetyczce. Zdecydowanie polecam ten puder jeśli posiadacie tłustą lub mieszaną cerę. 

Róż/Bronzer


Niestety produkt od Ciate London, który Wam teraz pokażę pochodzi z limitowanej edycji Olivia Palermo i jest to Bronzer and Blush Duo w odcieniu Bluff Point. Ostatnio sięgam po niego regularnie nie tylko dlatego, że czas by już w końcu dobił dna, ale ja naprawdę bardzo lubię ten duet. Posiada bronzer w chłodnym, nie pomarańczowym odcieniu i ciemniejszy czyli taki jak lubię, matowy róż. Produkty łatwo się rozprowadzają, fajnie wyglądają razem oraz ciężko sobie nimi zrobić krzywdę. Efekt jaki pozostawiają na skórze nie jest mocny, ale łatwo można go budować bez zbytniego obciążania cery czy obawy o przesadę. Na pewno nie kupiłabym tego produktu ponownie nawet gdyby był dostępny, ale chętnie go zużyję do końca, bo świetnie nadaje się do szybkiego, codziennego makijażu. 


Rozświetlacz


Wibo Glamour Shimmer to jeden z moich ulubionych, drogeryjnych rozświetlaczy, chociaż zakochałam się w nim jeszcze przed tym gdy marka masowo zaczęła kopiować inne, znane i popularne produkty. Pozostawiając jednak w tyle tą bardzo indywidualną kwestię wspierania marki, muszę przyznać, że akurat wyżej wspomniany miks rozświetlaczy naprawdę im się udał. Uwielbiam jego wykończenie, dobrą pigmentacją oraz fakt, że nie daje przesadnego, dyskotekowego błysku (choć możecie go osiągnąć jeśli tylko chcecie po prostu dokładając więcej warstw). Poza tym fajnie podkreśla opaleniznę, jest porządnie napigmentowany i mega wydajny. Pełna recenzja i swatche tutaj:

WIBO BAKED MIX BRONZER I GLAMOUR SHIMMER/ I NIE OPUSZCZĘ WAS AŻ DO ŚMIERCI?

Brwi


W mojej stylizacji brwi nie może zabraknąć najlepszych w tej kategorii produktów czyli tych od Benefit. Tym razem regularnie sięgałam po puder Foolproof Brow Powder 5. Na pewno jeden z lepszych tego typu kosmetyków jakie miałam. Mimo iż posiada świetną pigmentacje efekt jaki chcecie osiągnąć możecie stopniować i jeszcze nie zdarzyło mi się bym z nim przesadziła i zbyt mocno podkreśliła brwi. Poza tym nawet jeśli gdzieś zbierze się trochę więcej produktu to wystarczy rozczesać włoski szczoteczką i wtedy usuniecie jego nadmiar. Na większe wyjścia zdecydowanie wolę  pomadę, ale na co dzień wystarczy mi subtelny, naturalny efekt jak daje ten puder. Poza tym na mojej tłustej skórze utrzymuje się cały dzień i przy zmyciu wygląda dokładnie tak samo jak przy aplikacji o poranku. Zdecydowanie polecam spróbować! 

Na koniec brwi utrwalam żelem Gimme Brow w odcieniu 5. Zadaniem tego produktu jest nadanie objętości brwiom oraz trzymanie ich w ryzach przez cały dzień. Tutaj też nie mam żadnych zastrzeżeń i pochwalę kosmetyk za fajną, precyzyjną szczoteczkę, naturalny efekt, trwałość oraz faktyczne wypełnienie miejsc gdzie widać braki. Osobiście wolę jego bezbarwną wersję i gdy tylko mi się skończy, a należy jeszcze podkreślić iż jest bardzo wydajny to na pewno sięgnę po jego transparentnego brata.

Tusz


Eyeko Black Magic Mascara Drama & Curl (99 zł) to jeden z moich ulubionych tuszy do rzęs i ubolewam nad tym, że właśnie dobija dna. Posiada bardzo wygodną szczoteczkę w kształcie litery C, która wydobywa optymalną ilość produktu, dzięki czemu nie obciąża nim rzęs oraz pozwala uzyskać naturalny, lekki efekt. Fajnie podkręca oraz wydłuża, nie posiada grudek i nie zauważyłam by się kruszył. Dodatkowo tusz utrzymuje się bez zarzutu cały dzień oraz zmywa w kilka sekund bez podrażniania oczu. Na pewno jeszcze kiedyś kupię go ponownie. 


Nowości


Nowości, które testuję od niedawna to puder Hourglass Veil Transluscent Setting Powder, korektor Hourglass Vanish Airbrush Concealer oraz podkład Revlon Photoready Candid (do obejrzenia niżej).  

Czego potrzebuję?

Ze względu na moje zapasy nie ma tego wiele, ale obecnie poszukuję lekko kryjącego produktu z filtrem SPF, który mogłabym stosować zamiast podkładu. Na mojej liście na razie znalazł się NARS Velvet Matte Skin Tint SPF 30 oraz bareMinerals Complexion Rescue Tinted Moisturiser SPF!


To do następnego miesiąca!

Korektor z antyoksydantami, chroniący przed niebieskim światłem i zanieczyszczeniami powietrza! Revlon Photoready Canndid Antioxidant Concealer.


O mojej ekscytacji tegorocznymi nowościami kosmetycznymi już Wam pisałam i jestem pod wielkim wrażeniem jak bardzo rozwinęły się marki drogeryjne mimo utrzymania wciąż przystępnych cen. Pamiętam jeszcze czasy gdy moja mama ciągle mi przypominała, że ten trądzik to mam właśnie od malowania się i nakładania ciężkich oraz niepozwalających oddychać skórze podkładów. Obecnie makijaż przeszedł na zupełnie nowy poziom i nie tylko jest łaskawszy dla skóry, ale co więcej producenci starają się upchać do produktów kolorowych składniki, które mają pozytywny wpływ na naszą cerę. Mowa tu chociażby o filtrach SPF chroniących przed przyspieszającym starzenie się skóry promieniowaniem słonecznym czy nawilżającym kwasie hialuronowym. Zupełną nowością jednak jest dla mnie seria kosmetyków marki Revlon Photoready Candid, które zawierają antyoksydanty, składniki przeciwdziałające szkodliwemu wpływowi zanieczyszczeń powietrza oraz chroniące przed negatywnym działaniem niebieskiego światła. Po prostu super! Do przetestowania wybrałam sobie dwa produkty, ale dziś przychodzę tylko z recenzją korektora Photoready Candind Antioxidant Concealer (6.99 GBP lub 39.99 zł). Czy może zaoferować nam więcej?

Uwielbiam opakowanie tego produktu! Wygodna, zgrabna tubka, która zmieści się w każdej kosmetyczce nie zajmując za wiele miejsca. Na pochwałę też zasługuje lekko spłaszczony, przypominający opuszek palca aplikator, który pozwala w bardzo precyzyjny sposób nałożyć korektor, nawet w trudno dostępne miejsca. Narzekać będę na pewno na odcień, który sobie wybrałam. Nie wiem jak z resztą, ale Vanilla 010 jest dla mnie zdecydowanie za ciemny, a co więcej potrafi oksydować i wtedy już zupełnie nie mam co liczyć na efekt rozświetlenia oraz świeżości. Poza tym za trochę nieprzemyślane uważam "okienko" w tubce, które co prawda pozwala nam przyjrzeć się dokładnie kolorom produktu, ale skoro zawiera on antyoksydanty to jednak trzeba pamiętać by trzymać go z daleka od światła, które znacznie skraca ich żywotność. 




Poza tym korektor naprawdę świetnie się rozprowadza dając nam średnie krycie oraz naturalne wykończenie. Moim zdaniem super się nada do stosowania na co dzień gdy chcemy przykryć co nie co, ale bez zbytniego obciążania skóry i efektu ciężkiej tapety. Pod moimi oczami utrzymuje się bardzo dobrze przez cały czas noszenia, nie ściera się i nie osiada w każdej możliwej zmarszczce. Poza tym oczywiście należy go pochwalić za już wspominany przeze mnie skład, w którym znajdziecie kofeinę, zieloną herbatę, aloes, ekstrakt z ogórka, niacynamid, witaminę C oraz E. Jak na drogeryjny produkt do makijażu naprawdę super. Fajnie jest mieć świadomość, że mający zatuszować oraz poprawić wygląd skóry kosmetyk także chroni ją przed szkodliwymi czynnikami oraz pielęgnuję by wyglądała dobrze po wieczornym demakijażu. Co więcej korektor nie zawiera olejów, parabenów oraz substancji zapachowych.
W podsumowanie na pewno muszę wspomnieć, że jestem pozytywnie zaskoczona działaniem Photoready Candid Antioxidant Concelaer i w życiu nie spodziewałabym się tylu fajnych właściwości w kosmetyku do makijażu z drogeryjnej półki. Może zacznę w końcu je doceniać. Jeśli tylko znajdziecie odpowiedni dla siebie odcień to polecam Wam go wypróbować, bo zdecydowanie jest godny uwagi. Niedługo wrócę też z recenzją podkładu z tej samej serii, którego byłam ogromnie ciekawa, bo w mojej kosmetyczce od lat gości ukochany przeze mnie, pewnie już Wam dobrze znany Colorstay od Revlona (klik do recenzji). Mam nadzieję, że wszystkie marki tworzące kosmetyki do makijażu obiorą tą ścieżkę i zaczną ulepszać swoje produkty o składniki aktywne mające pozytywny wpływ na stan naszej skóry, zachowując przy tym trwałość oraz niskie ceny. Oby tak dalej! 

Skład: Water, Cyclopentasiloxane, Cyclohexasiloxane, Methyl Methacrylate Crosspolymer, Butylene Glycol, PEG-10 Dimethicone, Trimethylsiloxysilicate, Dimethicone, Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Sodium Chloride, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Caffeine, Camellia Sinensis Leaf Extract, Cucumis Sativus (Cucumber) Fruit Extract, Niacinamide, Sodium Ascorbyl Phosphate, Tocopheryl Acetate, Dimethicone Crosspolymer, Disteardimonium Hectorite, Glycerin, Lecithin, Mica, Pullulan, Sclerotium Gum, Silica, Tetrasodium EDTA, Triethoxycaprylylsilane, Xanthan Gum, 1,2-Hexanediol, Caprylyl Glycol, Phenoxyethanol. May Contain: Iron Oxides, Titanium Dioxide.





© Land of Vanity

This site uses cookies from Google to deliver its services - Click here for information.

Professional Blog Designs by pipdig